niedziela, 14 kwietnia 2013

wings wouldn't help you

W półmroku półgwiazdy
Zapaliły się na półniebiosach.
Nękani półstrachem,
Półludzie, niczym gwoździe,
Zastygli na ugiętych nogach.

Moskwa, 1992, Dmitrij Strelnikoff

***

- Jakie jest twoje marzenie? - zapytał odrywając mnie od lektury Sołżenicyna. Siedziałam wtedy na parapecie patrząc się to na małe literki książki, to na otchłań za oknem, która pożerała mnie z każdym moim oddechem.
- Moje marzenie?
- Tak, marzenie twoje - wymamrotał i zdawało mi się, że przez chwilę ujrzałam na jego twarzy uśmiech. Taki szybki, trwający może ułamek sekundy, jednak - uśmiech. Trudno jest się uśmiechać w takim miejscu.
- Chciałabym, żeby ktoś mnie pokochał. Tak wiesz, już na zawsze. Bez strachu, że zostanę porzucona z dnia na dzień, bez obawy, że jakaś kobieta okaże się ode mnie ładniejsza czy lepsza. Chciałabym, żeby ktoś przy mnie był w najbardziej błahych trudnościach, żebym miała z kim upiec ciasto i miała z kim go potem zjeść. Chciałabym kogoś, kto chodziłby ze mną na spacery w deszczu i jeździł na przejażdżki rowerowe w upalne dni. Chciałabym już pokochać tak raz na zawsze i sama bym chciała zostać tak pokochana.
Po skończeniu swojego wywodu spojrzałam na niego, a on przyglądał się z uwagą huśtawce stojącej tuż za oknem.
- A ty, jakie masz marzenie? - zapytałam widząc, że mój rozmówca nie jest skory do samowolnego podjęcia konwersacji.
- Chciałbym przelecieć Madonnę - powiedział krótko i stanowczo. Zaśmiałam się, on sam się uśmiechnął.
- A tak serio?
- Nie no, serio bym ją chciał przelecieć.

***

Siedliśmy w kółku, tak jak to się robi na spotkaniach AA. Długo zastanawiałam się, dlaczego kazali mi przyjść tutaj, a nie właśnie zapisać się do głupiego AA.
Pani Doktor, jakaś taka sztywna, pewna siebie brunetka, w ładnej spódnicy i przepięknych szpilkach, siadła na niebieskim fotelu. Jej biała bluzka zlewała się z białym lekarskim kiltem. My wszyscy usiedliśmy posłusznie na zwykłych drewnianych krzesłach i patrzyliśmy się na siebie chwilę w milczeniu.
Pani coś tam potrajkotała, jakoś to wszystko ładnie zaczęła i postanowiła mnie przemaglować.
- W karcie zapisane mam "czuje się winna za całe zło na świecie" - zwróciła się do mnie - Czy to wystarczający powód, żeby próbować się zabić?
- Jak zwykle. Ja o Stasiu, wszyscy o Jasiu - warknęłam - Wciąż powtarzam: nie chciałam się zabić.
(Nie mogę zrozumieć, że nikt mi w to nie wierzy).
- Więc po co było to wszystko?
- Chciałam na chwilę nic nie czuć, okej? Zobaczyć, jak to jest, nic nie czuć. Uwolnić się od tego.
- Od czego? Poczucia winy? Nie możesz winić się za wszystko, co na tym świecie jest złe.
- I widzi pani, tu jest nasz błąd. Bo myśmy wszyscy powinni się za to winić. Bo to, jak wygląda świat, zależy od nas. A jeśli jest tak zły i podły, to jest to właśnie nasza wina. Nie tylko moja, pani też. A wie pani dlaczego? Bo nic, zupełnie nic a nic z tym nie robimy. Zostawiamy to innym ludziom, może bardziej kompetentnym, może bardziej wartościowym, kiedy losy świata zależą od każdej pary rąk, a nie tylko od tych "najlepszych". Co to za szufladkowanie? Jeśli nikt nie czuje się odpowiedzialny za świat, to co to za świat...?

***

W ten wieczór położyłam się wcześniej, około dwudziestej pierwszej już spałam w swoim ciasnym, izolowanym pokoju. Z jakiegoś powodu uważali mnie za niebezpieczną dla otoczenia, choć ja sądzę, że po prostu mieli dużo wolnych pokoi.
Ze snu wybudził mnie szybki oddech nad moim uchem. W pierwszej chwili wydawało mi się, że to przesłyszenie, że po prostu już tu wariuję. Trafiłam tu z samotności, a oni wepchnęli mnie w jeszcze głębszą solitude. Odwróciłam lekko głowę i ujrzałam Michała, który sterczał nad moim łóżkiem. Zanim zdążyłam wrzasnąć, zasłonił mi usta i powiedział cicho:
- Nie rób hałasu, przecież nic ci nie zrobię.
- Jak tu wlazłeś? - zapytałam złowrogim szeptem.
- Mam wtyki u tego stróża, co jest dziś na zmianie. Wiem, że zdradza żonę i mi pozwala na wszystko. Wrabiam go, że niby mam jakieś dowody, a tak naprawdę usłyszałem tylko przypadkiem jego rozmowę telefoniczną.
Chwilę siedzieliśmy w milczeniu i zdążyłam się uspokoić; wyjść z niejakiego szoku, którego zaznałam.
- Pytałaś, jakie jest moje marzenie.
- Przelecieć Madonnę - odparłam krótko.
Uśmiechnął się cicho prychając.
- Zamieszkać w kimś. Tak wiesz, na zawsze.
Uśmiechnęłam się w tej ciemności, którą oświetlał jedynie księżyc wpadający wprost do mojej ciasnej klitki przez małe, zakracone okienko.
- Wiem - szepnęłam - Na zawsze.

