środa, 23 stycznia 2013

friends?


Ostatnio znowu rządzą "przypadki". Cóż za przygnębiające uczucie, czuć się tak trwożliwie bezradnym...
Nie wiem, co jest pięknego w tych dniach, które nas tak dobitnie zabijają...Wstać, zjeść, wyjść, odbębnić, wrócić, zjeść, iść spać. Coś nieprawdopodobnie nudnego...
A jednak. A jednak jest coś pięknego i w takich dniach, jak te.

Jak wiecie, jestem świetnym myślicielem i dużo myślę. Zaiste.
Ostatnio zastanawiałam się nad tym, jak bardzo siebie nie znamy. Czasem myślę sobie o ludziach, których widuję codziennie i rozmawiam z nimi w głowie. W pewnym momencie, popadam w impas.
Jaki kolor lubisz i jak na imię ma twoja siostra? Przecież o takich oczywistych rzeczach się nie rozmawia... Głupia jesteś, czy co? Pytać o ulubiony kolor?... Niedorzeczne...
Mówimy, że się znamy, a nic o sobie nie wiemy... Cóż jest bardziej niedorzeczne: pytać czy nie wiedzieć takich oczywistych rzeczy?
Po co tam pytać, jak na fejsie można wszystko sprawdzić...
Cywilizacja odbiera nam człowieczeństwo; tak naprawdę. Przestajemy ze sobą rozmawiać, tylko ze sobą piszemy, przestajemy siebie pytać, tylko sprawdzamy informacje na forach i portalach... Zaciera się gdzieś to nasze być i żyć między naszym istnieć i pobywać.
Pobyć można na chwilę, a potem zniknąć. A w życiu nie da się istnieć na chwilę. Jest się, albo się nie ma. Pojawiasz się i znikasz, nikt nie ma z tego powodu na twym punkcie bzika, mogę cię zapewnić. Za późno to do mnie dotarło, może do was dotrze na czas.
Byłam od zawsze przyzwyczajona do nie-bycia i do bycia, o dziwo też byłam przyzwyczajona do bycia jedynie na pół etatu, ale nigdy o tym nie myślałam w tych kategoriach. Było to dla mnie naturalne, dlatego może teraz tak nie boli.
Boli mnie tylko strach, że zgubię to, kim się stałam i wrócę do tego, kim byłam. I wszystko stracę.


gitarowe solo na dwa


w moich oknach przepłakane noce
nie grają roli w scenariuszach allena ale
może sąsiadka gienka ta ludwikówiczowa co to
z adamem mieszkała dziesięć lat ale on wolał
mariolę
ona wie więcej i o mnie i o tobie

może nasze dialogi piszą za zasłonami kurtynami
codziennego teatru w śródmiejskim zgiełku i podupadłej
wsi której nie opłaca się ratować po co
komu pieniądze...

dam ci na chleb ty kupisz wódkę a ludzie
wciąż umierają na raka
rysujemy mechanicznie linie zapobiegając kolejnym
nieszczęśliwym przepustkom do nieba

dotkniesz mojego czoła narysujesz znaki znane
przez wieki i znamiona nasze na chwilę staną
się jednością
to wszystko bez znaczenia bo
ja już jestem zerem i nie mogę cię odjąć

co za zła ironia i fatalne przeznaczenie że
jestem twoim edypem a ty moją izabelą
ja już nie chcę i nie pragnę

wybacz mi dzisiejsze słońce i że wciąż zamieniam
dni jak mi popadnie ale nie mogę skupić
w sobie światła

zatapiam się w cichych promieniach czystego dźwięku
kiedy mój kot stara się naśladować hendrixa
a pies zawodzi santanę
23.01.2013 alyouidiot

Mam wiele marzeń ale od dzisiaj moim największym jest was bardzo dokładnie poznać.
Może chcecie się czymś podzielić...? Ulubionym kolorem, albo jak wolicie wiązać krawat? Bez znaczenia...

środa, 16 stycznia 2013

LIST 1: THINGS TO DO

Pierwszy pościk w nowym roku.
Nie wiem, jak zabrać się do rzeczy, które mam zrobić. Tak dużo tego jest, a tak mało się chce.
Oglądam filmy, ostatnio nawet czytam książki, siedzę na facebooku tylko chwilę, piję herbatę jak zawsze i zastanawiam się, co się zmieniło. Ściany te same, ludzie ci sami, tylko jakoś... inaczej. Pusto.

Chcą wycofać produkcję jedno i dwugroszówek. Czy wyobrażacie sobie życie bez takich dwóch małych monet? Bez poczucia, że można na chodniku znaleźć szczęście tuż przed ważnym egzaminem?
Kilka tygodni temu, w przeciągu paru dni, znalazłam ze trzy jednogroszówki. Każda z nich wpadała w moje ręce tuż przed jakimś ważnym wydarzeniem. To trochę śmieszne i przesądne, ale człowiek czuje się od razu jakoś tak magicznie pokrzepiony tylko dlatego, że znalazł 1 grosz... Warty tak naprawdę 4 grosze.

