czwartek, 3 maja 2012

tutaj może być pięknie



Piękne dni. Czy to wszystko jest nowe, czy powtórzone? Sama nie wiem. Zgubiłam się trochę w tym wszystkim. Życie tutaj się poplątało, przestało tak cieszyć. Przestało być tak niewinne.

No ale cóż. Czy to jest coś złego, że ruszamy z miejsca? Że stajemy się innymi ludźmi? Myślę, że nie. I myślę również, że nie powinniśmy być osądzani za to, że dorastamy. To naturalne, że zmieniamy się gdzieś po drodze. Trafiamy na takich, a nie innych ludzi, którzy kształtują nas tak samo jak wcześniej kształtowali nas inni. A może to zazdrość? Nie wiem. Wiem tylko, że powinniśmy pozwolić sobie dorosnąć. Nie mieć pretensji jeden do drugiego za to jakimi staliśmy się ludźmi. Tylko dziękować sobie za to, co razem przeżyliśmy i wciąż sobie uświadamiać, że to czy nasze drogi się rozejdą zależy tylko od nas.

Czasem mam wrażenie, że wszyscy myślą, że to co najlepsze w życiu, to jest już za nami. "To były czasy" - no ej? A czy to nie od nas zależy jakie będą te NASZE czasy? Te TUTAJ, w TEJ CHWILI? Nie od nas zależy, jak będą wyglądać kolejne dni, tygodnie, wakacje? To nasze światy, połączone ze sobą niewidzialnymi nitkami, które tak pięknie nas ze sobą spajają. Nie dajmy się zwariować i nie myślmy, że to wszystko jest już skończone. Nasze życie dopiero się zaczyna, dopiero jest przed nami. Te najpiękniejsze chwile, one jeszcze przyjdą. Jeszcze znajdą dla nas czas i zostaną naszymi przyjaciółmi. O to właśnie chodzi. Zaprzyjaźniać się ze swoim życiem krok po kroku, pokochać go. Wtedy wszystko jest łatwiejsze. Wtedy wszystko jest piękniejsze.

Najpiękniejsze w życiu jest to, że ciągle możemy się rozwijać, poszerzać swoje horyzonty. Możemy robić coraz więcej. Usiąść i komponować, pojechać rowerem gdzieś, gdzie wszyscy myśleli, że nie dasz rady dojechać. Najpiękniejsze jest to, że możemy przełamywać swoje słabości. Udowadniać sobie i innym, że jesteśmy silniejsi niż sami myśleliśmy. Tak. Zdecydowanie. To jest właśnie najpiękniejsze.


hej, gubimy się?
zapalamy lampy przed domem
boimy się zbłądzić

czy to coś złego
pójść drogą której nikt nie zna
pojechać łąką a nie wydeptaną ścieżką

po co ucierać stare szlaki
po co okłamywać się co dnia

złap mnie za rękę
daj mi siłę
i chodź ze mną gdzie nie było jeszcze nikogo

świetliki przetną nam dłonie
stare gałęzie upadając pokażą nowe miejsce
usiądziemy napijemy się herbaty

tutaj może być pięknie

3.05.2012

beautiful day by Wojciech Dziadosz



Przepraszam, że ostatnio tak rzadko piszę. Wraca mi na to ochota, więc spodziewajcie się mnie niedługo :-)

wtorek, 10 kwietnia 2012

moskiewskie podróże

kreml przestał płakać
bo poczuł delikatny pocałunek
niebieskiego motyla

czy stos nieszczęść został zdmuchnięty
czy wiatr nawiewa wciąż nowy chłam
jak to poczuć, jak rozpoznać
jak
jak
jak

śpiewam pierwszy raz od dawna
kolejne nuty o pięknej miłości
zgubiłam paryż, lyon i londyn
zostawiłam krymskie marzenia na rzecz nowych

jak nazwać te gwiazdy nad moją głową
które tej nocy pojawiły się po raz pierwszy
jak rozróżnić mgławice,
jak zanurzyć się w mgłach,
jak pogrążyć swój oddech w głębokiej nicości

wszechświat pokłócił się ze swoją końcówką
i zabrakło odpowiedzi na każde jak

10.04.2012


Żegnam się z wami takim wierszem i wracam za tydzień. Przepraszam, że ostatnio tak rzadko. Tak smutno jakoś ;)

