piątek, 19 października 2012

destiny, thou art a heartless bitch.



Wiem, że gdziekolwiek jestem, cokolwiek robię, ten księżyc będzie takich samych rozmiarów jak Twój.
                                                                            - Dear John 



     Nie wiem, czy wierzycie w przeznaczenie. Dla mnie do niedawna była to smutna bajka, w którą zawsze uwielbiałam wierzyć. Ludzie pytają - dlaczego? Nie wolisz mieć poczucia, że to wszystko leży w twoich rękach i zależy właśnie od ciebie?
    Pytanie, czy faktycznie potrzebujemy obciążać się taką odpowiedzialnością. Odpowiadamy za to co mówimy i robimy, ale czy to jest przypadkowe... Cóż, nigdy niczego nie nazwałabym przypadkiem, ani tego uśmiechu, który spotkał cię dziś w autobusie ani "przypadkowego" dotyku w kolejce w sklepie. Są takie rzeczy, które odciskają na nas niezwykłe piętno, niezwykle dokładnie zapadają nam w pamięć. Im więcej rzeczy jesteś w stanie zapamiętać, tym lepiej odnajdziesz i przede wszystkim zrozumiesz swoje przeznaczenie (jeśli tak jak ja, naiwnie w nie wierzysz). 
Długo się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że często właśnie mówimy: "gdyby nie to, nie byłbym takim samym człowiekiem" - czy to nie jest kwestia wiary w przeznaczenie? Przecież wyraźnie tu wierzymy, że to, co się stało, choćby nie wiem jak było złe, było nam przeznaczone! Było nam dane, żebyśmy coś zrozumieli! Jednak mimo wszystko, częściej wypieramy się przeznaczenia, bacznie mianując się panami własnego losu... 
Według mnie, jesteśmy bardzo mali w tym naszym losie, bardzo bezsilni i często niepoukładani. Wierzymy, że możemy coś zmienić, ale nie wiemy, jak to zrobić, więc nie zmieniamy. Życie często - czy chcemy, czy nie - decyduje za nas, a my żyjemy trochę tak jakby z boku, trochę mniej ważni, chociaż codziennie budzimy się w tej samej skórze i robimy dokładnie te same rzeczy. Nie ma się co oszukiwać - kiedy jesteśmy mali, jak młode listki na drzewie, trzymamy się mocno życia jak cennej rzeczy. Z upływem czasu żółciejemy, potem robimy się pomarańczowi tylko po to, żeby stać się czerwonymi, by za chwilę zbrązowieć, uschnąć i spaść. Odczepić się od życia, bo to przecież naturalne, i dawać miotać sobą to na lewo, to na prawo. Potem lądujemy w nieznanym nam miejscu, nie wiemy dlaczego i jak to się stało, bo przecież jeszcze na wiosnę mieliśmy wszystko pod kontrolą... 
Poczucie kontroli gubi bardziej niż jej brak. Kiedy spostrzegłam, że przeznaczenie może być faktem, a nie wymysłem, kiedy zaczęłam wszystko ze sobą łączyć, każdego dnia budziłam się prawie szczęśliwa. Czemu prawie, no cóż... Pewnie to kwestia wypełnienia swojego przeznaczenia. Ale, przecież! Jeśli to przeznaczenie, to samo się wypełni! Prawda? Więc po co się martwić, zerkać w puste kierunki i oczekiwać cudów. Przestań myśleć, poczuj się na chwilę nieobciążony, szczęśliwy. Któregoś dnia obudzimy się wszyscy i nastanie dzień naszego przeznaczenia. Kto wie, może spotkamy się wtedy na przystanku i powiesz mi: "Przypominasz mi taką poetkę... Wiesz... Ona zawsze mówiła, że dni są piękne. Spójrz! Taki piękny dzisiaj dzień!"... A ja, cóż. Spojrzę na ciebie, uśmiechnę się i staniemy razem pod jedną parasolką...