Wybiła 21:05, w głośnikach The Antlers śpiewają mi, że nie chcą miłości (I don't want love), a ja siedzę od piętnastu minut i próbuję sklecić coś sensownego, co absolutnie wymyka mi się z ram jakiegokolwiek sensu...
Potęguje to we mnie wrażenie, że wszystko wypada nam z rąk i absolutnie już niczego na tym świecie nie można nazwać kontrolowanym. Wojny, zamieszki, konflikty. Wszystko na naszych oczach a my czytamy Stephena Kinga albo Paulo Coelho, oglądamy Batmana mając nadzieję, że istnieje naprawdę i uratuje nie tylko Gotham, ale też nasz nędzny światek... Tak krucho ze sobą połączeni, odczuwamy wewnętrzny strach i niepokój, że nic nie możemy na to poradzić - więc wszyscy, jak na zmowę, nic nie robimy... Po cóż to. No i cóż można zrobić? Nic. Tak bardzo nic nie można zrobić.
Okrutne poczucie bezradności przytłacza nas z dnia na dzień. Nie da się zmienić polityki, bo cała jest idiotycznie durna. Nie da się zmienić porządku świata, bo rządzi nim pieniądz. Nie da się wprowadzić pokoju, bo najwyraźniej na wojnach da się zbić interes. Wszystko o dupę można potłuc.

Fajnie jest, więc siedzimy dalej. Za oknem pada tylko śnieg.
A za innymi oknami rozgrywają się sceny ostatnich chwil czyjegoś życia.
Strasznie mnie to przytłoczyło ostatnimi czasy i jakoś zżera resztki moich sił.

"Czasami chciał ją zapytać wprost, ale nie umiał zacząć. Jak powinien zadać pytanie? Czy dosłownie: skoro jesteś taka szczęśliwa, to dlaczego ze mną sypiasz? Ale gdybym ją o to zapytał, na pewno by się rozpłakała, pomyślał.
I tak często płakała. Bardzo cicho i długo. W większości przypadków sama nie bardzo wiedziała dlaczego."
Haruki Murakami


Zastanawialiście się kiedyś, co jest wyznacznikiem szczęścia? Co sprawia, że możemy powiedzieć "jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi", skoro na pewno nie znamy pozostałych 7 miliardów ludzi?
Co trzeba zrobić, żeby być szczęśliwym?
Czy jest jakaś recepta?
Jakiś szczególny wyznacznik, którą drogą iść, by dostać szczęście...?
Gdzież-by-tam... Czasem zdaje mi się, że szczęście jest tylko iluzją, którą sobie sami wytwarzamy, żeby poczuć się na chwilę lepiej. Mówimy potem: szczęście nie trwa wiecznie, jest wręcz nieporównywalnie krótkie ze smutkiem i nieszczęściem. Czasem trwa tylko jedną sekundę.
Ale za to poczucie, że choć przez chwilę dotknęło nas szczęście, jesteśmy gotowi okłamywać samych siebie i wmawiać sobie, że może istnieć coś takiego jak idealny stan. Bo przecież, żeby coś istniało, nie musi być stałe ani widoczne.
Nie udowodnię wam, że szczęścia nie ma, tak samo jak wy nie udowodnicie mi, że istnieje.
Według mnie, osiągamy jedynie stan smukłej radości, i tak w dość skąpym wydaniu.
Trudno powiedzieć, że jest się szczęśliwym, kiedy świat umiera w smutku.
Tak właśnie sobie dziś pomyślałam, jak wracałam do domu autobusem i wysłałam SMS-a, którego nigdy nie powinnam była wysyłać.

Zastanawiam się, czy więźniowie, których uwalniają z kajdan, czują coś w rodzaju tęsknoty za nimi? Może pewną bezradność, bo co teraz zrobić... z wolnością?


ten pokój

tęsknię za czymś
gonię za czymś
czego wcale nie mogę mieć
- czwarta część
seryjnego samobójstwa

w motłochu popłochu przygaszonego
bicia uderzenia rozdrażnienia
lewej pięści i prawej w pięknym otoczeniu
tętnic

a życie tętni
bębni palcami o stół i wybija
rytmy czaczy albo ósma trzydzieści
pozostały trzy minuty do godziny zero

czekam na coś
pospieszam wskazówki wciąż późnią się na zawołanie
tego spod dwunastki

nie wiem kim jesteś nie umiem cię dotknąć
znam tylko twoje dwie jeden
i odgryź mi wargi, wypal oczy a uszy oddaj niewinnym talibom

oni grają nasze sekwencje na granicach Kandaharu
a ja już nic nie chcę czuć
niczego pragnąć
osiągam stan najwyższego dur i rozbijam się o własne dno

assalam alaykum*
16.01.2013 (c) alyouidiot

* w języku paszto (jednym z urzędowych języków Afganistanu, błędnie zwany afgańskim) "pokój wam".



KyraTeppelin.deviantart.com


niedziela, 23 grudnia 2012

my big coincidence.

tell me if you love someone.
sure.

Hej ho!
Nie było mnie tu dawno, bo badałam przypadkowość życia. Wiele osób próbowało niejednokrotnie mnie przekonać, że przypadki nie istnieją, ale ostatnie dni udowodniły mi bardzo silnie, że wszystko jest sobie przeznaczone. Ma cel, ma przyczynę.
Czasem trudno nawet mi było w to wszystko wierzyć. Kiedy w jednym momencie życia każdy jego element zdaje się zmówić przeciwko człowiekowi, nie wiadomo, co zrobić. Mogło by się uciec, bo tak jest najprościej. Udowodnić sobie, że można z czegoś zrezygnować i pokazać innym, że jest się na tyle silnym, by funkcjonować bez czegoś, co zdawało się być całym naszym światem.
Potem się okazuje, że są inne wyjścia.
Trochę za późno.