Miłego!

niedziela, 4 marca 2012

jedeń dzień i wszystko inne

Powiem wam, że ostatnio doświadczam dziwnych rzeczy. Jestem na skraju pewnego stanu, którego nawet nie umiem nazwać. Skraj ten jest jednak na tyle ostry i trudny, że wysysa ze mnie resztki sił i pozytywnego myślenia. Dobre nastawienie staje się coraz trudniejsze i kosztuje mnie dużo więcej wysiłku niż zwykle, poszarpane nerwy nie pozwalają mi się na niczym skupić. Mówili, że nic się nie zmieni; że ludzie przychodzą i odchodzą i tak było od zawsze; a jednak to wydarzenie wbiło się we mnie na tyle solidnie, że zrobiłabym wszystko, żeby przeżyć życie jeszcze raz i w jakiś magiczny sposób temu zapobiec. Wiem, że wtedy byłabym zdrowsza, paznokcie by mnie tak nie bolały i wszystko było by łatwiejsze.

Ostatnio jednak wiele rzeczy dręczy mój mały móżdżek i odciąga jego myśli od matematyki. Zastanawia mnie silnie fakt, jak bardzo nasze życia przeplatają się; jak magicznie tworzymy wspólnotę zależnych od siebie istnień, jak wszystko mocno jest ze sobą związane - i, co najważniejsze - kiedy brakuje jednej osoby, wszystko nagle traci swoją spójność. Nie znamy ludzi dobrze, może tylko z imienia i nazwiska, może wcale ich nie lubimy, a jednak widzimy, że przyjaźnią się z kimś nam bliskim, znają się z kimś znaczącym i to napawa nas niepokojem, a z drugiej strony zadziwia, że świat jest taką siecią połączonych żyć. I każde z tych żyć jest inne; nie gorsze i nie lepsze, po prostu inne, różniące się od siebie milionem chwil i zawsze mające jakiś punkt wspólny z kimś innym. Najlepsze w życiu jest to, że jeśli jakaś osoba znika, to chwile z nią związane jednak zostają, wpisane gdzieś na zawsze w człowieku, w historii, we wszechświecie. Na szczęście życie to nie fejsbuk, gdzie kiedy usuwa się konto, usuwa się jednocześnie wszystkie wpisy, od tych najmniej miłych, po te najmilsze, które prosiło by się nawet o pozostanie.

Dziwne to dni, zlewające się bardzo, smutne i zataczające błędne koła wokół nierozwiązanych spraw; lub spraw nie do rozwiązania, nad którymi umysł jednak ciągle się głowi, co powoduje ogromne zmęczenie i wycieńczenie psychiczne. No i pretensje. A tylko tego mi właśnie trzeba. Pretensji ...


###

spójrz na mnie z drugiej strony; to łatwe
nie mam tam głowy, ogona,
też nie mam nosa, i palców,
paznokci i nogi

wyglądam zupełnie inaczej; z tej drugiej strony
jakby za murem,
papierową ścianą,
porcelanowym dzbankiem

i kiedy tam stoję; z tej drugiej strony
mosty są węższe
herbaty mniej słone
i lepsze wiersze

dni lecą różnie, po jednym jest pięć
i kolejka w sklepie
od lady po niebo:
skłon śni się po nocach
choć noce są inne, bo z tej drugiej strony
wciąż nie ma słońca

świat z wyprzedaży,
promocji w markecie,
kawę podają tu jeszcze w szklankach

piję ją rano
i coś ciągle sprawia
że nigdy nie chciałabym z tej strony wracać
4.03.2012

niedziela, 5 lutego 2012

oh people i think i need help

Tak więc po tym, jak napisałam na facebooku, że nie mam weny, trafiłam na piosenkę z pianinem, i dostałam olśniewającej chęci napisania tu. Choć może to być też zasługa niedzielnej nudy. Do tego 's' mi średnio działa na klawiaturze, więc się denerwuję, kiedy piszę, ale co mi tam. Wszystko, żeby nie robić lekcji.