    Wiesz, w co jeszcze lubię wierzyć? Że kiedy stoję na dworze w gwieździstą noc i szukam Oriona, Syriusza i śmieję się z Księżyca, to gdzieś na Ziemi jest człowiek, który robi właśnie to samo. Albo kiedy jadę autobusem i widzę wschód słońca, ktoś budzi się właśnie i odsłaniając zasłony, widzi to samo, co ja. Nie zdajemy sobie sprawy, jak strasznie ze sobą wszyscy jesteśmy połączeni. Jak niezwykle jesteśmy od siebie zależni. Jak od tego, czy ty masz dziś dobry dzień, zależy moje szczęście.
    Bo ty i ja, jesteśmy sobie przeznaczeni.



Przeszłość gdzieś się zaczęła, ale już się skończyła. Przyszłość zacznie się właśnie za chwilę. A to twoje "teraz", to, którym żyjesz, trwa tylko ułamek sekundy. Nie zdążysz wziąć nawet oddechu, a mówisz, że żyjesz chwilą. Żyjesz tym, co jest ci dane. Tą sekundą, która właśnie minęła. Teraźniejszość tak na dobrą sprawę nie istnieje, ale istniejesz Ty, zamknięty między przeszłością a przyszłością z wyborami, które w końcowym efekcie okażą się i tak bez znaczenia...
 
 
 na dobry weekend - Polska złota jesień!

Miłego weekendu! 
 

wtorek, 2 października 2012

deja vu



Jestem uzależniona od herbaty. Tak się mówi, chociaż to wcale nie jest uzależnienie. Mówi się też „jestem uzależniona od ciebie”, a przecież nie można być uzależnionym od człowieka. Tak samo mówią „jestem uzależniony od papierosów”, a tak naprawdę nigdy nie pomyśleli o tym, żeby przestać palić. Uzależnienia to dla mnie drażliwy temat. (...) Wszyscy, którzy są w jakiś sposób od czegoś uzależnieni, mają u mnie minusa już na samym starcie. Nie potrafię się tego wyzbyć, to sprawia, że mój stosunek do niektórych ludzi jest negatywny od samego początku. Nie umiem ufać, nie umiem patrzeć w oczy, nienawidzę kłamstwa, bo przez to jestem tak skomplikowana, że czasem nawet sama się w sobie gubię. A jednak ludzie mnie fascynują. To chyba przez ten paniczny strach, że mogliby mnie zranić, zaczęłam mieć na ich punkcie niejaką obsesję. Obserwuję każdego z nich bardzo uważnie, poznaję ich zachowania, dzięki czemu wiem, kiedy kłamią. Jednak jeśli do tego wkraczają uczucia, to już nie jest takie proste. Uczucia sprawiają, że zawsze wierzymy, nawet w te najbardziej oczywiste kłamstwa. Mogę zapytać kogoś, na kim mi zależy: „jaki masz kolor oczu?”, a on odpowie: „niebieski” i uwierzę, choć przecież doskonale wiem, że jego oczy są zielone. A może nawet wpadają w piwne przy zetknięciu się ze źrenicami...
- Autocharakterystyka, wrzesień 2011