Miniona noc przytłoczyła cię bardzo, coś czuję. Nie mogłeś usnąć, może się bałeś. Może ktoś siedział ci silnie w głowie, bo sobie go wmówiłeś. Może brakowało ci za oknem widoku Pasa Oriona. A może po prostu wszystko było zbyt idealne i dlatego też nie mogłeś zmrużyć oka. Łzy napływają do oczu czy chcesz, czy nie. Jesteś bezsilny, bo ktoś jest chory, a ktoś inny ma cię w dupie. Załamujesz ręce, kiedy widzisz, że twoi bliscy cierpią i udajesz, że jest w porządku. Nigdy nie było. Tak naprawdę nie pamiętasz dnia, w którym wszystko było w porządku...
Co boli bardziej, bezczynność czy bezradność - nie wiem. Każde bez wyzwala u ciebie lęk. A on cię paraliżuje. I nie możesz już nic. Już tak zupełnie nic nie możesz zrobić. Czekasz więc, co wydarzy się jeszcze. Jak rozwiną się wydarzenia, bo może wszystko ułoży się samo. Ponoć czasem się układa, tak mówią ludzie. 
Co robisz potem? Wstajesz rano jak gdyby nigdy nic, jakby ta noc była najpiękniejszą z wszystkich nocy, a może była tą okrutną i najbardziej srogą. Uśmiechasz się przyjaźnie, żeby nikogo nie skrzywdzić, albo nie zarazić swoim pechem czy smutkiem. A może nawet nieszczęściem.
Umiesz odpowiedzieć sobie na to pytanie? Czy jesteś szczęśliwym człowiekiem? Często mówimy, że nie. Ale przecież wszystko mamy. Dom. Rodzinę. Ubrania. Samochód. Komputer. Empetrójkę. Albumy, meble, piec, ciepłą wodę. Jedzenie! Widzisz, słyszysz, czujesz, znasz smaki.
Co sprawia więc że jesteś bardziej nieszczęśliwy niż ten niewidomy pan, który mieszka na przeciwko ciebie? Niż ta kobieta z mieszkania piętro niżej, która nie może już sama chodzić? Co uprawnia cię do tego, żeby narzekać na swoje istnienie, kiedy tyle innych żyć ograniczonych jest właśnie przez bez-coś? Brak-czegoś?
Ah, jacy ci ludzie potrafią być szczęśliwi. Jak trudno jest im czasem narzekać na coś. Powiedzieć, że czegoś im brak, chociaż nie mogą usłyszeć dźwięku pianina, skrzypiec ani głosu Adele. Chociaż nigdy nie widzieli motyla, a ich oczami staje się wyobraźnia. Chociaż nie mogą powiedzieć ani słowa na swoją obronę. Chociaż nigdy nie prosili cię o nic, chociaż masz tysiąc razy więcej.
Ale wciąż jesteś bardziej nieszczęśliwy.
Bo może brakuje ci miłości. Może przyjaciół. Może rodzina przytłacza cię na tyle silnie, że nie umiesz się z nikim dogadać. Może ktoś zabrał ci coś, co tak bardzo kochałeś. Może ktoś odszedł, choć mógł być przy tobie cały czas. Może ktoś podjął decyzję, która nie była wcale po twojej myśli. Czy to czyni ją złą? Czy ta decyzja naprawdę tak bardzo wpłynęła na twoje życie, że nie potrafisz normalnie funkcjonować? Że wmawiasz sobie, że jesteś zły? Nikt nie jest zły.
Niektórzy są po prostu psychicznie chorzy.

Gdzie w tym wszystkim przypadek, a ile w tym przeznaczenia? Odpowiedz sobie sam. Znowu uważasz, że bredzę. Że nie jesteśmy wcale pokoleniem samolubów i egoistów. Że przecież tyle dajemy siebie innym. Że tak często się czymś dzielimy. Jesteśmy dobrymi ludźmi!
Oczywiście, że jesteśmy dobrymi ludźmi. Wszyscy, co do joty. Tylko gdzieś czasem się zakopujemy. Gdzieś się gubimy. Coś sprawia, że nie potrafimy się odnaleźć.
Mhm. Przypadek... Oczywiście, że przypadek ;)
Bo niby kto by miał tym wszystkim kierować i wytyczać temu cele? Bez sensu... To wszystko przypadek. Przypadek na pewno. Przypadek...



5:30
Budzik.
Nie, jeszcze trochę.
5:34
Wstaję. Nie wyrobię się.
Idę do łazienki.
Myję się.
Ubieram.
Nie jem, nie mogę.
Czeszę włosy. Długo. Lubię moje włosy.
6:40
Wychodzę z domu.
Drepcę powolnie na autobus. Może lepiej było by się dzisiaj spóźnić.
6:56
Autobus.
Wchodzę równie powolnie. Siadam na wolnym miejscu obok jakiegoś mężczyzny.
Czuję.
Pił z rana.

7:54
Jestem w Warszawie.
Gdzie ta cholerna ulica?
Błądzę.
Tyle razy. Na nic.

8:40
Zero minut spóźnienia.