***

Długi czas zastanawiałam się, jak to możliwe, że trafiłam do tego miejsca tuż przed swoimi 18. urodzinami i spotkałam tak wielu młodych ludzi, którzy postanowili z jakiegoś powodu zniszczyć sobie życie. Michała uznali za nienormalnego tak jak mnie; że niby chciał się zabić, bo specjalnie przedawkował. Antek miał schizofrenię, choć nigdy nie widziałam go w akcji, ale z jakiegoś powodu jednak tu trafił. Grzesiek w zaufaniu zdradził mi plotkę, że podobno Antek chciał zabić matkę siekierą. Nie wydaje mi się, żeby to była prawda, bo ostatnio widziałam, jak rozmawiał z pszczołą; mówił do niej: "widzisz, Maja, niedługo umrzesz, a ja nie mogę ci pomóc". Grzesiek z kolei miał manię prześladowczą i może dlatego uczepił się tak tego biednego Antka. Na domiar złego, lekarze postanowili ich umieścić w jednym pokoju, tłumacząc, że to pomoże Grześkowi przekonać się, że Antek wcale go nie chce zabić tą samą siekierą, którą podobno chciał zabić swoją matkę.
Ania była anorektyczką, siedziała często sama na stołówce, zostawała tam jako ostatnia, kiedy wszyscy już zjedli. Była przeraźliwie chuda, miała tak wyraźne kości policzkowe, że można było niemal włożyć pod nie palec, tak samo zresztą, jak pod jej żebra. Wciąż uważała, że jest za gruba.
Lilka z kolei była bulimiczką i strasznie nie lubiła Anki, bo twierdziła, że Anka jest tak idealnie chuda, że po prostu nie może jej lubić! Mnie lubiła i żaliła mi się czasem, bo, jak to powiedziała; "jesteś tak gruba, że nie będziesz konkurencyjna na rynku modelek". Tak właśnie mi powiedziała; mi, która oficjalnie ma 5 kg niedowagi...
Marcin z kolei cierpiał na tzw. "rozdwojenie jaźni". Długo z tym żył w domu, jednak potem jego jedna część próbowała zgwałcić własną siostrę, więc wysłali go tutaj. Jego dobra strona wybitnie gra na pianinie i czasem mnie nawet uczy, jednak jeśli się zdenerwuje, szybko przełącza się na Petera. Peter mówi w języku hiszpańskim i nikt nie umiał go zrozumieć, dlatego sprowadzili specjalnie dla niego psychiatrę, który mówi przy okazji po hiszpańsku... Jego wrodzony hiszpański temperament uderzył mnie nawet raz w twarz tylko za to, że stałam obok akurat w momencie jego magicznego "przełączenia".

Stali się moją rodziną, do której co jakiś czas ktoś dochodził i z której ktoś odchodził. Jednak w końcowym rozrachunku zostawaliśmy zawsze ci sami - my.

***

Kiedy trafiłam tam pierwszego dnia i usłyszałam tę słynną diagnozę, z którą tylko ja się nie zgadzam: depresja, Michał siedział na tej śmiesznej huśtawce przed budynkiem.
- Cześć depresja - przywitał mnie wtedy, a ja nawet nie zdążyłam zapytać, skąd wie o mojej "chorobie", bo powiedział szybko: Przeczytałem twoją kartę.
Usiadłam koło niego, zaczął padać deszcz, a stróż - wtedy mi nieznajomy, teraz Karol - krzyknął: "Wracać do środka!"
Michał spojrzał na mnie i powiedział:
- Kiedy tu trafiłem dwa tygodnie temu, Anka odezwała się do mnie pierwsza. Zapytała, na co choruję - odparłem, że ponoć mam depresję. A ona powiedziała: "Podobno depresja to nic innego, jak bezdomność. Na depresję cierpią ludzie, którzy nie mają w kim mieszkać".
Wstał i wszedł do środka, zostawiając mnie z cytatem, który kilka lat wcześniej usłyszałam z ust najlepszej przyjaciółki.


/episode 1 Bezdomni, season 1, Ten uśmiech



Zapragnęłam pozytywistycznego pisania w odcinkach... :D
Cóż, mówiłam, że wiosna przyjdzie i nie myliłam się! Piękne powietrze, czasem tak przyjemnie nasycone zapachem deszczu! W końcu! Nawet już pierwszą burzę mamy za sobą. To wszystko dobre znaki! Wszystko zmierza w dobrym kierunku...


piątek, 22 marca 2013

let the rain wash away all the pain of yesterday

ona ma p.

puk puk kto tam
ja, płuczę się
robię pranie,
dzisiaj jest poniedziałek

pralka bęc, pralka bum
tłoczy się toczy i pędzi na mnie
flesz błysku nagłych zdarzeń,
ciche smutne pochmurne zagranie

zgranie ogranie, mam manię
ha, rym, ha, w twarz
śmieję się głośno,
jak tylko się da...

tetmajer w mojej głowie
maluje pastelowe
półcienie i mgły na zaschniętych ustach
prababek, prapra

wciąż piorę i robię i dwoję się i troję
i w kole, w bębnie stukam i hukam
nikt nie słyszy, że wołam
szum fal, odpoczynek wśród miejskich wyprzedaży

odbiera nam twarze; odbiera telefony
i ludzie gonią i uronią czasem jakąś kroplę czy dwie,
jakie ma to znaczenie, jaki sens i którą bajkę
mam opowiadać swoim córkom?

czy przeżyję; łapię się za moją piękną szyję
i dziergam nawlekam i zwlekają ludzie
bo choć tonę to całkiem mi wygodnie
siedzieć samej, trochę dalej i trochę mniej zwyczajnie;
trochę mniej okrutnie...

staję się jedynie prymitywnym włóknem.