Jest dobrze
Rano wstała beznamiętnie z łóżka. Odsłoniła zasłonki wciąż nic nie rozumiejąc, za szybą zobaczyła Warszawę w porannym świetle. Szybkim ruchem z powrotem zasłoniła okno i poszła do łazienki. Ubrana, najedzona, wyszła do szkoły. Nie wiedziała, że tego dnia do niej nie dojdzie.
      Wsiadła do metra. Nie cierpiała metra. To tutaj to wszystko się zaczęło. Ta przyjaźń, z pozoru przypadkowa znajomość, ale jednak przyjaźń. Codzienne widywanie się akurat w tym samym wagonie, przelotne uśmiechy i wspólne obserwacje. Potem była herbata, potem herbata stała się częścią codziennego rytuału. Tutaj też wszystko się zakończyło. I ten list, w tym samym wagonie, co zwykle. Na tym samym siedzeniu. Jakby tylko na nią czekał.
„Kwiaty przestały pachnieć. Przytrzymałaś mnie przy życiu przez pół roku, ale teraz to już nie ma znaczenia. Zaraz zamkną metro, a ty jutro rano w stołecznej gazecie przeczytasz >>kolejne samobójstwo, tym razem siedemnastolatki, rzuciła się pod metro<<. Nie będziesz wiedzieć czemu i będziesz obwiniać siebie – nie rób tego. Nie ma w tym ani krzty twojej winy. Dałaś mi półroczne szczęście. Za długo byłam szczęśliwa. Oliwia”.
Wtedy metro faktycznie się zatrzymało. Nie mogła w to uwierzyć, zawróciła do domu i od tamtej pory bała się zasnąć.
      Siedziała w zupełnie innym wagonie, w jak najdalszym punkcie od feralnego miejsca. Najchętniej w ogóle nie wsiadałaby w metro, gdyby nie to, że było to najszybszym dojazdem do szkoły, a ona rano nie miała czasu nawet na oddech. Koło niej stanął chłopak, na oko dwudziestoczteroletni. Na głowie miał kapelusz, ubrany był w czarny płaszcz jesienny, czarne spodnie i trampki.
-          Jestem żałosny – szepnął.
      Chciała to zignorować, ale nie potrafiła. Nie potrafiła nie zainteresować się smutkiem, nie przejąć się nieszczęściem czy niezadowoleniem innego człowieka. Szczególnie obcego, ci fascynowali ją najbardziej.
-          Czemu tak mówisz? – zapytała.
-          Wiesz jak pachnie róża?
Uśmiechnęła się.
-          Wiem.
-          No właśnie. A ja nie. A słyszałaś kiedyś śpiew ptaka?
-          Tak.
-          Ta... A ja nie. A widziałaś... paralotnię?
-          Tak.
-          Ja też.
-          I dlatego jesteś żałosny? Bo widziałeś paralotnię, a nie wiesz jak pachnie róża czy jak śpiewa ptak? – zaśmiała się.
-          To nawet nie o to chodzi. Jestem jak ten szary tłum. Widzę tylko siebie i nic poza tym, nie czuję nic poza smrodem miasta i własnym potem, a słyszę tylko samochody i głośną muzykę sąsiadów.
-          Żałosny to byś był, gdybyś się nie zorientował, że tak jest. Napraw to. Nigdy nie jest za późno!
-          Ile już dni tak płaczesz? – zapytał nagle.
-          Słucham? – spojrzała na niego zdziwiona.
-          No ile?
-          Pół roku. Skąd wiesz?
-          Każdy płacz zostawia na twarzy ślady – powiedział zdejmując kapelusz. Zobaczyła przeraźliwie smutne oczy, aż wstrzymała oddech z przestrachu.
-          Widzisz? – szepnął – Też tak wyglądasz.
-          Pieprzysz.
      Metro się zatrzymało. Obydwoje wysiedli na tej samej stacji.
-          Chodź – szarpnął ją za rękę.
-          Dokąd mnie prowadzisz? – krzyknęła przestraszona.
      Zatrzymali się dopiero nad Wisłą. Było rano, nie znała tego miejsca. Bez ludzi, szumu i bloków, jakby zupełnie wycięte warszawskiemu urokowi. Nic nie mówili.
-          Czemu mnie tu przywlokłeś? – zapytała zdenerwowana – chcesz mnie zgwałcić i utopić?
Zdjął płaszcz, zawiesił jej na ramionach.
-          Trzęsiesz się cała. Nie chcę ci zrobić krzywdy i nigdy cię nie skrzywdzę.
-          Czemu tak mówisz? Nawet mnie nie znasz.
-          Wystarczająco dużo wycierpiałaś, ja też. Możemy się dogadać. A zabrałem cię tu... Sam nie wiem czemu. Nie pokazywałem tego miejsca nikomu. Matka mnie tu...
-          Poczekaj – przerwała mu szybko. Wpakowała łapki w rękawy płaszcza, usiadła na drewnianej kłodzie ustawionej na piasku, z widokiem na Wisłę – kontynuuj – zarządziła.
Zaśmiał się.
-          Nawet nie znamy swoich imion – przypomniało mu się nagle.
-          Komu to potrzebne? – wzruszyła ramionami – nie za to ceni się ludzi.
Poprawił kapelusz i usiadł koło niej.
-          Matka mnie tu zaciągała jak byłem mały. Potem wyjechała i nie wróciła. Przyprowadzałem tu moją siostrę. Ona też mnie zostawiła. 14 marca rzuciła się pod metro.
Łzy popłynęły jej po twarzy.
-          Długo cię szukałem.
-          Po co?
-          Byłaś jej przyjaciółką. Nigdy cię nie poznałem, bo mi nie pozwalała.
-          Czemu?
-          „Łatwo się w niej zakochać, a nie chcę być zazdrosna o własnego brata”. Twierdziła, że w końcu będziesz poświęcać więcej czasu mi niż jej, bla bla bla ...
-          Ta... Lubiła gdybać. Skąd wiedziałeś, że ja to ja? – spojrzała na niego.
-          Wasze zdjęcie wciąż stoi u niej w pokoju. Mieszkam z ojcem. Ani on ani ja nie jesteśmy w stanie tam cokolwiek ruszyć.
Popatrzył na nią. Uśmiechnął się.
-          Śmiesznie wyglądasz w tym płaszczu! Gabrielo.
-          Ponoć nie znasz mojego imienia! Remigiuszu – udała oburzenie.
-          Ty mojego też... – zaśmiał się szczerze.
-          Mogę mówić na ciebie Remek?
-          Nikt tak do mnie nie mówi, ale proszę.
-          To jak mówią? Remigiusz?
-          Remi, ale to strasznie mało męskie – stwierdził, po czym wstał i chwycił kamyk – umiesz puszczać kaczki? – zapytał.
-          Nie, kompletnie nie potrafię.
-          Chodź tu.
      Przydreptała posłusznie, w za dużym płaszczu sięgającym jej do stóp. Pokazał jej raz, drugi, jak to się robi, ale nie potrafiła. Ustawił ją wreszcie, stanął za nią i mocno zamachnął jej ręką.
-          Pięć – powiedział z uznaniem – nieźle jak na pierwszy raz.
          Remigiusz wrócił do domu bardzo radosny. Nie poznawał siebie, bo od dawna nie doświadczał pozytywnych uczuć. Nic go nie cieszyło, nie uśmiechał się. Miał znajomych – od klubowania i wspólnego nawalania się. W jednej chwili zapragnął to wszystko zostawić. Jedyne rzeczy, które posiadał, w świetle dzisiejszego dnia przestały mieć dla niego znaczenie. Nie odbierał telefonów od kumpli. Nie przejęli się wcale.
       Gabriela wróciła do domu bardzo zamyślona i nieobecna. Miała w głowie jeszcze większy mętlik niż tego samego dnia rano. Zastanawiała się cały czas, czemu jej życie w tak wielkim stopniu jest uzależnione od tego feralnego miejsca, jakim jest metro. Dlaczego to tam spotyka ludzi, którzy w przeciągu kilku chwil stają się dla niej tacy ważni. Nie brała pod uwagę tego, że ona staje się dla nich równie ważna. Myślała, czemu to ma służyć i co zmienić. To był pierwszy wieczór od pół roku, którego nie przepłakała.
   