-         Dzień dobry – burczę.
-         Dzień dobry! – krzyczy miła rejestratorka – Pani znowu u nas!
-         Znowu – znowu burczę.
-         Dzisiaj mamy lekkie opóźnienie.
-         Z samego rana? Opóźnienie?
-         Jedna maszyna się zepsuła, ale wejdzie pani za piętnaście minut! Proszę wygodnie usiąść i poczekać! Tu są pani dokumenty – podaje mi je.
Uśmiecha się.
Próbuję też, ale nie potrafię.
Siadam w poczekalni. Pusto.
8:50
Dosiada się do mnie chłopak.
Upośledzony.
-         Dzień dobry – mówi nieśmiało.
Uśmiecham się. (!)
-         Jesteś sam? – pytam.
-         Mama zaraz...
Otwierają się drzwi.
Ogromny facet czyta moje nazwisko.
Pieprzeni technicy.
-         Pani już u nas miała badania?
Przecież widzi na karcie.
Idiota.
-         Nie – odpowiadam.
-         Widzę, że trzymają się pani żarty – uśmiecha się serdecznie.
-         Nie – odpowiadam znowu.
Otwiera szatnie.
-         Niech pani tu zostawi rzeczy i je zamknie.
Kiwam głową. Rozumiem.
Rozbieram się, zostawiam rzeczy, zamykam szatnię. Oddaję mu kluczyk.
Otwiera drzwi. Widzę białą trumnę.
-         Proszę się położyć – komunikuje.
Przecież wiem, co mam robić.
-         Robiła to pani setki razy, niech się pani tak nie denerwuje.
-         Nie denerwuję.
-         Tylko co?
-         Spokojna jestem. Bardzo.
Idiota.
Kładę się, a on trochę mnie tam przypina. Zakłada słuchawki na uszy, do ręki daje przycisk.
-         Gdyby coś było...
-         Wiem – przerywam i zamykam oczy.
Wychodzi.
Wsuwają mnie do środka. Głowa zostaje na zewnątrz.
Słyszę pierwszy hurgot. Przytłumiony.
Widzę licznik.
2:50 17 mm.
Hsdajigruys sdhfduyds i w kółko te dźwięki. Coraz głośniej.
Wszystko zaczyna drżeć.
Słuchawki spadają.
Teraz słyszę wyraźnie.
KJDJHD i JKAFGHAS i potem znowu KJAFGHDDKJFJH. Nie umiem tego znieść.
Pęka mi głowa.
0:23
Prawie koniec. Ale to dopiero początek.
Dziesięć sekwencji.
Widzę sufit i lampy. Wszystko białe. I dalej słyszę hurgot. Równomierny. Zabija mnie. Zabija we mnie wszystko.
Próbuję myśleć o czymś innym. Nie porusz się tylko, nie porusz.
Zamykam oczy, i co. Nic. Biało.
I dalej słyszę hurgot. Równomierny. Zabija mnie. Zabija we mnie nawet myśli.
Dziewiąta sekwencja 21mm, 2:17.
Zamykam oczy i otwieram na zmianę. Wciąż biało, biało, biało.
Cisza.
Otwiera drzwi, wysuwa mnie i zdejmuje mi przypięcia. Zabiera słuchawki.
-         Wyniki będą jutro – oznajmia.
-         Dziękuję. Miłego dnia – mówię i wychodzę.
Otwieram szatnię, ubieram się z powrotem, wychodzę znowu do poczekalni. Zakładam kurtkę i mam nadzieję nigdy więcej tam nie wracać. Ale mówię przecież:
Do widzenia! – tej serdecznej pani. Tak burczałam to może teraz...

Believe me: From little things big things grow ;)

Oczywiście życzę najpiękniejszych świąt, jakich tylko można życzyć, o jakich można tylko pomarzyć!
Oraz żeby przyszły rok okazał się szczęśliwszy:) Bo wiecie, tak naprawdę - mamy wszystko.



poniedziałek, 26 listopada 2012

kochanie, jesteś ze mną, przy mnie każdego dnia.


pamiętasz te noce
morskich bitew niestoczone pola
wypełzaliśmy rankiem o smaku
świeżej herbaty

mogłam chodzić spać milion razy
i budzić się dwa miliony
liczyć siedem ich na niebie
i mieć wrażenie
oswojenie
przywłaszczenie mojego istnienia
innym podmiotom, nie przedmiotom

mogę być czyjaś znowu
ale nie na sekundę
gdzie mój byt i twoje bycie
przecina się nie raz nie dwa

mogłabym leżeć codziennie na stole
podając na talerzach Twoje myśli

Tylko uśmiechnij się do mnie,
bo taki piękny dzisiaj dzień.

26.11.2012
Kochanie, jesteś ze mną, przy mnie każdego dnia.


Cóż za cudowny dzień!
Słońce!
Tyle uśmiechu mogło by być codziennie. Nie tylko tego znanego, ale i obcego. Każdego uśmiechu chcę więcej! Więcej!


Ostatnio porzuciłam sprawy przeznaczenia dla wyższych celów i chyba mi się to opłaciło. W każdym razie, dalej naiwnie w nie wierzę, haha. 

Darling, you're with me, always around me!
Darling, I feel you under my body.
Give me shelter, or show me heart.
Come on love, come on love,
Watch me fall apart, watch me fall apart...


Miłość jest ko­tem. Przychodzi, kiedy ma na to ochotę. Nie py­tając o zda­nie siada na ko­la­nach i og­rze­wa cię samą swoją obec­nością. Ma pa­zu­ry, ale i tak wiesz, że faj­nie jest mieć ko­ta.
-John Planty

Nie wiem już sama, czym jest miłość! Czy w ogóle jest! Jak o dużo łatwiej wierzyć, że jednak istnieje, że to, co się przeżyło, nie było ani fikcją, ani bajką. Lecz jeśli to były miłości, to cóż przed nami? Szkoda myśleć! Szkoda gadać! Dzisiaj jedyne, co nasuwa mi się na myśl, to - Taki piękny dzisiaj dzień! I że, na przykład, cały czas się uśmiecham. W końcu bez powodu! 

Spójrz trochę dalej, podnieś głowę i uśmiechnij się, nawet jeśli za oknem jest zawierucha! H.Jackson Brown napisał kiedyś, że każdego dnia powinniśmy uśmiechnąć się przynajmniej raz do nieznajomego, bo być może nasz uśmiech jest jedynym słońcem, które on spotka tego dnia. Czyż to nie są wpaniałe słowa na motto?

