sobota, 17 stycznia 2015

#Własne: Nie

Płodny poetycko okres nastał ~~



nie


to miasto budzi się wcześniej niż ja
otula chłodem szyję
przeszywa każdy nerw

coś zaczęło się zmieniać
rzuciła szklanką, rzuciła w twarz,
rzucił ją i odszedł

zbił szklankę, zbił ją,
przeprosił ją i...
wszystko jest dobrze.

wmów sobie.
już, już. to tylko przejściowe
taka jest miłość

kochaj mnie, kochaj

mówiła mi 
on nie jest taki zły
co powie jutro
kiedy słońce już nie znajdzie swojej orbity
swojego zachodu
swojego morza, do którego
mogłoby spaść

każda najmniejsza rzecz wróciła do normy
to miasto nigdy nie śpi
to miasto nigdy nie zasypia

17.01.2015



Loving you was
The most 
Exquisite form
Of self
Destruction.

środa, 14 stycznia 2015

#Własne: Głucho

Hej.
Znacie te dni, kiedy coś siedzi w was gdzieś w środku, głęboko.
Gryzie.
Nie daje spokoju.
Nie umiecie tego powiedzieć.
Ułożyć w sensowne zdania.

No.
Ja mam dziś ten dzień.


głucho


widziałam cię ostatnio na przystanku
mokliśmy w obawach
uderzaliśmy dłonią w dłoń,
telepatycznie

zabierz mnie do wspólnych wrogów
na odmawianie modlitw przeciw 
wiecznemu potępieniu

(oddech coraz bardziej płytki)

po co parasol nad głową,
on nie jest domem ani schronieniem
- otul mnie swoim swetrem
z wonią magnolii między włóknami

pozwól wtopić się w siebie
zapomnieć o zamachu na nasze jestestwo
o przerażeniu kołyszącym serce do snu

smutno mi kiedy w słuchawce gra cisza
przecież wiesz, że dużo mówię
bo tak wiele mam do ukrycia

14.01.2015


Potrzebuję dużo szczęścia w ostatnim czasie i w nadchodzących dniach szczególnie....
Trzymam za was kciuki.


Uważajcie na siebie.
Niedługo pewnie się spotkamy znowu!
xoxoxo



Wtula się, bo w końcu zrozumiała, co to znaczy, że ktoś mógłby się za nią dać publicznie rozstrzelać.
- Jakub Żulczyk