[alyouidiot, 22.03.2013]


Tak to jest, człowiek od tygodnia dusi w sobie tyle spraw, że chce je wypisać i pisze jakieś gnioty. Potem siada i w 5 minut pisze jakiś dziwny stwór. Może chociaż on wie, o co mi w ogóle chodzi.

Tracę wszystko. Motywację, czas, radość. Naturalna kolej rzeczy, mówią. 
Jakbym słuchała tak ludzi, to nic by ze mnie nie zostało.
I wiecie co, powiem wam, że nie można być tak podatnym na wpływy innych ludzi czy środowiska. Trzeba mieć swoje zdanie, znać swój charakter i swoją osobowość. Tak, żebyście sami potrafili się określić, a nie żeby ludzie w kółko was w tym wyręczali.

Przeraża mnie to wszystko. Budzę się i nie wiem, gdzie jestem. Nie wiem, co się dzieje. I niczego, niczego, niczego nie jestem pewna. Nawet nie za bardzo wierzę w to, że jest 22 marca. Ani w to, że dzisiaj jest piątek. W ogóle już mi się przestaje chcieć...


Ale wiosna przyjdzie, na pewno!! ;)


Dead Poets Society
A ty, wiesz po co żyjesz? ;) Jakie jest to twoje cholerne przeznaczenie, w które nikt już nie wierzy?
 

niedziela, 10 marca 2013

моя Польша



Siedzi przy mnie i patrzy jak na kretynkę.
- Nie patrz tak na mnie, każdemu się zdarza. Ludzie narzekają, że żyją, a ja przynajmniej mam teraz na co narzekać, że umieram! O! Zachciało mi się, haha. Umierać.
Patrzy jeszcze większymi oczami.
- A tyle jeszcze chciałam zrobić, nie? Lekarze mówili "nie, nie, nic pani nie jest", zrobili tysiąc badań i odesłali mnie do domu, a któregoś dnia puka do drzwi jakiś młody facet i oznajmia "jestem młodym lekarzem, zauważyłem na pani zdjęciach coś niepokojącego, chcę panią dokładnie zbadać". Telepie mnie przez pół miasta i uziemia w szpitalu, a po dwóch dniach stwierdza, że "bardzo mu przykro, ale znalazł komórki nowotworowe". I co teraz? Kląć mi się chce, ale nawet teraz tego nie potrafię zrobić. Ta jędza z psychologii powtarzała mi codziennie "daj upust swoim emocjom", ale kurczę, jakim emocjom? Toż to mną nawet nie wstrząsnęło. Siedziałam tylko i patrzyłam na ściany, bo doktor P. miał w swoim gabinecie ładnie dobrane kolory, zupełnie odebrane szpitalnemu urokowi. Co więcej, na ścianach miał takie fajne wiszące żabki i pomyślałam sobie wtedy "o, doktor P. pewnie lubi żabki".
- I co, lubi? - pyta.
- Ano, on mi trajkotał o tej chorobie, co to niby jakaś super wyjątkowa i patrzy na mnie nagle i pyta "ma pani jakieś pytania?" a ja mu na to wtedy "lubi pan żabki?". Nigdy się nie uśmiechał i wtedy jakoś też się nie uśmiechnął, oczy mu tylko błyszczały, kiedy wspominał, jaka to wyjątkowa ja jestem, bo przecież taki rzadki rodzaj nowotworu w sobie mieć, to niesłychane! Odparłam mu wtedy, że ja to w ogóle wyjątkowa jestem, ale tej swojej wyjątkowości w ten sposób ściśle nowotworowy nigdy jakoś nie miałam ambicji przejawiać.
Szkoda mu się chyba mnie zrobiło, bo machnął ręką i wyjść mi kazał, a widziałam przecież, że zanosi mu się na płacz. Tylko do końca nie wiedziałam wtedy, czy on płacze dlatego, że ja wcale dumna z tego nowotworu nie jestem, czy dlatego, że go w ogóle mam.

***


- Człowiek wstaje rano i tylko tyle dostaje - szepnąłem wkurzony, kiedy spojrzałem na stół, a tam stało tylko mleko i ciastko. No i kartka.
"Nie miałam czasu zrobić nic więcej, wszystko jest w lodówce".
- Kochająca mama, pomyślałem.
Zawsze mówiła, że mnie kocha i jestem jej jedyną pociechą. Wtedy, kiedy zostawiała ojca, też tak mówiła. Zostawiła go na pastwę losu ze swoim alkoholizmem i tyle go było. Więcej go nie zobaczyłem i nie wiem, czy żal mieć do niej czy do niego, czy może do ich obydwojga. Poszedłem do liceum i w dupie to już miałem. Nowi koledzy, koleżanki, jakiś świat inny, nowy, wszystko takie lepsze się wydawało.
Potem się okazało, że wszystko, co stare - odeszło. A to, co było nowe, okazało się strasznie nietrwałe.
Przyjaźnie gimnazjalne, które zdawały się być wiecznie, skończyły się w zasadzie w momencie przekroczenia progu nowej szkoły. Nie wiem, czy to kwestia kraju i ludzi w nim, czy wszędzie jest tak samo, ale mi się przytrafiło to właśnie tu, w Polsce.