Today, give a stranger one of your smiles. It might be the only sunshine he sees all day.



Trzymajcie się ciepło i być może zawitam tu wkrótce z jakimiś moimi super-życiowymi rozkminami! :)

sobota, 3 listopada 2012

touching the sky; that's not my limit



3 listopada to 307. dzień roku, w latach przestępnych 308. Do końca roku pozostało 58 dni.
W 1656 roku tego dnia, Polska i Rosja zawarły antyszwedzki rozejm w Niemieży.
W 1918 roku tego dnia odbyła się nieudana próba zamachu stanu w Polsce.
W 1984 roku odbył się pogrzeb księdza Jerzego Popiełuszki, a w 2005 roku Klan jako pierwszy z polskich seriali osiągnął liczbę odcinków równą 1000.


A w 1994 roku 3 listopada było całkowite zaćmienie Słońca widoczne nad Ameryką Południową, Atlantykiem i południową Afryką...



Co to zmienia dzisiaj, nie wiem. Wiem jedynie, że na pewno ma wpływ na teraźniejszość. Może nawet na pogodę... Nasze życia wciąż się przeplatają i nie umiem powiedzieć, co z tego wynika. Wiem, że nas zmienia.
Często zapominamy, jakimi byliśmy ludźmi. Może dlatego, że nie chcemy pamiętać lub po prostu to nie było istotne. Co więc staje się istotne? Ten moment, który nas zmienia? Czy dopiero ten, który następuje po zmianie? Co świadczy o tym, kim jesteśmy? To co robiliśmy czy to, co robimy teraz?
Czy przypadkiem na nasze jestestwo nie składa się też przeszłość, a nie jedynie to, z czym obnosimy się aktualnie? Myślę, że nie warto maskować i zakopywać przeszłości ani zmian. Wydaje mi się, że o tym, kim jesteśmy, świadczy właśnie nasza zmiana. Czy była ona na lepsze czy na gorsze. Czy byliśmy w stanie wybrnąć z trudnych sytuacji, czy sprawiliśmy, że stały się one jeszcze bardziej nie do zniesienia. Czy wstając codziennie z łóżka potrafiliśmy cieszyć się kolejnym dniem, czy narzekaliśmy, że w ogóle się obudziliśmy. Czy idąc ulicą potrafiliśmy zauważyć innych ludzi i uśmiechnąć się do nich, czy kiedy nas popchnęli, wyklęliśmy ich jedynie dlatego, że mieliśmy zły dzień.
Ci obcy nam ludzie, często oddaleni kilkaset kilometrów od nas, mogą mieć na nas ogromny wpływ, mogą mieć dla nas ogromne znaczenie. Ich pasje mogą stać się twoją inspiracją, w ich spojrzeniu możesz odnaleźć wenę, po ich ruchach możesz ocenić swoją wartość. Najwięksi artyści nie stworzyliby niczego bez innych ludzi. Wszystkie największe dzieła biorą się z samotności tudzież opuszczenia (spowodowanych nie inaczej, jak przez ludzi!), nieudanych bądź istnie wspaniałych miłości (do innych ludzi!), trudnych lub niezmiernie wytrwałych przyjaźni (z innymi ludźmi!) i tak dalyj... Ci inni ludzie zawsze dają nam impuls do jakiejś pracy, do jakiegoś działania, nadają nam jakieś znaczenie. Zauważają w nas cechy i zachowania, o których my nawet nie wiemy.



Na­tura miewa kap­ry­sy i ana­logie. Mo­tyle is­tnieją także w rodza­ju ludzkim: piękna bar­wa, la­tanie nad po­wie­rzchnią życia, kar­mienie się słodycza­mi, bez których giną - oto ich zajęcie. A ty, ro­baku, nur­tuj ziemię i prze­rabiaj ją na grunt zdol­ny do siewu. Oni ba­wia się, ty pra­cuj; dla nich is­tnieje wol­na przes­trzeń i światło, a ty ciesz się jed­nym tyl­ko przy­wile­jem: zras­ta­nia się, jeżeli roz­dep­cze cię ktoś nieuważny. 
                                                                 - Bolesław Prus




Kilka razy się już zrosłam, ale czasami nie daję rady. A ty?

piątek, 19 października 2012

destiny, thou art a heartless bitch.



Wiem, że gdziekolwiek jestem, cokolwiek robię, ten księżyc będzie takich samych rozmiarów jak Twój.
                                                                            - Dear John 