-          One wolą bułki – powiedział trzymając w ręku foliową torebkę z dwiema świeżymi bułeczkami.
-          Gardzą chlebem? Jeszcze nie spotkałam się z tak wybrednymi kaczkami – skwitowała. Sięgnęła do jego torebki po bułkę i łamiąc zaczęła karmić kaczki. Przypłynęły momentalnie.
-          Wygrałeś – oznajmiła.
      Jak to jest – myślała – że w tłumie na ulicy szuka się tylko jednej twarzy? Że w każdym momencie swojego dnia, zatacza się koła wokół jednego miejsca, myślami wokół jednej osoby. To niedorzeczne. 
  
Deja vu

mógłbyś być czajnikiem i gwizdać na wszystko
taplać się w ciepłej wodzie w zimę
i w lodowatej w upalne noce

mógłbyś być papierosem na deszczu
wciąż mniej bezużyteczny niż teraz jesteś
mógłbyś wtedy zabrać mnie ze sobą
w odrobinę szczęścia
odrobinę nieba
drobinę drobnych odrobionych po cichu za tapczanem

i widzisz tych samych ludzi, 
choć drepcesz po innych miejscach
zasłoń okno i śpij dziś spokojnie
ich twarze w twoim śnie ukołyszą mnie do drzemki na hamaku

wciąż pada deszcz, wciąż wiem, że nie ma już miejsc na tym świecie
choć w każdym milimetrze naszej duszy 
przesiąkam tobą a ty mną
i może czasem znaczymy coś więcej dla siebie
i może czasem nucimy te same piosenki 

lecz czy to wystarczy by pokonać kraty codziennych korytarzy
gdzie podłogi wyryte są nadzieją rozbitych słów?
2.10.2012