***

- Różowa czy niebieska? - trzyma dwie sukienki w ręku i macha to jedną, to drugą. Najpierw przykłada do siebie różową i gryzie się to z jej brązowymi włosami, a potem niebieską i gryzie się ona z jej przeraźliwie zielonymi oczami.
- Żadna - mówię szczerze i zaraz zostaję ostro zgromiony wzrokiem.
- To ja już nie mam pomysłu.
- Zielona byłaby ładna... - mamroczę szybko.
Patrzy na mnie i rozgląda się po sklepie.
- Tam widzę ładną zieloną sukienkę. Masz rację, zielona będzie idealna!

***

- Potem leczenie przestało przynosić rezultaty, łysa tylko zostałam, a miałam takie gęste, brązowe włosy, pamiętasz...? Kurczę. Szkoda mi ich było strasznie. No i nie wiem, chciałam jakoś pocieszyć tego doktora P., żeby nie czuł się winny, bo to, że leczenie nie działa, to nie jego wina. Więc kupiłam mu trzy żabki: jedną porcelanową, jedną z pluszu, a jedną na takim świetnym kubku. Uśmiechnął się na chwilę.
Chyba jednak lubi te żabki.

***

- No, ja jestem na Marszałkowskiej - powiedziałem głośno przez telefon i zostałem przez kogoś silnie szturchnięty.
- Kur! Uważaj, jak chodzisz!
- Ja mam uważać? Ty ...

/ Każdy wie, co było dalej... /

***

- Mogłabym wam gzić do głów, że Słowacki wieszczem wielkim był, jak to w Ferdydurke bywało, ale nie chcę być zakłamana. Nie lubię Słowackiego, szczerze powiedziawszy, i absolutnie nie chcę, żeby waszym priorytetem stało się podziwianie Słowackiego czy Mickiewicza... W języku polskim najważniejsze jest to...
- Nie wiem, co w końcu dla tej baby było najważniejsze. Obudziłem się po dzwonku. A ty, Blacha, pamiętasz?
- Nie, OSTRy nową płytę wydał i se słuchałem całą lekcję.
- A.

***

- A on ci coś dał?
- No, no. Kupił mi sweter w biedronki... Powiedziałam, że biedronki to nie jest zbyt dobry prezent dla kobiety. Biedronki przecież bardzo otwarcie przyznają się do swojego wieku. A kobiety tego nie lubią!
- No tak - mówi.
- Ale sweterek jest cudowny! Może przyniesie mi szczęście! Rok szczęścia to i tak dużo, nie?
- Tak, tak.
- Muszę jakoś ładnie przeżyć ten rok. Pierwsze, co zrobię, jak stąd wyjdę... Kupię sobie żabkę!

***



Przepraszam, że tak rzadko tu zaglądam, ale ostatnio moje rzadkie wizyty są bardzo uzasadnione. Mianowicie, mam poważne problemy z internetem ;)

Jeśli czyta to mój Łukash, to go pozdrawiam, pisząc tę kolejną notkę o niczym!
:*






Nie przejmujcie się zimą, ona wkrótce minie. Zawita do nas wiosna, motyle, a wkrótce po tym też tęcze. Świat znowu zacznie tętnić życiem i wszystko będzie choć na chwilę piękniejsze! Nie ma co się oszukiwać, jakoś tak przyjemniej się żyje, jak za oknem świeci słońce... ;)

Żegnam was tymi moimi przemyśleniami zawartymi w tym tekście. Bo nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale to może się przytrafić każdemu tu, w Polsce...

Doktor P. nie wygląda we wiośnie motylów i tęczy, tylko żabek i biedronek...





niedziela, 17 lutego 2013

me, mem, memo, memories: pa, past days



*Poniedziałek, 15:02, Otwock* chodnikowa rozmowa telefoniczna *
- Hej, tak dzwonię... Co robisz? A! Dziećmi się opiekujesz... A...

*Czwartek, 14:51, Otwock, ul. Orla * cukiernia *
- Dzień dobry, poproszę pączka z czekoladą.
- ...
- Przepraszam, ile? Nie dosłyszałam...
Uśmiech.
- Bo nic jeszcze nie powiedziałam. Złoty sześćdziesiąt.
- Ah, haha. Już, już...
- Zimno dziś trochę.
- Ano zimnawo się zrobiło...
- Ale chyba już wiosna się zbliża.
- A wie Pani, że tak? Już ptaszki śpiewają. A koło naszej szkoły już dzięcioł się pokazał...
Uśmiech.
- To dobry znak, dobry!
- Bardzo dobry! Dziękuję bardzo, do widzenia.
- Do widzenia!

*Sobota, 12:53, Wilga * gabinet dentystyczny *
- Ze znieczuleniem.
- Ale zaraz, jeszcze nic nie obejrzałam, może nie będzie trzeba! Szeroko buzię...
- A, a, a.
- Trzeba wyrwać.
- Ale ze znieczuleniem...
- Nie no, bez znieczulenia to nie ma mowy.
Przerażenie. Znieczulenie.
- No, zobaczymy, czy to już.
- Aaaaaa.
- Boli?
- Nie...
13:02
- I nie ma zęba.

*Sobota, 16:40, Sobienie Jeziory* próba *
- Słyszał Pan o tym meteorycie w Rosji?
(...)
- Ja to jeszcze pamiętam, jak Kometa Halleya na niebie widoczna była. A wy pamiętacie?
- A to my już byliśmy na świecie wtedy?
- A który ty rocznik jesteś?
- 95.
- O rajusiu, to ja wtedy w Holandii na Mistrzostwach Europy w Korfballa byłem. Do piątej klasy wtedy chodziłem...