     Nie wiem, czy wierzycie w przeznaczenie. Dla mnie do niedawna była to smutna bajka, w którą zawsze uwielbiałam wierzyć. Ludzie pytają - dlaczego? Nie wolisz mieć poczucia, że to wszystko leży w twoich rękach i zależy właśnie od ciebie?
    Pytanie, czy faktycznie potrzebujemy obciążać się taką odpowiedzialnością. Odpowiadamy za to co mówimy i robimy, ale czy to jest przypadkowe... Cóż, nigdy niczego nie nazwałabym przypadkiem, ani tego uśmiechu, który spotkał cię dziś w autobusie ani "przypadkowego" dotyku w kolejce w sklepie. Są takie rzeczy, które odciskają na nas niezwykłe piętno, niezwykle dokładnie zapadają nam w pamięć. Im więcej rzeczy jesteś w stanie zapamiętać, tym lepiej odnajdziesz i przede wszystkim zrozumiesz swoje przeznaczenie (jeśli tak jak ja, naiwnie w nie wierzysz). 
Długo się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że często właśnie mówimy: "gdyby nie to, nie byłbym takim samym człowiekiem" - czy to nie jest kwestia wiary w przeznaczenie? Przecież wyraźnie tu wierzymy, że to, co się stało, choćby nie wiem jak było złe, było nam przeznaczone! Było nam dane, żebyśmy coś zrozumieli! Jednak mimo wszystko, częściej wypieramy się przeznaczenia, bacznie mianując się panami własnego losu... 
Według mnie, jesteśmy bardzo mali w tym naszym losie, bardzo bezsilni i często niepoukładani. Wierzymy, że możemy coś zmienić, ale nie wiemy, jak to zrobić, więc nie zmieniamy. Życie często - czy chcemy, czy nie - decyduje za nas, a my żyjemy trochę tak jakby z boku, trochę mniej ważni, chociaż codziennie budzimy się w tej samej skórze i robimy dokładnie te same rzeczy. Nie ma się co oszukiwać - kiedy jesteśmy mali, jak młode listki na drzewie, trzymamy się mocno życia jak cennej rzeczy. Z upływem czasu żółciejemy, potem robimy się pomarańczowi tylko po to, żeby stać się czerwonymi, by za chwilę zbrązowieć, uschnąć i spaść. Odczepić się od życia, bo to przecież naturalne, i dawać miotać sobą to na lewo, to na prawo. Potem lądujemy w nieznanym nam miejscu, nie wiemy dlaczego i jak to się stało, bo przecież jeszcze na wiosnę mieliśmy wszystko pod kontrolą... 
Poczucie kontroli gubi bardziej niż jej brak. Kiedy spostrzegłam, że przeznaczenie może być faktem, a nie wymysłem, kiedy zaczęłam wszystko ze sobą łączyć, każdego dnia budziłam się prawie szczęśliwa. Czemu prawie, no cóż... Pewnie to kwestia wypełnienia swojego przeznaczenia. Ale, przecież! Jeśli to przeznaczenie, to samo się wypełni! Prawda? Więc po co się martwić, zerkać w puste kierunki i oczekiwać cudów. Przestań myśleć, poczuj się na chwilę nieobciążony, szczęśliwy. Któregoś dnia obudzimy się wszyscy i nastanie dzień naszego przeznaczenia. Kto wie, może spotkamy się wtedy na przystanku i powiesz mi: "Przypominasz mi taką poetkę... Wiesz... Ona zawsze mówiła, że dni są piękne. Spójrz! Taki piękny dzisiaj dzień!"... A ja, cóż. Spojrzę na ciebie, uśmiechnę się i staniemy razem pod jedną parasolką...



    Wiesz, w co jeszcze lubię wierzyć? Że kiedy stoję na dworze w gwieździstą noc i szukam Oriona, Syriusza i śmieję się z Księżyca, to gdzieś na Ziemi jest człowiek, który robi właśnie to samo. Albo kiedy jadę autobusem i widzę wschód słońca, ktoś budzi się właśnie i odsłaniając zasłony, widzi to samo, co ja. Nie zdajemy sobie sprawy, jak strasznie ze sobą wszyscy jesteśmy połączeni. Jak niezwykle jesteśmy od siebie zależni. Jak od tego, czy ty masz dziś dobry dzień, zależy moje szczęście.
    Bo ty i ja, jesteśmy sobie przeznaczeni.



Przeszłość gdzieś się zaczęła, ale już się skończyła. Przyszłość zacznie się właśnie za chwilę. A to twoje "teraz", to, którym żyjesz, trwa tylko ułamek sekundy. Nie zdążysz wziąć nawet oddechu, a mówisz, że żyjesz chwilą. Żyjesz tym, co jest ci dane. Tą sekundą, która właśnie minęła. Teraźniejszość tak na dobrą sprawę nie istnieje, ale istniejesz Ty, zamknięty między przeszłością a przyszłością z wyborami, które w końcowym efekcie okażą się i tak bez znaczenia...
 
 
 na dobry weekend - Polska złota jesień!

Miłego weekendu! 
 

wtorek, 2 października 2012

deja vu



Jestem uzależniona od herbaty. Tak się mówi, chociaż to wcale nie jest uzależnienie. Mówi się też „jestem uzależniona od ciebie”, a przecież nie można być uzależnionym od człowieka. Tak samo mówią „jestem uzależniony od papierosów”, a tak naprawdę nigdy nie pomyśleli o tym, żeby przestać palić. Uzależnienia to dla mnie drażliwy temat. (...) Wszyscy, którzy są w jakiś sposób od czegoś uzależnieni, mają u mnie minusa już na samym starcie. Nie potrafię się tego wyzbyć, to sprawia, że mój stosunek do niektórych ludzi jest negatywny od samego początku. Nie umiem ufać, nie umiem patrzeć w oczy, nienawidzę kłamstwa, bo przez to jestem tak skomplikowana, że czasem nawet sama się w sobie gubię. A jednak ludzie mnie fascynują. To chyba przez ten paniczny strach, że mogliby mnie zranić, zaczęłam mieć na ich punkcie niejaką obsesję. Obserwuję każdego z nich bardzo uważnie, poznaję ich zachowania, dzięki czemu wiem, kiedy kłamią. Jednak jeśli do tego wkraczają uczucia, to już nie jest takie proste. Uczucia sprawiają, że zawsze wierzymy, nawet w te najbardziej oczywiste kłamstwa. Mogę zapytać kogoś, na kim mi zależy: „jaki masz kolor oczu?”, a on odpowie: „niebieski” i uwierzę, choć przecież doskonale wiem, że jego oczy są zielone. A może nawet wpadają w piwne przy zetknięciu się ze źrenicami...
- Autocharakterystyka, wrzesień 2011