Wszystko już jest powtórzone, jestem tego niemal pewna... Dlaczego zatacza koło, nie wiem. Przecież można obrać inne drogi niż wciąż taplać się w tych samych. Wciąż nazbyt wiele... Wciąż, wciąż, wciąż. 
Chciałabym się podzielić z wami innymi myślami, które łapią mnie gdzieś po drodze do szkoły, albo kiedy wracam do domu. To wszystko stało się takie przewidywalne.
Najpierw 5.30 i ciągłe wrażenie, że brakuje mi snu, a kiedy już go dostaję, to nim rzygam.
Potem do 6 codzienna walka o to czy być, czy nie być. Chlustam wodą na twarz i wszystko na chwilę przechodzi.
6.30 i już za mało czasu, żeby rozważać ludzkie istnienie.
Człowiek się zgubił w tym wszystkim, i co teraz. Jesień przejdzie i wszystko znowu będzie normalne.

To niedorzeczne.


If I love you, what business is it of yours? 
                                                                 - Goethe


niedziela, 16 września 2012

mornings evenings, what's the difference?




Jestem taka zła na siebie, że nie zauważam już motylków. Że ostatnio nic nie widzę. Jakby mnie coś ogłupiło, coś sprawiło, że jestem taka inna, że aż się nie cierpię. Ciągle żyję na tym samym świecie, którego nie trawię, a jednak uważam, że jest piękny. Ciągle chcę go zmieniać i zgubiłam w tym siebie.

Ostatnio siedziałam na dworcu i dumałam nad pośpiechem innych ludzi. Jedyne co mi się nasunęło wtedy do głowy...

Na wszystkich dworcach świata 
W poczekalniach, na peronach 
Każda rozmowa o życiu 
Zostaje niedokończona 

Podróżni różni 
Nic się nie różnią 
Na dworcach każdy 
Staje się próżnią 

Jest tak jak wszędzie 
Szczęście, nieszczęście 
Tylko, że w pędzie 
Tylko, że częściej 

Na wszystkich dworcach świata 
Daleką drogą olśnienie 
Toczysz się losu koleją 
Po swoje przeznaczenie 

Suma powrotów i pożegnań 
Daje w efekcie zero 
Niektórym życie jak pociąg 
Niektórym życie jak peron 
Wsiadają, wysiadają 
W bufetach piwem się raczą 
Przyjeżdżają, odjeżdżają 
Płaczą 

Gubią się, odnajdują 
Walizy taszczą 
Zjadani, wypluwani 
Dworców studrzwiową paszczą 

Niech wszystko działa 
Zgodnie z rozkładem 
Pociąg odchodzi 
Ja, nie pojadę

rozmyślania na dworcu, Jonasz Kofta


Nie wiem, co jest nie tak z dzisiejszym światem. Oszalał. Wojny, bitwy, kłótnie, wszystko pod dumnymi hasłami tolerancji, walki o swoje zdanie i o swoje prawa. To mnie przerasta, to całe dorastanie. Chyba już nie chcę być dorosła. Żałuję tej jednej chwili w moim życiu, kiedy mając 7 lat siedziałam sama na ławce i pomyślałam, że fajnie było by dorosnąć. No cóż, Oleńko z przeszłości; wcale nie jest fajnie.

A jeśli ktokolwiek z was ma jakiś dylemat; po prostu przestańcie o tym myśleć. Nie, nie rozwiąże się sam, po prostu o tym zapomnicie...