*Sobota, 19-22:00, Sobienie Jeziory-Otwock* ts *
- Ej, chłopaki, ząb mnie boli...
- ...
- Boli mnie ząb, którego nie mam... :|
- Tęsknisz za nim?
***
- Co ja mam zrobić z tą prezentacją, żeby mniejsza była?
- Powyrzucaj zbędne obrazki...
- No dobra, ale te skany nie są zbędne i masakrycznie dużo ważą.
- No to zmniejsz je.
- Nie mogę ich wstawić z powrotem...
- Dobra, inaczej. Jak daleko masz do Chojki?


Cóż to był za tydzień... Pełen przygód i czystej bierności. Nigdy nie byłam tak na siebie zła za nicnierobienie, jak właśnie w tym tygodniu... Ale cóż tam, przyszły tydzień szykuje się być jeszcze bardziej bierny niż poprzedni.
Zła jestem na siebie strasznie. Ale koniec o mnie...

Tam obok -> dodałam !listy polecone. Możecie sobie śledzić, co według mnie jest godne uwagi. Jakieś zespoły, artyści, filmy. Czy coś.

Zastanawiam się czasem, jak pozbyć się niektórych rzeczy z naszej przeszłości i czy w ogóle da się. A może: czy w ogóle jest sens? Chyba nie ma... Przynajmniej ja go nie umiem odnaleźć. A z drugiej strony strasznie chciałabym, żeby to wszystko po prostu odczepiło się ode mnie i zniknęło.



Ostatnio budzę się i nic. Rozumiecie, takie kompletne nic. Kompletne, komplementarne, skompilowane: NIC.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
A w duchu: Znowu ta twarz, znowu to miejsce, znowu ci ludzie, których ma się dosyć. Aaaale. Życzymy sobie dobrego dnia, bo tak nakazuje DOBRE wychowanie... Może nawet CELUJĄCE.
Dużo w nas zakłamania przez to. "Życzę ci śmierci, ale dzień dobry"...
"Powiedział mi dzień dobry, pewnie już nie jest na mnie zły"...
Czemu mam wierzyć ludziom, że życzą mi dobrego dnia...?
Oni się nawet nad tym nie zastanawiają, a ja rozbijam to na czynniki pierwsze. I nie ma ludzi, którym nie chciałabym życzyć dobrego dnia. Mimo tego, że ich nie cierpię. Że nie mogę patrzeć na ich zakłamane twarze. Że każda chwila w ich obecności kosztuje mnie mnóstwa nerwów. Ale każdy zasługuje na dobre dni... 

Myślę, że znowu zaprzyjaźniłam się z koleżanką Apatią. Nędzna, głupia, chuda i brzydka... Ble. Co ja w niej widzę, przecież ona nawet wnętrza pięknego nie ma... Mówią, że przyjaciół się nie wybiera... Los nas tak chyba splata, że jesteśmy tak różni, a tak świetnie się dogadujemy. Każdy z nas kocha coś innego, a jednak się przyjaźnimy. Mimo, że codziennie wyzywamy się od ciot i downów, pół mózgów i aspergerów...
Lubię to w nas bardzo. Bo nikt z nas nie jest taki sam. Nie różnimy się tylko małymi szczegółami, ale ogromnymi rzeczami. Czasem sobie myślę; "Gdyby nie to miejsce, nigdy bym cię nie poznała..."
A potem przypominam sobie moje przeznaczenie. I wiem, że choćby nie wiem co, jeśli jesteśmy sobie przeznaczeni, spotykałabym cię na ulicy milion razy. Może trylion. Aż w końcu za trylion pierwszym razem byśmy na siebie wpadli... I nie musisz mi być przeznaczonym mężczyzną w sensie pięknej i błogiej miłości, ani ty przeznaczoną mi bliską przyjaciółką. Ale każdy z nas ma określoną rolę w życiu innego człowieka. I to właśnie nazywa się przeznaczeniem. No bo, powiedz, jeśli mówisz "ta rzecz była użyta niezgodnie ze swoim przeznaczeniem" to chyba nie masz na myśli miłości?
Czemu zawsze rozumiemy przez przeznaczenie jedynie miłość, a nie na przykład to, że akurat o 15:02 w poniedziałek minęłam na ulicy mężczyznę i zapamiętałam, że dzwonił do kobiety, która zajmowała się dziećmi... Albo to, że mijam cię, kiedy wygrzebujesz drobniaki z portfela pod Żabką... Albo to, że o tej samej porze stajemy w kolejce jednego sklepu właśnie za sobą. Żeby może przez chwilę porozmawiać. Żeby może choć na chwilę zmienić czyjś dzień. Bo może ktoś wcześniej życzył mu "dobrego dnia", a on był tak paskudny. I wtedy może właśnie spotyka ciebie i dzień staje się odrobinę milszy i bardziej przyjazny. I to jest według mnie nasze przeznaczenie. Nie tylko miłość, nie tylko przyjaźnie. Czasem krótkie i bezsensowne rozmowy.