/boston/

Powiem wam szczerze, że ostatnie dni i miesiące były i wciąż są nadzwyczaj ciężkie. To nie przez mrozy, ale ogólnie jakiś problem, sama nie mogę dojść do tego, jaki. Czy ze mną, czy ze środowiskiem wokół. Zastanawiałam się ostatnio nad wieloma rzeczami, wczoraj rano nawet napisałam kawałek wiersza w głowie, zaraz po obudzeniu, więc go nie pamiętam. Ale miał dużo wspólnego z autyzmem.
Często pisałam o tym jak bardzo jesteśmy uzależnieni od ludzi i jak bardzo na nas wpływają. Pisałam o tym, że każdego trzeba szanować, bo każdy jest ważny i nawet jeśli jest naszym wrogiem, to bez niego nasze życie wyglądało by inaczej. Ostatnio miałam rozkminę - że tak się wyrażę - czy faktycznie powinniśmy być wdzięczni za to wszystko, co się dzieje w naszym życiu, innym ludziom. Do czego zmierzam? Spotykamy na swojej drodze różnych ludzi. Robimy z nimi różne rzeczy, często przez ich wpływ. Żałujemy ich. A mimo wszystko mówimy - "bez tego nie byłbym tym, kim jestem teraz" - tak, to prawda. Ale czy faktycznie powinniśmy być im za to wdzięczni? No bo, przecież, gdybyśmy ich nie spotkali, może bylibyśmy lepsi? Nie żałowali tych wszystkich okropnych rzeczy, które robiliśmy sobie i innym, bo ich by po prostu nie było. Spotkalibyśmy prawdopodobnie innych ludzi, z którymi zamiast, dajmy na to, na wódkę, wychodzilibyśmy do kawiarni na herbatę. Czy zamiast mówić te oklepane słowa "bez tego nie byłbym tym, kim jestem teraz" nie powinniśmy się zastanowić, czy to, co robiliśmy, było aby na pewno właściwe? No bo może to nas ukształtowało, ale czy faktycznie pozbyliśmy się tego z naszego życia na tyle, żeby uważać się za kogoś dobrego? Czy można się wyzbyć złych rzeczy, które zrobiliśmy, czy stają się one już naszą nieodłączną częścią i nigdy się od nas nie odłączają? Zawsze są gdzieś, choćby głęboko, w naszej podświadomości, i czasem wysyłają nam impulsy spotykając przypadkowych ludzi na ulicy - "zobacz, taki byłeś". Nie da się chyba zapomnieć tego, jakimi byliśmy ludźmi, dlatego myślę, że nie mamy powodu być wdzięczni ludziom, którzy sprowadzali nas na złe drogi za to, że nas tam sprowadzili... Uważam to za lekko pozbawione sensu, bo jeśli chcemy być lepsi, to nie powinniśmy okazywać wdzięczności za żadne zło, które pojawiło się w naszym życiu, bo to się trochę gryzie. Tyle na ten temat.

Do czwartku muszę przygotować prezentację ustną na angielski na temat 'Czy sztuka zmienia nasze życie?'. Sama go wybrałam, więc powinno być lekko. Osobiście uważam, że sztuka ma ogromny wpływ na człowieka i jego życie. Dajmy na to, mamy jakiegoś bezuczuciowego palanta, który nie ma pojęcia jak wygląda obraz Mona Lisy i kto jest jego autorem. W życiu nie kieruje się żadnymi zasadami i powiedzmy, że interesuje go jedynie zabawa. Jak nauczyć takiego człowieka uczuć i czy w ogóle jest to możliwe? Czy jeżeli wetkniemy mu pod nos obraz Kandinskiego, będzie w stanie zobaczyć tam coś poza zwykłymi plamami i kreskami? Uważam, że w każdym z nas istnieje choć odrobina wrażliwości i szacunek dla pracy drugiego człowieka, dlatego często zwracamy uwagę na obrazy w miejscach publicznych. Inna sprawa, że wynika to najczęściej z tego, że albo na coś czekamy (poczekalnie), albo czekamy na kogoś (poczekalnie). ;) W każdym razie, jeśli zdobędziemy się choć raz na odwagę dostrzec w obrazie, książce, wierszu, czy innym przejawie sztuki, coś poza tym, co jest w nich oczywistego, może nas to zaciekawić na tyle, że wpłynie na nasze życie. Jeśli zobaczymy coś więcej w plamkach i kreskach Kandinskiego (np.w  moich ulubionych Małych Światach), np przejmujące rozgoryczenie, rozpacz, może złość, albo zwyczajne roztrzepanie - będziemy bardziej wyczuleni na to, by dostrzec to u innych ludzi. Jeśli sztuka potrafi wzbudzić w nas jakieś uczucia, to zostają one w nas na zawsze.
Kiedyś pisałam analizę Małych Światów. W trakcie pisania jej, uznałam ją za genialną. Teraz uważam, że ssie.