Co to jest miłość
Nie wiem
Ale to miłe
Że chcę go mieć
Dla siebie
Na nie wiem
Ile

Gdzie mieszka miłość
Nie wiem
Może w uśmiechu
Czasem ją słychać
W śpiewie
A czasem
W echu

Co to jest miłość
Powiedz
Albo nic nie mów
Ja chce cię mieć
Przy sobie
I nie wiem
Czemu

co to jest miłość, Kofta


Dziś wieczór Kofty, choć moja mama spotkała go raz (z tego co pamiętam, na dworcu) i mówi, że był niezłym Bufonem. A wiersze też ma takie średnie. Bufą

sobota, 1 września 2012

perfect timing



Hej ho! Czy moi drodzy czytelnicy wiedzieli o tym, że gile mają tych samych partnerów na całe życie? Czyż to nie wspaniałe, związać się z kimś na całe życie już za pierwszym razem? ;)
Jak tak sobie dłużej o tym pomyślałam, doszłam do głębokiego wniosku, że miłość kiedyś była zupełnie inna. I chciałabym taką. Żyć tak jak babcia z dziadkiem, z kimś przez 53 lata. RAZEM. Coś niesamowitego...



18 godzin 47 minut

co spaja nasze dusze tak ciasno,
że ciężko oddychać w deszczowe dni,
co powoduje zwarcie w cichej przestrzeni
i upaja nasze zmysły do nieprzytomności?

krótkie uśmiechy w metrze,
suche spojrzenia sennymi oczami
załamują kąty i widoczność tak jakby
zanika.

przez chwilę rozumiem a potem znowu to robię
nieracjonalnie balansuje na granicy wszechświatów
i choć tak łatwo tam spaść i dotknąć Vegi
w końcu poznać Syriusza, zostać oślepionym przez Słońce
spełnić wszystkie marzenia w jedną sekundę

słyszę ciągle głosy
i nie mogę, uparcie nie mogę choć tak bardzo chcę
dotknąć żywego piasku i śpiewać piosenki o nieudanych miłościach
nie opierać się pokusom dzięki którym coś znaczę

pozwól zapomnieć o każdym źle
które zostało wyrządzone mi w tej bitwie o szczęście
przegrywam  kolejne wojny i nie wiem, gdzie jesteś

wstaję i po omacku zapalam chłodne światło
próbuje pobudzić mnie do życia
a Dublin wciąż płacze, tam ciągle pada deszcz...

1.09.2012


Poezja znowu mówi za mnie więcej, co ja mogę... ;) 





and when the sun shines down, the hills winds blow,
i miss you more.
you said i'm young and i'm yours i'm free but i am flawed,
i'm here in your heart, i was here from the start...


and when the stars are the only things we share, will you be there?

czwartek, 16 sierpnia 2012

karma






To był jeden z tych dni, kiedy obudziłam się strasznie pusta. Miałam wrażenie, że wszystko jedynie może się już skończyć, że każdy moment został dokończony i przeżyty na tyle wystarczająco, że teraz może już tylko zniknąć. Przekręcałam się z boku na bok mając nadzieję, że szelest zasłonki da mi odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Właśnie w tej chwili wszystko na tym świecie zaczyna się zmieniać, zaczyna wymykać się spod kontroli i tworzyć nowe standardy. A ja leżałam na łóżku i słuchałam piosenki w radiu, łudząc się że zapamiętam jej tekst, że może on pomoże mi cokolwiek zrozumieć. Zakasłałam. Raz, drugi. To chyba jeszcze nie pora na mnie, ale tak bardzo boję się wyjść z domu. Pustka w środku. Tylko to. I słyszysz ją, i czujesz, i nie możesz przestać o tym myśleć, że w głowie, że w sercu, że w każdej chwili, nie ma już nic - zupełnie nic. Jak się pogodzić z tym, że zamiast być zaczynamy jedynie istnieć, że zamiast żyć - jedynie egzystować? Tak przykro stawać się jednym ze swoich koszmarów. Pusto, pusto, pusto. Potem wstałam z łóżka i okazało się, że jednak da się żyć. Każdy mój ruch dał mi nadzieję, że przywrócę to do normalnej równowagi. Tak właśnie. Wstań, rusz się, zacznij zdobywać nowe horyzonty. Wyjdź poza granice, które od dawna są znane. Zrób krok dalej, łam stereotypy i nie słuchaj się ludzi, którzy mają klapki na oczach. Łap chwile, które dzięki twojemu dotykowi zaczną coś znaczyć. Rób coś, żebyś budził się każdego dnia z poczuciem spełnionego obowiązku wobec samego siebie. Znaczysz coś, ty to wiesz i wiem to ja. Każdy z nas ma inną misję. Możesz jej jeszcze nie znać, może to jeszcze nie czas. Znajdź ją i zrób to, co należy do ciebie. Przestań żałować. Złap się uchwytu na suficie i wyobraź sobie, że to tęcza. Że teraz trzymasz ją w dłoni i możesz wszystko zmienić. Twórz sobie tylko takie iluzje, które mogą potem stać się prawdą. I zmieniaj je w prawdę. W szpitalach, w domach, na ulicach, stadionach, ludzie wciąż żyją, wciąż czekają. Nic  się nie skończy bez naszej wiedzy. To wszystko zależy tylko od ciebie. Czy wstaniesz dziś i zobaczysz to co zwykle, czy obudzisz się i stworzysz nowy standard. Nowe myślenie. Lepsze od tego, które sprzedaje nam teraz świat. Nie kupuj wszystkiego, co się tu pojawia. Zapakuj swoją przeszłość do pudełka i obuduj dzisiaj. Nie burz go od rana, buduj go. To twoje dzisiaj, może już jedyne, jakie masz. Tak musimy żyć, bo nigdy nie wiemy, ile zostało nam jeszcze dni.