! Bunt
Karolinie T.

trochę się boję
maleję i gnoi mnie
każdy z was

gorzko mi, gorzko
dwie łyżki kelner
dosypuje z przyzwyczajenia
do co drugiej szklanki

banki
one dręczą poręczą
i gonią mnie w snach

Bach!
Austriacy i Niemcy znowu
tworzą melodie na
wieki wieków, Amen

ten zamęt
gnam ginę i gnę się wpół
na pół spełniając zaszyte
marzenia

a wena
ulatuje z każdym słowem
niechcianych dzieci

mieścić nie mieści mi się
to w głowie
zabijają morderstwa i zbrodnie

tak jest wygodniej,
prawdopodobnie
odmawiam modlitwy i takiego świata
Habemus Papam,
Habemus Papam...
14.02.2013 (c)alyouidiot


źródło własne; Zuza


Czy to nie ab­surdal­ne, że wspom­nienia o dob­rych cza­sach o wiele częściej dop­ro­wadzają do łez, niż wspom­nienia o tych złych?
                                                                - Walter Moers


Za­pom­nieć. Ta­kie pros­te słowo. Gdy­by część jej mózgu pot­ra­fiła od tak, po pros­tu wy­mazać in­formację bez śla­du. Tak Jak za­pom­niała o dro­biaz­gach: wysłaniu życzeń, od­da­niu książki do bib­liote­ki, ku­pieniu pas­ty do zębów pod­czas za­kupów w su­per­marke­cie. Z wiel­ki­mi wy­darze­niami nie jest już jed­nak tak łat­wo. Wy­ryły się w pa­mięci na zaw­sze. Żyją w tkan­kach mózgu, pod skórą, we krwi. Zwi­nięte w kłębek, drze­mią w nieświado­mości, do cza­su, aż coś je zbudzi. Ni stąd ni zowąd wspom­nienia ożywają, wy­pełniając głowę ob­ra­zami przeszłości.
                                                               - Anne Cassidy



Na Dobry Dzień już trochę za późno.
Dobrego tygodnia :)


- Mamo, a co byś powiedziała na to, jakbym została reżyserem?
- Nie komplikuj sobie życia.
- Ale mamo! Ktoś musi światu opowiedzieć takie historie! Oni zwalczają terroryzm wojną i chcą zabierać pieniądze opiece społecznej! Kto inny opowie im te historie, jak nie ja? Jakoś trzeba zmienić świat, mamo...
- Nie komplikuj sobie życia...
***
- Chciałabym pojechać na Erasmusa na studiach. Do Turcji bym w sumie pojechała...
- Do Turcji?! Zwariowałaś?! Z twoimi blond włosami?
- To pofarbuję.
- Nie ma mowy. Zgwałcą cię, porwą. Nie, nie, nie.
- Do Francji tym bardziej nie pojadę. Bufony. Taki ładny kraj, a tacy ludzie...
- Oj... Przestań żyć stereotypami, córuś... 

niedziela, 10 lutego 2013

it's time to say something different than obvious goodbye

get high, hit the floor before you go
matador, estocada, you're my blood sport

oh, something good tonight will make me forget about you for now

forty-eight thousand seats bleats and roars for my memories of you,
now that i'm fully clean the matador is no more and is dragged from view


Cóż mogę powiedzieć, moja matematyka znowu mnie złudnie zawiodła... Orzeszkowa może okazać się moim największym koszmarem, choć byłam przekonana, że znam dużo gorsze. Zamykam oczy w niedzielę i budzę się w poniedziałek, którego od nowa nienawidzę...
Coś się w nas zmienia... Nieopisane, nie? Przychodzi jeden dzień i podobno budzimy się innymi ludźmi. A może to tylko zły dzień, albo nie... Czekaj... Dorastamy.

Im lepiej jest w środku, tym gorzej na zewnątrz. Jeśli coś układa się na zewnątrz... Sypiemy się w środku. Dziwna to zależność i niezrozumiała dla mnie. Bla, wypłukałam się. Tak dobrze znam to uczucie i tak strasznie go nie cierpię... Co można czuć innego? Gonić całe życie za idealną miłością, żeby okazało się jedynie, że twoje ideały już dawno zostały powieszone na szubienicy. Być może jeszcze w średniowieczu... Stykam się tak boleśnie i codziennie z miłością i wydaje mi się, że nie ma jej dla mnie.

Motyle na mojej firance potraciły skrzydła i wyglądają jak po tęczowej wojnie. Tęcze to też swoją drogą ciekawe zjawiska. Czym dla was jest tęcza? Bo ja się trochę nad tym czasem zastanawiam. Burza, deszcz, takie to dosyć mało przyjemne stwory. A potem jest tęcza, siedem pięknych i żywych kolorów w niesamowitym zgięciu. To chyba coś więcej niż tylko łuk, rozszczepienie światła czy jakieś tam inne duperele. Zawsze się mimowolnie wtedy uśmiecham, cały strach związany z burzą ulatuje, nie ma już ciemnych chmur. Coś pięknego, a ja tak dawno nie widziałam tęczy... Motyli swoją drogą też nie, ale mam ich od groma w swoim pokoju.

Oh, jak strasznie mi ostatnio wszystko jedno... Wiem, że nie można uciekać, ale tak strasznie chciało by się czasem uciec. Przytulić się do ciepłego słonia albo innej żyrafy.
I deszczu mi się chce, mimo tych tęczy. Jakoś tak lepiej mi się śpi, jak pada. Tak przyjemnie kropelki się o dach obijają i można sobie nucić piosenki o miłości...

give me love like her
'cause lately I've been waking up alone 

maybe tonight i'll call ya, after my blood turns into alcohol

give a little time to me, or burn this out
we'll play hide and seek to turn this around
and all i want is the taste that your lips allow 

 

Czy umiecie się żegnać? Co należy powiedzieć, na pożegnanie? "Do widzenia" oznacza, że jeszcze się kiedyś zobaczymy... "Żegnaj" majestatyczne, niegrzeczne... Smutne i melancholijne, kojarzące się z romansami i dramatami amerykańskiego wytworu. "Bywaj zdrów" to takie nieegoistyczne, prawda? Żegnamy się, ale 'bywaj zdrów' ... Nie ma chyba dobrego pożegnania. Bo co to właściwie znaczy: żegnać się? Umierać? Nie. Chociaż chyba, jak się z kimś żegnamy, to umiera w nas jakaś cząstka. Ale przecież nikt nie da nam gwarancji, że nie spotkamy się jeszcze kiedyś... Kiedyś, na przykład, "przypadkiem" ... Przypadkiem... Na ulicy.