Chciałam jeszcze napomknąć o naszej przeszłości. Co robicie, żeby nie miała ona zbytniego wpływu na wasze życie? Jak zmniejszyć znaczenie przeszłości i ciągle powracające wspomnienia? Czasem żałuję, że obrazy w naszej głowie nie mają opcji zmniejszenia rozmiaru, albo nawet usunięcia. Ale czy wtedy faktycznie było by łatwiej? Czy to, co przeżyliśmy, nie jest tym, dobrze nam wszystkim znanym, bagażem, który każdy z nas musi dźwigać? Przedstawiał to jeden z odcinków How I met your mother i to była całkiem ciekawa wizualizacja tego, że wszyscy mamy jakieś trudności, które nas ograniczają. Czy faktycznie jedynym sposobem na to, by było łatwiej, jest znalezienie osoby, która pomoże nam nieść nasze bagaże? Czy my sami nie potrafimy sobie poradzić z - bądź co bądź - własnym ciężarem? Przerażałby mnie fakt, jeśli faktycznie bylibyśmy uzależnieni od innych ludzi w kwestii radzenia sobie z przeszłością. Myślę, że sami powinniśmy próbować się z tym uporać. Tylko jak zacząć? Jak z tym żyć?
Mogłabym teraz napisać na przykład "jeśli macie jakieś pomysły, dzwońcie na [tu mój boski namber] albo piszcie na [tu mój boski imejl], to wszystko na dzisiaj". Jednakże doskwiera mi ten problem od dawien dawna, i choć próbuję walczyć ze swoją przeszłością, jest ona wpisana we mnie na tyle mocno, że mam szereg uprzedzeń wychodzących właśnie z niej. Bardzo trudno sobie z tym poradzić i właśnie myślę sobie, czy faktycznie teoria walki i podboju przeszłości jest tą właściwą. Może wcale nie trzeba walczyć z przeszłością tylko trzeba przybić jej piątkę i się z nią zaprzyjaźnić...?


źródło: how i met your mother



Everyone’s got some baggage, it’s part of life. But like anything else, it’s easier when someone gives you a hand with it.
or maybe when you try to be friends with your baggage ;)

piątek, 13 stycznia 2012

trzymałam ikara za rękę

525 600 minut, 525 000 tak drogich chwil,
525 600 minut, czym mierzysz rok życia?
Dniami, zachodami słońca, nocami, kubkami kawy.
Calami, milami, radościami, smutkami.
A co z miłością? może miłością?

525 600 minut! 525 000 podróży do zaplanowania.
525 600 minut - czym można zmierzyć życie kobiety lub mężczyzny?
Prawdami, których sie nauczyła lub chwilami kiedy płakał.
Mostami, ktore spalił lub tym jak umarła.



Ludzkie życie jest strasznie kruche. Ogólnie, wszystko jest kruche. Nasze człowieczeństwo zanika dopiero tam, gdzie kończą się wszystkie emocje. A czy da się ich pozbyć? Czy da się przeżyć dzień bez zdenerwowania, dzień bez jakiegoś smutku albo radości? Chyba nie...


Dobrze, że jesteś,
bo wczoraj znowu bolało mnie serce,
a ciągle nie mam pomysłu na życie.

Musisz mi pomóc,
bo od szesnastu dni pada deszcz
i życie powoli zaczyna mi się rozmywać.

Miałem iść do dentysty, 
ale przybłąkał mi się wiersz o tobie,
no i nie mam go z kim zostawić w domu.