niedziela, 11 stycznia 2015

#Niespodziewane: Moje miejsce


Moje miejsce


- Czemu to robisz?
- Czemu robię co? - zapytała z kpiącym uśmiechem odwracając się do mnie. Jej oczy tak dziwnie błyszczały, jakby jeszcze dwie godziny temu płakała obficie albo nie spała całą noc.
- Daj spokój, za dużo już wypiłaś - próbuję przemówić jej do rozumu i zabrać drinka z ręki.
Chwyciła szklankę mocniej, po czym wstała i zaczęła zmierzać ku wyjściu. Zarzuciła płaszcz na ramiona i chciała wychodzić, ale ochroniarz powiedział:
- Nie może pani wyjść ze szklanką na dwór.
- Serio? - zaśmiała się. - Boicie się, że ukradnę wam szklankę?
Ochroniarz tylko popatrzył na nią i nic nie odpowiedział. Zagrodził jej wyjście ręką.
Wygrzebała z kieszeni płaszcza świeżą paczkę jakichś papierosów, zdjęła z nich folijkę bardzo starannie, żeby jej nie podrzeć. Chwilę później wlała resztkę drinka do małej torebeczki powstałej z folii na opakowanie Davidoffów. Oddała szklankę ochroniarzowi i wyszła. Przed budynkiem zapaliła papierosa i zapiła go drinkiem.
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Tak było w jednym filmie - powiedziała wypuszczając dym prosto na moją twarz.
- Hej, słuchaj, przestań, proszę - mówiłem w kółko jak do ściany.
- Hej, słuchaj, przestań, proszę - przedrzeźniała mnie głośno się przy tym śmiejąc.
Założyła płaszcz, opatuliła się szalikiem. Miała bardzo jasną cerę, rudawe włosy, tysiąc piegów na nosie, śmieszne rumieńce na policzkach.
- Gorszy jesteś niż moja matka - stwierdziła. - Hej, słuchaj, przestań... Proszęęę - przedrzeźniała mnie dalej i śmiała się w głos. Nagle przestała się ruszać, zamarła w ciszy.
- Słyszysz? - zapytała szeptem. - Ktoś gra na pianinie. W nocy - zastanowiła się chwilę. - Pewnie jest smutny.
Przygryzła wargę. Zawsze to robiła, kiedy się nad czymś zastanawiała. Chwilę później uśmiechnęła się, a ja znam ten uśmiech. Znaczy tyle co "uwielbiam tę piosenkę, zaraz zacznę ją śpiewać". No i zaczęła śpiewać coś po angielsku, tańcząc przy tym na chodniku. Zawsze mówiła: Nie, nie, Dawid, ja z tobą nie zatańczę, bo ja nie umiem tańczyć.
Ale sama tańczyła bajkowo. To jedna z tych osób, które czują muzykę każdą częścią swojego ciała i umysłu. Podziwiałem ją za to i szczerze mówiąc nie mogłem przestać o niej myśleć. Stałem koło niej, a w głowie grała mi mieszanka jej zapachu, głosu i uśmiechu. Zresztą, co ja plotę, nawet, kiedy mnie przy niej nie było, to czułem jej zapach, słyszałem jej głos i widziałem jej uśmiech. Milion okazji, żeby złapać ją za rękę i poczuć, jak to właściwie jest trzymać taką wątłą, malutką dłoń w swojej dłoni. Czy pasuje do mojej? Nie mam pojęcia.
Tyle okazji by poznać ten dotyk w inny sposób niż: Ej, Dawid, brudasie, znowu się umorusałeś czekoladą. Wtedy zawsze wyciera mi czekoladę z nosa, policzka, koszulki - nigdy z ust.
- Anka, słuchaj - mówię do niej, a ona nie słucha, ciągle tańczy.
- Ania - powtarzam. Cisza.
- Ania! - krzyknąłem lekko, a ona nie przerywając swojego tańca ze śmiechem wyśpiewała pod nuty grane przez Nieznanego Pianistę:
- He-e-eej, słuuuchaj... Prze-e-estań... Proszęęę.
- Boże, Anka, jak jesteś nachlana, to jesteś beznadziejnie nieznośna! - oburzyłem się i zacząłem iść w kierunku mojego przystanku, który - nota bene - wcale nie był jej przystankiem. Zawsze ją odprowadzałem, ale dzisiaj stwierdziłem, że kapituluję...