Jest dobrze
Rano wstała beznamiętnie z łóżka. Odsłoniła zasłonki wciąż nic nie rozumiejąc, za szybą zobaczyła Warszawę w porannym świetle. Szybkim ruchem z powrotem zasłoniła okno i poszła do łazienki. Ubrana, najedzona, wyszła do szkoły. Nie wiedziała, że tego dnia do niej nie dojdzie.
      Wsiadła do metra. Nie cierpiała metra. To tutaj to wszystko się zaczęło. Ta przyjaźń, z pozoru przypadkowa znajomość, ale jednak przyjaźń. Codzienne widywanie się akurat w tym samym wagonie, przelotne uśmiechy i wspólne obserwacje. Potem była herbata, potem herbata stała się częścią codziennego rytuału. Tutaj też wszystko się zakończyło. I ten list, w tym samym wagonie, co zwykle. Na tym samym siedzeniu. Jakby tylko na nią czekał.
„Kwiaty przestały pachnieć. Przytrzymałaś mnie przy życiu przez pół roku, ale teraz to już nie ma znaczenia. Zaraz zamkną metro, a ty jutro rano w stołecznej gazecie przeczytasz >>kolejne samobójstwo, tym razem siedemnastolatki, rzuciła się pod metro<<. Nie będziesz wiedzieć czemu i będziesz obwiniać siebie – nie rób tego. Nie ma w tym ani krzty twojej winy. Dałaś mi półroczne szczęście. Za długo byłam szczęśliwa. Oliwia”.
Wtedy metro faktycznie się zatrzymało. Nie mogła w to uwierzyć, zawróciła do domu i od tamtej pory bała się zasnąć.
      Siedziała w zupełnie innym wagonie, w jak najdalszym punkcie od feralnego miejsca. Najchętniej w ogóle nie wsiadałaby w metro, gdyby nie to, że było to najszybszym dojazdem do szkoły, a ona rano nie miała czasu nawet na oddech. Koło niej stanął chłopak, na oko dwudziestoczteroletni. Na głowie miał kapelusz, ubrany był w czarny płaszcz jesienny, czarne spodnie i trampki.
-          Jestem żałosny – szepnął.
      Chciała to zignorować, ale nie potrafiła. Nie potrafiła nie zainteresować się smutkiem, nie przejąć się nieszczęściem czy niezadowoleniem innego człowieka. Szczególnie obcego, ci fascynowali ją najbardziej.
-          Czemu tak mówisz? – zapytała.
-          Wiesz jak pachnie róża?
Uśmiechnęła się.
-          Wiem.
-          No właśnie. A ja nie. A słyszałaś kiedyś śpiew ptaka?
-          Tak.
-          Ta... A ja nie. A widziałaś... paralotnię?
-          Tak.
-          Ja też.
-          I dlatego jesteś żałosny? Bo widziałeś paralotnię, a nie wiesz jak pachnie róża czy jak śpiewa ptak? – zaśmiała się.
-          To nawet nie o to chodzi. Jestem jak ten szary tłum. Widzę tylko siebie i nic poza tym, nie czuję nic poza smrodem miasta i własnym potem, a słyszę tylko samochody i głośną muzykę sąsiadów.
-          Żałosny to byś był, gdybyś się nie zorientował, że tak jest. Napraw to. Nigdy nie jest za późno!
-          Ile już dni tak płaczesz? – zapytał nagle.
-          Słucham? – spojrzała na niego zdziwiona.
-          No ile?
-          Pół roku. Skąd wiesz?
-          Każdy płacz zostawia na twarzy ślady – powiedział zdejmując kapelusz. Zobaczyła przeraźliwie smutne oczy, aż wstrzymała oddech z przestrachu.
-          Widzisz? – szepnął – Też tak wyglądasz.
-          Pieprzysz.
      Metro się zatrzymało. Obydwoje wysiedli na tej samej stacji.
-          Chodź – szarpnął ją za rękę.
-          Dokąd mnie prowadzisz? – krzyknęła przestraszona.
      Zatrzymali się dopiero nad Wisłą. Było rano, nie znała tego miejsca. Bez ludzi, szumu i bloków, jakby zupełnie wycięte warszawskiemu urokowi. Nic nie mówili.
-          Czemu mnie tu przywlokłeś? – zapytała zdenerwowana – chcesz mnie zgwałcić i utopić?
Zdjął płaszcz, zawiesił jej na ramionach.
-          Trzęsiesz się cała. Nie chcę ci zrobić krzywdy i nigdy cię nie skrzywdzę.
-          Czemu tak mówisz? Nawet mnie nie znasz.
-          Wystarczająco dużo wycierpiałaś, ja też. Możemy się dogadać. A zabrałem cię tu... Sam nie wiem czemu. Nie pokazywałem tego miejsca nikomu. Matka mnie tu...
-          Poczekaj – przerwała mu szybko. Wpakowała łapki w rękawy płaszcza, usiadła na drewnianej kłodzie ustawionej na piasku, z widokiem na Wisłę – kontynuuj – zarządziła.
Zaśmiał się.
-          Nawet nie znamy swoich imion – przypomniało mu się nagle.
-          Komu to potrzebne? – wzruszyła ramionami – nie za to ceni się ludzi.
Poprawił kapelusz i usiadł koło niej.
-          Matka mnie tu zaciągała jak byłem mały. Potem wyjechała i nie wróciła. Przyprowadzałem tu moją siostrę. Ona też mnie zostawiła. 14 marca rzuciła się pod metro.
Łzy popłynęły jej po twarzy.
-          Długo cię szukałem.
-          Po co?
-          Byłaś jej przyjaciółką. Nigdy cię nie poznałem, bo mi nie pozwalała.
-          Czemu?
-          „Łatwo się w niej zakochać, a nie chcę być zazdrosna o własnego brata”. Twierdziła, że w końcu będziesz poświęcać więcej czasu mi niż jej, bla bla bla ...
-          Ta... Lubiła gdybać. Skąd wiedziałeś, że ja to ja? – spojrzała na niego.
-          Wasze zdjęcie wciąż stoi u niej w pokoju. Mieszkam z ojcem. Ani on ani ja nie jesteśmy w stanie tam cokolwiek ruszyć.
Popatrzył na nią. Uśmiechnął się.
-          Śmiesznie wyglądasz w tym płaszczu! Gabrielo.
-          Ponoć nie znasz mojego imienia! Remigiuszu – udała oburzenie.
-          Ty mojego też... – zaśmiał się szczerze.
-          Mogę mówić na ciebie Remek?
-          Nikt tak do mnie nie mówi, ale proszę.
-          To jak mówią? Remigiusz?
-          Remi, ale to strasznie mało męskie – stwierdził, po czym wstał i chwycił kamyk – umiesz puszczać kaczki? – zapytał.
-          Nie, kompletnie nie potrafię.
-          Chodź tu.
      Przydreptała posłusznie, w za dużym płaszczu sięgającym jej do stóp. Pokazał jej raz, drugi, jak to się robi, ale nie potrafiła. Ustawił ją wreszcie, stanął za nią i mocno zamachnął jej ręką.
-          Pięć – powiedział z uznaniem – nieźle jak na pierwszy raz.
          Remigiusz wrócił do domu bardzo radosny. Nie poznawał siebie, bo od dawna nie doświadczał pozytywnych uczuć. Nic go nie cieszyło, nie uśmiechał się. Miał znajomych – od klubowania i wspólnego nawalania się. W jednej chwili zapragnął to wszystko zostawić. Jedyne rzeczy, które posiadał, w świetle dzisiejszego dnia przestały mieć dla niego znaczenie. Nie odbierał telefonów od kumpli. Nie przejęli się wcale.
       Gabriela wróciła do domu bardzo zamyślona i nieobecna. Miała w głowie jeszcze większy mętlik niż tego samego dnia rano. Zastanawiała się cały czas, czemu jej życie w tak wielkim stopniu jest uzależnione od tego feralnego miejsca, jakim jest metro. Dlaczego to tam spotyka ludzi, którzy w przeciągu kilku chwil stają się dla niej tacy ważni. Nie brała pod uwagę tego, że ona staje się dla nich równie ważna. Myślała, czemu to ma służyć i co zmienić. To był pierwszy wieczór od pół roku, którego nie przepłakała.
   