Dobrze, że jesteś,
bo w zeszłym tygodniu „U Fukiera”
śmierć znowu pytała o mnie szatniarza.

Dzwoniłem dzisiaj do ciebie,
ale słuchawka ugryzła mnie w rękę
i pewnie ta rana tak szybko się nie zagoi.

Musisz mi pomóc,
bo jestem zmęczony jak Bóg,
który harował przez tydzień –
i nie stworzył świata...

Jarosław Borszewicz



Ostatnio jest tak ciężko. Wszystko się zapada. Nie mam siły na nic. Wiecie, ludzie to jednak skarby. Naprawdę! Doceniajmy innych ludzi. Są krusi jak całe nasze życie, a znaczą najwięcej. Bez nich wszystko było by jeszcze bardziej bezsensowne. Wiem, że dziś ubogo. Ale pozwólcie mi wrócić do rytmu, z którego się wybiłam. Naskrobałam nawet:


na dnie morza egejskiego

lubię siedzieć przy tobie i trzymać cię za rękę
oprzeć głowę na wysokim ramieniu
i poczuć się jak ptak wysoko nad chmurami

jestem w stratosferze kiedy czuję ciepło
i pędząc trzysta kilometrów na godzinę
udowadniam że coś znaczę

nie ma nocy bez snu o lepszym świecie
przewrotu na drugi bok z nadzieją
że po otwarciu oczu szklanka będzie do połowy pełna

wszystko staje się przezroczystym cieniem
mało znaczącą kropką w nazwisku obcego człowieka
nie wymieniam drobnych bo wypadają mi z rąk

znowu tak wiele tracę i Kratos nie umie mi pomóc
więc Ikar podaje mi dłoń 
to najpiękniejsze, co mogło mi się przydarzyć

zamieniliśmy istnienie na grosze, a mury na miliony
znaczenie bycia zniknęło z Plutonem
dziś tylko para-lotnie zmierzają do raju

13.01.2012 (c)alyouidiot


Przepraszam, że ostatnio tak wychodzi. Ale ciężkie to dni, uwierzcie ;) W tych wierszach zawarłam wszystko, co mnie ostatnio trapi. No. Prawie. Miłych ferii, odezwę się niedługo i coś porozważamy :-)



sobota, 31 grudnia 2011

Stary a Nowy Rok

No siemson! Dawno nie pisałam bo się zablokowałam i jakoś nie mogę. Wszystko powoli się układa, więc może i blokady puszczą ;) Oby to się zmieniło w tym nadchodzącym roku.
Ja dziś krótko, bo mało mam czasu, a siedzę w piżamie jeszcze, a muszę sprzątnąć i się wyszykować.

Życzę wam, aby ten rok był lepszy. Rozumiecie. Żebyśmy my byli lepsi, wtedy wszystko staje się lepsze. Żebyśmy zauważali innych ludzi i żeby oni zauważali nas. Żeby nasze przyjaźnie były jeszcze piękniejsze i może... prawdziwsze? :) Żebyśmy starali się zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby uczynić każdy dzień piękniejszym. Niedługo wyjdzie słońce i wtedy będzie łatwiej, ale na razie musimy sobie jakoś radzić, prawda?
Życzę wam, żebyście może z nowym rokiem znaleźli miłość, kto jeszcze szuka :) i nam, żebyśmy pielęgnowali nasze miłości, bo każda z nich jest wyjątkowa. Życzę wszystkim, żebyście mimo trudności nigdy się nie poddawali, bo nieważne jak trudno by było, trzeba próbować. No i pomimo zacinek, starali się odblokować ;)
Życzę wam, aby 2012 był mniej bolesny i bardziej radosny, żebyśmy w końcu wszyscy docenili, ile mamy. Żebyśmy każdego ranka budzili się z uśmiechem na twarzy i świadomością, jak wiele osób nas kocha i jak wiele znaczymy na tym świecie. Że każda sekunda bez nas zmieniłaby los innych, bo tacy jesteśmy ważni. Każdy z nas, czy dobry czy zły czy niedojrzały a może nawet głupi. Każdy z nas jest kochany. Zawsze.
No i życzę wszystkim, żebyśmy przeżyli koniec świata ;))