złap mnie za rękę, możemy to odbudować
każdy dzień, który znika w gruzach codzienności
ułóż to od nowa, pokaż mi
że to jeszcze nie koniec.

postawmy nasze chwile na sobie
a potem przenieśmy na półki.
jeśli zawalą się pod ciężarem,
jesteśmy coś warci

kolejne choroby przeżynają płuca na ćwiartki
i nie możesz nic zrobić
szpitalne majaki nie pomagają dosięgnąć
nawet pustej lampki

w światłowodach nie ma już światła,
są dusze które błyszczą z przepełnienia
mogą dotknąć twojej dłoni
a ty uciekasz

biegnij, biegnij, biegnij ile sił
tam gdzie słońce zachodzi raz i budzi się raz
gdzie zimno przeżera kości i jesteś sam
z zygzakami na niebie które mówią jak żyć

złap jedno z twoich marzeń i zamień je w pył
w końcu znikną iluzje
uwolnisz swój umysł i zobaczysz że można wstać
z głębokich studni niebyciastanu.
16.08.2012




Życzcie mi zdrówka, bo się pochorowałam!

niedziela, 22 lipca 2012

akty desperacji.




   - Musielibyśmy się chyba poznać od nowa - dumał wpatrując się w śniadaniowe kanapki położone równo na talerzyku przez babcię.
   - Minęło tyle czasu - myślał ciągle - niebo nawet nie ma już tego samego koloru. Jakby wyblakło. Te miejsca z nią tylko przypadkowo związane są jak klątwa, unikam ich ciągle, a jednak wciąż mnie do nich ciągnie. To wszystko jest bez sensu - wziął w końcu kanapkę w rękę, ale nie mógł jej ugryźć. Znowu nie może jeść, choć przecież jest tak głodny. Po co Bóg stworzył krótkie, przelotne spojrzenia, które tak bardzo zostają nam w pamięci? To wszystko ich wina. Tego jednego spojrzenia zamienionego w pośpiechu na kilka groszy. Jesteśmy tak opłacalni...
    Wyszedł na spacer. Błądził między znanymi mu ścieżkami warszawskiego parku i liczył.
  - Ile to już? - szeptał pod nosem do siebie - Dwa lata? Niemożliwe! To nie mogło być tak dawno... Nawet nie pamiętam, kiedy to się rozpadło... Więc czy to było ważne? Gdyby było ważne pamiętałbym każdy dzień... Jak ten nad Wisłą. Albo ten w zoo... Albo Mazury! Pamiętam wszystko... Więc to było ważne. I co teraz, idioto. Przecież jesteśmy już zupełnie innymi ludźmi. Obcymi sobie przede wszystkim...
   Niewiele myśląc wyszedł z parku i wsiadł do autobusu, w którym spotkał ją ostatnio.