Głupio się przyznać, ale czasem tańczę, jak wracam do domu... Tak o... na ulicy sobie tańczę. Walca na przykład. Chociaż... Ja przecież nie umiem tańczyć walca... Ale tańczę, o. I nawet psy mnie wtedy nie atakują. A jak sobie idę i nie tańczę, to szczekają na mnie. A fajnie tak jest. Tańczyć. Kałuże wtedy omija się miło, albo miło się w nie wpada. No, ale wiecie już o mnie... Że lubię sobie... Potańczyć, jak wracam do domu. Tak, o... Na ulicy.

środa, 23 stycznia 2013

friends?


Ostatnio znowu rządzą "przypadki". Cóż za przygnębiające uczucie, czuć się tak trwożliwie bezradnym...
Nie wiem, co jest pięknego w tych dniach, które nas tak dobitnie zabijają...Wstać, zjeść, wyjść, odbębnić, wrócić, zjeść, iść spać. Coś nieprawdopodobnie nudnego...
A jednak. A jednak jest coś pięknego i w takich dniach, jak te.

Jak wiecie, jestem świetnym myślicielem i dużo myślę. Zaiste.
Ostatnio zastanawiałam się nad tym, jak bardzo siebie nie znamy. Czasem myślę sobie o ludziach, których widuję codziennie i rozmawiam z nimi w głowie. W pewnym momencie, popadam w impas.
Jaki kolor lubisz i jak na imię ma twoja siostra? Przecież o takich oczywistych rzeczach się nie rozmawia... Głupia jesteś, czy co? Pytać o ulubiony kolor?... Niedorzeczne...
Mówimy, że się znamy, a nic o sobie nie wiemy... Cóż jest bardziej niedorzeczne: pytać czy nie wiedzieć takich oczywistych rzeczy?
Po co tam pytać, jak na fejsie można wszystko sprawdzić...
Cywilizacja odbiera nam człowieczeństwo; tak naprawdę. Przestajemy ze sobą rozmawiać, tylko ze sobą piszemy, przestajemy siebie pytać, tylko sprawdzamy informacje na forach i portalach... Zaciera się gdzieś to nasze być i żyć między naszym istnieć i pobywać.
Pobyć można na chwilę, a potem zniknąć. A w życiu nie da się istnieć na chwilę. Jest się, albo się nie ma. Pojawiasz się i znikasz, nikt nie ma z tego powodu na twym punkcie bzika, mogę cię zapewnić. Za późno to do mnie dotarło, może do was dotrze na czas.
Byłam od zawsze przyzwyczajona do nie-bycia i do bycia, o dziwo też byłam przyzwyczajona do bycia jedynie na pół etatu, ale nigdy o tym nie myślałam w tych kategoriach. Było to dla mnie naturalne, dlatego może teraz tak nie boli.
Boli mnie tylko strach, że zgubię to, kim się stałam i wrócę do tego, kim byłam. I wszystko stracę.


gitarowe solo na dwa


w moich oknach przepłakane noce
nie grają roli w scenariuszach allena ale
może sąsiadka gienka ta ludwikówiczowa co to
z adamem mieszkała dziesięć lat ale on wolał
mariolę
ona wie więcej i o mnie i o tobie

może nasze dialogi piszą za zasłonami kurtynami
codziennego teatru w śródmiejskim zgiełku i podupadłej
wsi której nie opłaca się ratować po co
komu pieniądze...

dam ci na chleb ty kupisz wódkę a ludzie
wciąż umierają na raka
rysujemy mechanicznie linie zapobiegając kolejnym
nieszczęśliwym przepustkom do nieba

dotkniesz mojego czoła narysujesz znaki znane
przez wieki i znamiona nasze na chwilę staną
się jednością
to wszystko bez znaczenia bo
ja już jestem zerem i nie mogę cię odjąć

co za zła ironia i fatalne przeznaczenie że
jestem twoim edypem a ty moją izabelą
ja już nie chcę i nie pragnę

wybacz mi dzisiejsze słońce i że wciąż zamieniam
dni jak mi popadnie ale nie mogę skupić
w sobie światła

zatapiam się w cichych promieniach czystego dźwięku
kiedy mój kot stara się naśladować hendrixa
a pies zawodzi santanę
23.01.2013 alyouidiot

Mam wiele marzeń ale od dzisiaj moim największym jest was bardzo dokładnie poznać.
Może chcecie się czymś podzielić...? Ulubionym kolorem, albo jak wolicie wiązać krawat? Bez znaczenia...

środa, 16 stycznia 2013

LIST 1: THINGS TO DO

Pierwszy pościk w nowym roku.
Nie wiem, jak zabrać się do rzeczy, które mam zrobić. Tak dużo tego jest, a tak mało się chce.
Oglądam filmy, ostatnio nawet czytam książki, siedzę na facebooku tylko chwilę, piję herbatę jak zawsze i zastanawiam się, co się zmieniło. Ściany te same, ludzie ci sami, tylko jakoś... inaczej. Pusto.