A sobie życzę więcej czytelników i ich większej cierpliwości co do systematyczności moich postów :D

Oczywiście jeszcze pragnę wam życzyć, abyście pomimo każdej rozsypki, brali się w garść i pokazywali światu, że umiecie walczyć o swoje życia. Bo to tylko nasze życia, i tylko nasz świat, prawda? To od nas wszystko zależy. Może gdyby nie było ludzi, słońce wschodziło by i zachodziło nadal, ale czy wtedy wszystko nie było by smutniejsze? Nawet słońce zachodzi w jakimś celu. Daje nam nadzieje ponownie wstając, i upada codziennie. To straszny los, ale przynajmniej uczy nas, że z każdego upadku możemy się podnieść.
Życzę więcej wiary, więcej nadziei, więcej wrażliwości na otaczający świat i piękno, więcej zadumy i zastanowienia, więcej mądrości, więcej serca, więcej szczerości, bo nasz świat robi się coraz bardziej zakłamany. Więcej muzyki, więcej herbaty, więcej zdrowia, więcej życia, radości, uśmiechu. Więcej wszystkiego, co dobre. Mniej wszystkiego, co złe.
I nadziei, że wszystkie marzenia się spełnią. I wytrwałości w tej nadziei. To ważne.

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU - jednym wyrażeniem. :)


Czasem mam ochotę się napić i zapalić, zapomnieć o wszystkim na sekundę i poczuć się jak każdy na tym świecie. Potem sobie przypominam, jak grzeczną dziewczynką jestem, że nie piję, nie palę i nie ćpam. Że wciąż udaję, że jestem szczęśliwa, a tak naprawdę codziennie mam ochotę się stoczyć na samo dno, żeby tylko mieć świadomość, że nie można zejść niżej. A potem widzę Ciebie. Zmieniłeś się dla mnie, więc zostanę taką trochę szczęśliwie zakłamaną dziewczyną, bo mnie potrzebujesz. A ja z każdym twoim przytuleniem będę sobie uświadamiać, że wcale nie kłamię. Że po prostu jestem szczęśliwa, i to nie jest złudzenie. Że kocham cię najmocniej na świecie, bo dałeś mi nadzieję, że wszystko można zmienić. Nawet jeśli było tak okropnie źle. I chociaż wszystko prawie zwaliło nam się na głowę, trwamy. Ja, ty i czasem twoje papierosy. Ale nawet kocham ten zapach, bo kojarzy mi się tylko z tobą. Nie z nieszczęśliwym dzieciństwem i niespełnionymi ambicjami chorych ciotek. Wszystko jest dobrze, póki jesteśmy razem.






Życzy Aleksandra ! (jestem coraz starsza i wypadało by się przyzwyczaić do tej formy, która jest podobno dorosła i ukochana przez moją mamusię :D)

niedziela, 11 grudnia 2011

anielskie ratunki

 