mogłabym być stepem
tajgą tundrą lasem równikowym
jedyną chwilą trwającą na słońcu

wszystko stało się możliwe
odkąd zniknęło nie ale wciąż
zamykam się na schodach i płaczę

jaki ratunek mnie czeka między kolejnymi promieniami
co może zrobić ikar, pożyczy mi skrzydła
a ja i tak nie mogę latać

chowam dłonie w bordowym storczyku
na znak zgodności godności z częściami
losu, który ukazuje się na kartach
przeludnionych loterii

szukamy szczęścia w przedziałach wagonów
które nigdy nie dojadą do nieba
a życie przecieka nam przez półszklane oczy
jakby było tylko nic nieznaczącym pejzażem
22.07.2012




Ja też mam serce.

sobota, 7 lipca 2012

wszystko inne, lepsze? :)

No cóż, wiele się zmieniło od ostatniego posta. Mogłabym pisać o miłości, ale chwilowo w nią nie wierzę. Uwierzę, kiedy zakocham się tak na dobre. Tak już na zawsze.

Wciąż wiele rzeczy nie wiem i wielu nie rozumiem. Gubię się ostatnio, ale mam świetnych przyjaciół, o których - muszę się przyznać - przez ostatnie miesiące trochę zapominałam. Przepraszam was za to z całego serduszka. <3

W każdym razie, teraz są wakacje a jutro jest rok, odkąd zaczęłam tu bazgrać jakieś pierdoły. Także tego, dziękuję, że tyle mnie czytacie :) Brakuje mi trochę świeżej krwi, nikt nowy nie wpada tutaj, tylko ci sami zawsze czytają mnie wiernie. ;) Ostatnio brakuje mi nawet przemyśleń, bo jakoś udało mi się wyłączyć zdolność analizowania wszystkiego i na razie jest mi z tym lepiej. Czasem chyba tak trzeba przestać myśleć o tym wszystkim i odpocząć. Czasem tak jest łatwiej.
Nie wiem tylko czy uda mi się wrócić do tego. Bo mam czasem ataki i przypływy nagłej wrażliwości, która nieraz z miejsca potrafi mnie niemal zabić, ale czy to wróci na stałe - nie wiem. Chyba dorastam i to tak wyraźnie mnie boli, że nawet nie umiem sobie z tym za bardzo poradzić. Jest we mnie wciąż tyle z dziecka, i wcale nie chcę się tego pozbywać, a to tak po prostu, samo ze mnie wypływa, ulatnia się i jest mi czasem tak przeraźliwie pusto i źle, bez tych moich dziecinnych cząsteczek.

Na szczęście mama kupiła mi dziś tęczowy słomkowy kapelusz, więc pobędę dzieckiem jeszcze trochę. Wcale nie chcę dorastać, bo dorosłość kojarzy mi się z wszystkim, co złe. Ale ten rok nie oszczędzał nikogo i wszyscy staliśmy się inni, jakby obcy. Jeśli ktoś postawiłby nas sprzed roku obok tych teraz, nikt nie powiedziałby, że jesteśmy tymi samymi ludźmi. Nie mówię, że to jest złe. Mówię tylko, że bardzo łatwo w tym pobłądzić, bo wszystko gdzieś rozjeżdża się w przeogromnym zdezorientowaniu. Czasem wystarczy jedna noc, by obudzić się zupełnie innym człowiekiem.

Wciąż uważam, że wszystko jest piękne, ale ta cała piękność świata zdaje się ciągle zamazywać. Nie wiem, na ile starczy mi sił, żeby wszystko widzieć jeszcze wyraźnie. Dni znowu stają się takie same, wraca ta znajoma monotonia, w której każdy z nas przynajmniej raz już był. Zobaczymy, dokąd nas to powiedzie. Mam nadzieję tylko, że gdzieś, skąd zawsze będziemy potrafili znaleźć drogę powrotną. ;)




Być może, myślę, że sko­ro wszys­tko się roz­pa­da, nie is­tnieje nap­rawdę nic in­ne­go, tyl­ko ta od­ro­bina prze­bywa­nia ra­zem. Ale i to jest po­niekąd oszus­twem, bo­wiem tam, gdzie je­den człowiek nap­rawdę pot­rze­buje dru­giego, nie można iść ra­zem i po­magać so­bie wzajemnie.
- Remarque