- Dawid - krzyknęła, jak już się oddaliłem.
- Dawid, co ty? Nie odprowadzisz mnie? - zapytała swoim ckliwym głosem.
Zatrzymałem się i nic nie mówiłem. Nawet się nie odwróciłem.
- Dawid! No... - krzyczy do mnie przez pół chodnika. - Dawid, hej! Słuchaj... Przestań...! Proszę!
Wybucha śmiechem. Przeraźliwym śmiechem, który po pięciu sekundach przeistacza się w okrutny płacz, jakiego nigdy jeszcze w życiu nie słyszałem. Płacz totalnej rozpaczy, jakby ktoś wydzierał jej serce, obdzierał ją ze skóry, jakby ktoś pozbawił jej nadziei na dalsze życie.
Podszedłem do niej i mocno do siebie przytuliłem. Chociaż każde takie przytulenie kosztowało mnie bardzo dużo, zawsze lubiłem poczuć zapach jej włosów i dotknąć miłej tekstury jej płaszcza.
Podniosła w końcu głowę i spojrzała na mnie.
- Widzisz, Daa-A-wid - zaczęła przez czkawkę. - Co ja mam ci powiedzieć. Mój świat się kompletnie złamał, wiesz... I ja już nie wiem, kim jestem, i co właściwie mam zrobić. Dokąd pójść, gdzie jest moje miejsce. Co to w ogóle znaczy: mieć swoje miejsce?
- Nie, Anka, nie dziś, Jezu, bez filozofii...
- No ale co to znaczy, co? Że mam dokąd wrócić? Mam dokąd wracać. Ale nie chcę tam wracać. Więc jestem tu. A tutaj też nie chcę być.
Chwyciłem ją pod ramię i pociągnąłem za sobą. Chwilę później szliśmy już jednostajnym tempem w kierunku jej przystanku.
- Nie chcę tu być, słyszysz? Co ja tu mam. Nic tu nie mam. Ciebie tu tylko mam. A w domu w sumie, to nic nie mam. Rodzinę mam, ale ciebie tam nie ma.
- Ania...
- Wiem. Hej, słuchaj, przestań... Proszę- wyrecytowała machając przy tym lewą ręką. - Dawid, ja nie dojadę na Kabaty teraz... Dawid, zrób coś i nie każ mi jechać na Kabaty teraz...
- Indeed. Daleko - stwierdziłem. Zmieniliśmy kierunek i zatrzymaliśmy się na moim przystanku.
Zawiesiła mi ręce na szyi, patrzyła mi w oczy i co chwilę się śmiała.
- Ania... - zacząłem i odwróciłem wzrok, chociaż chciałem na nią patrzeć, chociaż marzyłem o tym dzień w dzień, żeby móc spojrzeć jej w te magiczne, zielone oczy, które zawsze przed każdym ukrywała. A teraz patrzyła się prosto w moją twarz, ale wiedziałem, że jest kompletnie pijana, że jeśli teraz coś zrobię, to potem będzie tylko niezręcznie, a ona będzie sobie pluła w brodę, że w ogóle spojrzała na kogoś takiego, jak ja.
Z tej chwili wybawił mnie autobus nocny. Wsiedliśmy. Wysiedliśmy na przystanku tuż pod moim blokiem.
Kiedy szukałem klucza do klatki, oparła się o drzwi i przyglądała mi się. Czułem to, jak mi się przygląda. Jak wodzi swoimi oczami po całym mnie. Znalazłem.
- Aniu, przejdź, chcę drzwi otworzyć.
Uśmiecha się tylko.
- Ania, proszę...
Oparłem się ręką o domniemaną futrynę drzwi i wzniosłem głowę do jakiegoś boga.
Przysunęła się do mnie i zaczęła poprawiać mi szalik.
- Wiesz, Dawid. Bujamy się ze sobą od początku studiów, będzie prawie dwa lata. I zawsze jesteś przy mnie, a ja przy tobie, nie?
- Mhm...
- Dlaczego jesteś przy mnie?
Zdębiałem.
- A ja przy tobie?
Ciągle dębiałem.
- Wiesz, tak sobie myślałam przez te dwa lata: kurwa, muszę być jakaś brzydka, skoro nikt mnie nie chce. Ale chcieli mnie, jak się okazało. Ten Paweł, co chodzisz z nim na siłownię. Ten, co mnie poznałeś z nim na sylwestrze, pamiętasz? No... Albo ten Kamil od Maryśki. Kilku ich było. Ale na żadnego nie zwróciłam uwagi.