       Joanna znowu wstała. To kolejny dzień tego beznadziejnego kręgu. Nie ma na nic siły, ale udaje, że wszystko jest w porządku. Wszyscy tak robimy, bo nie chcemy zbędnych pytań. A wieczorem siadamy na łóżku i płaczemy. Nie wiadomo, czy kieruje nami wtedy bezradność, czy zżera nas samotność, a może jesteśmy po prostu nieszczęśliwi. Trudno powiedzieć, dlatego lepiej nie mówić wcale.
       Tego dnia wszystko miało być nowe. Joanna wyszła z domu ubrana w piękną letnią sukienkę - w końcu to koniec maja. Wszystko jest tak piękne i aż chce się żyć. I może tylko to daje jej siłę wstawać.
       Wsiadła do brudnego autobusu pełnego ludzi, których już znała. Jeżdżąc autobusami cały rok niemal codziennie, poznaje się tych ludzi już dobrze. Nawet zna się trochę ich historie. Dziewczyna, obok której zwykle siadała Joanna miała bardzo bujne życie towarzyskie. Gdzieś w połowie marca, stało się coś na tyle szokującego dla tej dziewczyny, że jej życie jakby zatrzymało się - nie było już porannych telefonów od przyjaciół, ani jej śmiechu, który codziennie ozdabiał Joannie drogę do szkoły. Teraz już tego nie ma i dni są jakby bardziej szare, czegoś w nich brakuje. A ta dziewczyna pewnie nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.
Joanna długo głowiła się, co mogło się stać. Ale im dłużej nad tym myślała, tym stwarzała coraz dziwniejsze historie. A to nie miało ani trochę sensu.
Tego dnia owej dziewczyny nie było. Na jej miejscu siedział jakiś chłopak, ale Joanna nie przyglądała mu się i sprawnie usiadła obok - na swoim ulubionym miejscu. Patrzył się to na nią, to na szybę. Potem znów przed siebie, na szybę i znowu na nią. Była zmieszana i bawiąc się pierścionkiem zastanawiała się, do czego to doprowadzi. Chłopak odchylił głowę do tyłu i oparł ją o siedzenie. Spojrzał na Joannę i po kilku sekundach lekkiej walki ze sobą, powiedział:
- Ostatnie dni są nieco szare, co?
- Zdecydowanie - odparła niepewnie.
- Bardzo szare - spojrzał na szybę. Zatrzymali się na przystanku obok starej, szarej fabryki - Spójrz - szturchnął Joannę łokciem - Nowy napis.
Faktycznie. Na fabryce pojawiło się nowe graffiti. Joanna przechyliła głowę i przeczytała cicho "WE ALWAYS KILL THE ONES WE LOVE".
- Zdecydowanie - westchnął chłopak.
Joanna uśmiechnęła się.
- Zabił cię ktoś? - zapytała.
Spojrzał się i uśmiechnął. Teraz to widziała. Znajomy wyraz twarzy. To jej brat. To na pewno brat tej dziewczyny.
- Tak. A ciebie?
- Też.
- Wyczuwam ciekawą znajomość...
- Joanno.
- Joanno - powtórzył z uśmiechem - Oskar.
- Oskar - szepnęła - Miło mi cię poznać, Oskar.

        Są takie dni, kiedy potrzebujemy jedynie ciepłego uśmiechu, jakiegoś miłego gestu, krótkiej rozmowy. Potrzebujemy czegoś, co pomoże nam przetrwać wszystkie inne trudne chwile. I to był właśnie taki dzień. I to był właśnie ciepły uśmiech, miły gest i krótka rozmowa. Krótka rozmowa, której chciało się potem codziennie. A która zdarzyła się raz i potem tajemniczo zniknęła. Joanna długo głowiła się, gdzie może spotkać Oskara. Powiedział przecież "wyczuwam ciekawą znajomość" i już więcej nie wsiadł do tego autobusu. A przecież te słowa znaczą, że chciał ją jeszcze spotkać. I była zła na niego, że ich drogi skrzyżowały się tylko raz, ale jego uśmiech pozwolił jej przetrwać najtrudniejsze dni. Czyli te wszystkie inne bez niego. Miała w pamięci ciągle jego twarz i twarz tej dziewczyny. I dziwiła się każdego dnia, że ci ludzie wpisali się w nią na zawsze, a prawie w ogóle ich nie znała.

     Był już czerwiec i strasznie gorący dzień. Joanna musiała jechać do szkoły załatwić jeszcze jakieś durne formalności. Wysiadła z autobusu i chciała przechodzić przez przejście dla pieszych.
- Uważaj! - krzyknął ktoś i pociągnął ją za rękę do tyłu. Prawie wpadłaby pod samochód.
Odwróciła się szybko.
- Oskar! Oskar! - krzyknęła szczęśliwa i rzuciła mu się na szyję.
- Przepraszam - powiedziała - nie powinnam. Wkurzasz mnie. Bo znikasz na miesiąc i nagle ratujesz mi życie. To irytujące. Teraz też pewnie znikniesz. A za miesiąc? Znowu będę musiała wpaść prawie pod samochód, żeby cię spotkać?
- Prawdopodobnie tak - uśmiechnął się tylko.
- Aha - odparła i zdenerwowana udała się w kierunku szkoły.
Poszedł za nią i to zdumiło ją najbardziej.
- No za co się będziesz burmuszyć na mnie? Za to, że jestem przy tobie zawsze, kiedy mogę? - zapytał smutno.
- A czemu możesz tak rzadko?
- Ja jestem przy tobie zawsze, Joanno.
Po tych słowach zadzwonił do niego telefon i odszedł bez słowa. Honor i duma nie pozwalały Joannie iść za nim. Podreptała więc smutno do szkoły i od tamtego dnia wszystko było jeszcze bardziej szare. Jej samotne życie zmieniło się w jeszcze bardziej samotne życie. Siedemnastoletnie serduszko zabiło szybciej tylko dwa razy. I bolał Joannę fakt, że to już więcej się nie powtórzy.