Chcą wycofać produkcję jedno i dwugroszówek. Czy wyobrażacie sobie życie bez takich dwóch małych monet? Bez poczucia, że można na chodniku znaleźć szczęście tuż przed ważnym egzaminem?
Kilka tygodni temu, w przeciągu paru dni, znalazłam ze trzy jednogroszówki. Każda z nich wpadała w moje ręce tuż przed jakimś ważnym wydarzeniem. To trochę śmieszne i przesądne, ale człowiek czuje się od razu jakoś tak magicznie pokrzepiony tylko dlatego, że znalazł 1 grosz... Warty tak naprawdę 4 grosze.

Wybiła 21:05, w głośnikach The Antlers śpiewają mi, że nie chcą miłości (I don't want love), a ja siedzę od piętnastu minut i próbuję sklecić coś sensownego, co absolutnie wymyka mi się z ram jakiegokolwiek sensu...
Potęguje to we mnie wrażenie, że wszystko wypada nam z rąk i absolutnie już niczego na tym świecie nie można nazwać kontrolowanym. Wojny, zamieszki, konflikty. Wszystko na naszych oczach a my czytamy Stephena Kinga albo Paulo Coelho, oglądamy Batmana mając nadzieję, że istnieje naprawdę i uratuje nie tylko Gotham, ale też nasz nędzny światek... Tak krucho ze sobą połączeni, odczuwamy wewnętrzny strach i niepokój, że nic nie możemy na to poradzić - więc wszyscy, jak na zmowę, nic nie robimy... Po cóż to. No i cóż można zrobić? Nic. Tak bardzo nic nie można zrobić.
Okrutne poczucie bezradności przytłacza nas z dnia na dzień. Nie da się zmienić polityki, bo cała jest idiotycznie durna. Nie da się zmienić porządku świata, bo rządzi nim pieniądz. Nie da się wprowadzić pokoju, bo najwyraźniej na wojnach da się zbić interes. Wszystko o dupę można potłuc.

Fajnie jest, więc siedzimy dalej. Za oknem pada tylko śnieg.
A za innymi oknami rozgrywają się sceny ostatnich chwil czyjegoś życia.
Strasznie mnie to przytłoczyło ostatnimi czasy i jakoś zżera resztki moich sił.

"Czasami chciał ją zapytać wprost, ale nie umiał zacząć. Jak powinien zadać pytanie? Czy dosłownie: skoro jesteś taka szczęśliwa, to dlaczego ze mną sypiasz? Ale gdybym ją o to zapytał, na pewno by się rozpłakała, pomyślał.
I tak często płakała. Bardzo cicho i długo. W większości przypadków sama nie bardzo wiedziała dlaczego."
Haruki Murakami


Zastanawialiście się kiedyś, co jest wyznacznikiem szczęścia? Co sprawia, że możemy powiedzieć "jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi", skoro na pewno nie znamy pozostałych 7 miliardów ludzi?
Co trzeba zrobić, żeby być szczęśliwym?
Czy jest jakaś recepta?
Jakiś szczególny wyznacznik, którą drogą iść, by dostać szczęście...?
Gdzież-by-tam... Czasem zdaje mi się, że szczęście jest tylko iluzją, którą sobie sami wytwarzamy, żeby poczuć się na chwilę lepiej. Mówimy potem: szczęście nie trwa wiecznie, jest wręcz nieporównywalnie krótkie ze smutkiem i nieszczęściem. Czasem trwa tylko jedną sekundę.
Ale za to poczucie, że choć przez chwilę dotknęło nas szczęście, jesteśmy gotowi okłamywać samych siebie i wmawiać sobie, że może istnieć coś takiego jak idealny stan. Bo przecież, żeby coś istniało, nie musi być stałe ani widoczne.
Nie udowodnię wam, że szczęścia nie ma, tak samo jak wy nie udowodnicie mi, że istnieje.
Według mnie, osiągamy jedynie stan smukłej radości, i tak w dość skąpym wydaniu.
Trudno powiedzieć, że jest się szczęśliwym, kiedy świat umiera w smutku.
Tak właśnie sobie dziś pomyślałam, jak wracałam do domu autobusem i wysłałam SMS-a, którego nigdy nie powinnam była wysyłać.

Zastanawiam się, czy więźniowie, których uwalniają z kajdan, czują coś w rodzaju tęsknoty za nimi? Może pewną bezradność, bo co teraz zrobić... z wolnością?


ten pokój

tęsknię za czymś
gonię za czymś
czego wcale nie mogę mieć
- czwarta część
seryjnego samobójstwa

w motłochu popłochu przygaszonego
bicia uderzenia rozdrażnienia
lewej pięści i prawej w pięknym otoczeniu
tętnic

a życie tętni
bębni palcami o stół i wybija
rytmy czaczy albo ósma trzydzieści
pozostały trzy minuty do godziny zero

czekam na coś
pospieszam wskazówki wciąż późnią się na zawołanie
tego spod dwunastki

nie wiem kim jesteś nie umiem cię dotknąć
znam tylko twoje dwie jeden
i odgryź mi wargi, wypal oczy a uszy oddaj niewinnym talibom

oni grają nasze sekwencje na granicach Kandaharu
a ja już nic nie chcę czuć
niczego pragnąć
osiągam stan najwyższego dur i rozbijam się o własne dno

assalam alaykum*
16.01.2013 (c) alyouidiot

* w języku paszto (jednym z urzędowych języków Afganistanu, błędnie zwany afgańskim) "pokój wam".



KyraTeppelin.deviantart.com