I myślałam właśnie, że coś ze mną jest nie tak. Bo przychodzę do domu i zastanawiam się jedynie, co robisz. Czy znowu siedzisz w knajpie z tą głupią Weroniką, którą poznaliśmy na zumbie. Co masz dzisiaj na sobie, którym kremem się posmarujesz i jak dzisiaj pachniesz. To są jakieś totalne bzdety i chuja nie wiem, czemu mnie to interesuje. Z kim sypiasz, albo jak ma na imię twoja kuzynka. Co to za różnica, żadna. I ciągle ci mówię: ej, słuchaj, nie wiem, po prostu nie wiem, gdzie jest moje miejsce. Potem mnie przytulasz i wiesz, no czuję taki spokój i mam wrażenie, że właśnie tam jest moje miejsce. Ale ty nic, jak słup, nawet nie patrzysz na mnie, a jesteś jedyną osobą, z którą próbuję nawiązać kontakt wzrokowy... Ile mogę jeszcze udawać i cię przedrzeźniać. Hej, słuchaj... Przestań. Proszę!
Ze zdziwienia otworzyłem lekko buzię i stałem wmurowany.
Wzięła klucze z mojej ręki, otworzyła drzwi od klatki. Weszliśmy do windy.
- Pamiętasz, jak się poznaliśmy? - szepnęła ze łzami w oczach.
- W windzie - odparłem.
- Ania, nie płacz, proszę.
Pociągnęła nosem.
- Nie płaczę - powiedziała jak nadąsane dziecko.
Dojechaliśmy na moje piętro, weszliśmy do mieszkania. Zdjąłem jej płaszcz, odwiesiłem. Kiedy ja zdejmowałem swoją kurtkę, Ania poszła do kuchni i wstawiła wodę na herbatę.
Oparła się o blat i zaczęła płakać.
Dawid, pizdo, zrób coś - mówiłem do siebie w myślach.
Przestań - licytowałem się sam ze sobą. - Odważ się.
Podszedłem do niej, wytarłem jej łzy z policzków. Przytuliłem.
Znowu poczułem chemiczny zapach jej włosów i przyjemną w dotyku teksturę, tym razem swetra.
- Ania, słuchaj...
Milczała.
- Ania... Bo... Wiesz, jeśli to tu właśnie jest twoje miejsce...
Pociągnęła nosem.
- To zostań... - szepnąłem i mocno ją przytuliłem.
Pięć minut później położyła się na kanapie i usnęła.
Kiedy się obudziła, siedziałem przy stole w kuchni i kończyłem kanapkę.
- Hej, Dejwid - powiedziała zaspanym głosem i uśmiechnęła się. Znowu mówi do mnie normalnie.
- Słuchaj, co ja tu robię właściwie?
- Nie chciałaś wracać na Kabaty wczoraj.
- Mhm... Słuchaj, przepraszam, znowu się zrobiłam jak głupia.
- Nie szkodzi - odparłem. - Czasem trzeba.
- A mówiłam coś głupiego? - zapytała z niepewnością.
Zamilkłem na chwilę.
- Nie - uciąłem krótko. - Nic nie mówiłaś.
Zjadła śniadanie, przebrała się i wyszła.
Zacząłem sprzątać w kuchni.
Idiota.
Idiota.
Idiota.
Rzuciłem nóż do zlewu.
W głowie miałem tylko, jak mówiła mi kiedyś:
"Wiesz, ze słowami to jest tak, że jak raz się już coś powie, to trudno jest się z tego wycofać. Mówić to duża odpowiedzialność"
Wtedy podrapała się po głowie i dodała:
"Swoją drogą, ja przecież strasznie dużo plotę. To chyba znaczy, że jestem beznadziejnie nieodpowiedzialna."
Chciałem zadzwonić.
I co powiedzieć.
W sumie, to powiedziałaś co nie co. Że nie umiesz beze mnie żyć, ale to przecież nic takiego. Bo to przecież kompletny absurd, umiemy bez siebie żyć. Ale jakoś, jak nie widzę twoich rudych kosmyków dłużej niż tydzień, to serce samo drapie mnie w gardło.
Wystarczy, że jesteś, i już się nie boję.
Wystarczy, że jesteś, i nie budzę się w nocy.
Usiadłem na krześle w odruchu kompletnej bezradności. Popatrzyłem za okno.
Tyle ludzi dreptało w jedną i drugą stronę po chodnikach.
- Oni jakoś żyją - pomyślałem.
Ale w głowie cały czas miałem tańczącą Anię...