-          One wolą bułki – powiedział trzymając w ręku foliową torebkę z dwiema świeżymi bułeczkami.
-          Gardzą chlebem? Jeszcze nie spotkałam się z tak wybrednymi kaczkami – skwitowała. Sięgnęła do jego torebki po bułkę i łamiąc zaczęła karmić kaczki. Przypłynęły momentalnie.
-          Wygrałeś – oznajmiła.
      Jak to jest – myślała – że w tłumie na ulicy szuka się tylko jednej twarzy? Że w każdym momencie swojego dnia, zatacza się koła wokół jednego miejsca, myślami wokół jednej osoby. To niedorzeczne. 
  
Deja vu

mógłbyś być czajnikiem i gwizdać na wszystko
taplać się w ciepłej wodzie w zimę
i w lodowatej w upalne noce

mógłbyś być papierosem na deszczu
wciąż mniej bezużyteczny niż teraz jesteś
mógłbyś wtedy zabrać mnie ze sobą
w odrobinę szczęścia
odrobinę nieba
drobinę drobnych odrobionych po cichu za tapczanem

i widzisz tych samych ludzi, 
choć drepcesz po innych miejscach
zasłoń okno i śpij dziś spokojnie
ich twarze w twoim śnie ukołyszą mnie do drzemki na hamaku

wciąż pada deszcz, wciąż wiem, że nie ma już miejsc na tym świecie
choć w każdym milimetrze naszej duszy 
przesiąkam tobą a ty mną
i może czasem znaczymy coś więcej dla siebie
i może czasem nucimy te same piosenki 

lecz czy to wystarczy by pokonać kraty codziennych korytarzy
gdzie podłogi wyryte są nadzieją rozbitych słów?
2.10.2012


Wszystko już jest powtórzone, jestem tego niemal pewna... Dlaczego zatacza koło, nie wiem. Przecież można obrać inne drogi niż wciąż taplać się w tych samych. Wciąż nazbyt wiele... Wciąż, wciąż, wciąż. 
Chciałabym się podzielić z wami innymi myślami, które łapią mnie gdzieś po drodze do szkoły, albo kiedy wracam do domu. To wszystko stało się takie przewidywalne.
Najpierw 5.30 i ciągłe wrażenie, że brakuje mi snu, a kiedy już go dostaję, to nim rzygam.
Potem do 6 codzienna walka o to czy być, czy nie być. Chlustam wodą na twarz i wszystko na chwilę przechodzi.
6.30 i już za mało czasu, żeby rozważać ludzkie istnienie.
Człowiek się zgubił w tym wszystkim, i co teraz. Jesień przejdzie i wszystko znowu będzie normalne.

To niedorzeczne.


If I love you, what business is it of yours? 
                                                                 - Goethe