       W połowie sierpnia Joanna miała urodziny. Nikt do niej nie przychodził, więc tego dnia postanowiła pojechać do Warszawy. Wsiadła do autobusu, a potem przesiadła się w pociąg. Wysiadła w centrum i zamarła. Burza. A ona przecież tak boi się burzy. Schowała się na Dworcu Centralnym. Znalazła wolną ławkę i postanowiła przeczekać.
- Czyżby ktoś tu się bał? - usłyszała znajomy głos a jej serduszko znowu zabiło nieco szybciej.
- Skąd wiesz? I co tu robisz? - pytała.
- Joanno! Jakbym mogł zostawić cię w twoje urodziny? To było by nieludzkie!
- Zawsze jesteś przy mnie, kiedy dzieje się coś złego. Dlaczego? Zjawiasz się nagle a potem znikasz. Mam tego dosyć. Albo bądź zawsze, albo wcale. W życiu nie ma bycia na pół etatu, a tym bardziej na trzy czwarte.
Oskar zasmucił się.
- Ale przecież mówiłem ci już, że jestem zawsze.
- W taki sposób być zawsze? To brzmi jak bajka a jest odczuwalne jak horror. Nie chcę takiego zawsze - krzyknęła i odeszła.

         Dwa miesiące później spotkała Oskara w centrum handlowym z tą dziewczyną. Uciekła, kiedy ich zobaczyła, zapominając o swoich przypuszczeniach.
- Joanno! - usłyszała głos za nią. I znowu serduszko przyspieszyło.
- Przestań - szeptała do serduszka i uderzała się w klatkę piersiową - Słyszysz? Przestań!
- Joanno! - Oskar dalej krzyczał biegnąc za nią.
Joanna przebiegając przez ulicę znowu nie zauważyła, tym razem ciężarówki. Oskar tego dnia nie był w stanie jej złapać, przyciągnąć do siebie jak wtedy. Z jego oczu momentalnie popłynęły łzy. Podbiegł do zakrwawionej Joanny leżącej na środku ulicy.
- I widzisz? Gdybyś tylko pozwoliła mi być po mojemu, to nic by ci nie było! Uratowałbym cię i tym razem! Widzisz? Głupia ty! Kiedy mówiłem, że jestem zawsze, nie kłamałem! Ale musiałaś mnie pokochać, prawda? Musiałaś! Jestem tylko biednym Aniołem i teraz nie mam już kogo pilnować! Joanno!
Ale jej serduszko już nie biło, chociaż Oskar był tak blisko. Nie miała pojęcia, że jej miłość tak się skończy. Nie miała pojęcia, że pokochała własnego Anioła. Bo kto dziś wierzy w Anioły? Kto wierzy, że ma kogoś przy sobie całe życie? Lubimy wpatrywać się w swoją samotność tak żałośnie łkając, i zapominamy, że nigdy nie jesteśmy sami. Nie zabijmy naszego Anioła swoją bezmyślnością i brakiem wiary. Uwierzmy, że nasza samotność jest jedynie naszym wymysłem. Usiądź tego wieczora na łóżku i zamiast płakać poczuj ciepły oddech na plecach. To twój Anioł przytula cię już na wszelki wypadek.


11.12.2011 (c) alyouidiot.




Szlachetna Paczka się skończyła. Jutro poprawa z fizyki. Trzymajcie za mnie mocno kciuki. A ja namówię na to mojego Anioła.
Ostatnio mam mało siły i zapadam się psychicznie. Ale dam radę. :) Ja bym nie dała?


 szc.deviantart.com



Odkąd cię pokochałam, moja samotność zaczyna się dwa kroki od ciebie.