Hej.

Słuchaj.

Przestań.

niedziela, 4 stycznia 2015

#Własne: Tak wiele

Tak wiele


trzepot skrzydeł rozedrganych żonkili
świeży szum ulicznych zdarzeń
skryty gdzieś pomiędzy budynkami
szczeniak
z opuszczonym łbem

ile jesteś w stanie zrozumieć
oddać w ręce przyjaznych bogów
przy której piosence
w końcu zaśniesz

zdaję sobie sprawę z trudu
jaki wkładają gwiazdy, żeby nam świecić
ale trochę za późno by trafić
do betlejem

już po dwudziestej drugiej,
wszystko tutaj dawno nieczynne...
zamknij oczy, nie patrz nawet w tę stronę.

obgryzione paznokcie,
rozdarty oddech,
suche dłonie
- tylko tyle ze mnie zostało.

4.01.2015





Tak wiele razy nie chciało mi się nic mówić.
Aż trudno uwierzyć!

Premierowy w 2015!
Happy New Year!


AND PASS THE SESJAAAAAAAAA

wtorek, 16 grudnia 2014

#Niespodziewane: Opowieść

Cześć!
Chciałabym wam dziś coś opowiedzieć!


Opowieść o niepoliczalnych twarzach


To był strasznie zwyczajny dzień. Wiesz, obudziłem się jak zwykle. Wyjrzałem za okno, było szaro i ponuro, późny listopad tulił nas swoimi deszczowymi fanaberiami do snu. Chciałem móc powiedzieć: "Dzisiaj będzie dobry dzień", ale nawet nie miałem na to czasu.
Znalazłem się w mieście, którego nie lubię i które coraz bardziej nie lubi też mnie. 
Wszystko odbywało się straszliwie przeciętnie. Rano szybko ubrałem się i zjadłem w biegu śniadanie.
Założyłem kurtkę, buty, złapałem czapkę i klucze, wybiegłem na autobus. Tuż przed klatką wpadłem w ogromną, świeżą kałużę i ubabrałem sobie całe zamszowe adidasy.
- Świetnie - pomyślałem.
Był na to wszystko zawsze jeden niezawodny sposób. Wyjąłem słuchawki z kieszeni i drepcząc przejściem dla pieszych podpiąłem je do telefonu i zatopiłem się w kojących mnie dźwiękach. Tak, pada deszcz, słucham na zmianę Bena Howarda, Damiena Rice i Josha Recorda. Nie, nie jestem babą - jest mi po prostu smutno.
Podjechał mój autobus, ale nie chciałem zgnieść prawie wystających z niego kobiet.
- Pojadę następnym - szepnąłem do jednej z nich i uśmiechnąłem się lekko. Myślałem, głupi, choć przez chwilę, że obdarzy mnie serdecznym uśmiechem przepołowionym wyrazem lekkiego wstydu z powodu jej położenia. Ale nie. Jej twarz krzyczała do mnie wyraźnie: Like I give a fuck.
I choć zdarzało mi się to prawie codziennie, niemalże w cykliczny sposób, którego wzór mógłbym przedstawić w postaci jakichś dziwnych pochodnocałkomacierzy - robiłem wciąż to samo nie tracąc nadziei, że za którymś razem jedna z tych pań podziękuje mi chociaż błyskiem w oku. Nie, diabelskie miasto, nie wyssiesz ze mnie tego, co najlepsze.
Przez moment poczułem się nieswojo, jakby te mokre adidasy nie były moje, jakby ta idealnie dopasowana do mnie kurtka należała do czyjegoś sąsiada. Szybko otrząsnąłem się z dziwnych myśli. Podjechał kolejny autobus, do którego zmieściłem się nikogo przy tym nie bezczeszcząc.
Czekała mnie jeszcze przeprawa przez metro - przeprawa zawsze pełna życzliwości i nadmiaru szczęścia.
Wysiadłem na przystanku Metro X i popełznąłem z tłumem po schodach w dół. Szliśmy w jednostajnym tempie - ale każde z nas w swoim. Wpadaliśmy na siebie co 1,5 sekundy, deptaliśmy sobie po piętach i po wszystkim, co nam upadało i czego nie zdążyliśmy podnieść.
Wtedy zawsze podnoszę jedyne, co mi zostało - głowę - i patrzę na ten bezludny, bezbarwny tłum, który sam nie wie, czego chce. Jedna, ogromna, nijaka, niejednorodna masa składająca się z tysiąca indywidualności, z tysiąca twarzy. Ale nie miałem na to czasu.
Wbiegłem do pociągu w moim kierunku i usłyszałem, jak ktoś śmieje się z chłopaka, któremu drzwi przytrzasnęły rękawiczkę. Nie pokazywał żadnych emocji, szepnął tylko do siebie, co udało usłyszeć mi się w ciszy między piosenkami: Trzeci raz...
Potem spędziłem pasjonujące godziny na wykładach o różnorodnej, ciekawej tematyce. Odbębniłem.
Pouśmiechałem się do ludzi, za którymi nie przepadam, przedrzeźniałem ich w myślach i kiedy tylko skończyły się zajęcia - udałem się do szatni po kurtkę i jak najszybciej opuściłem Uczelnię.
I wtedy zaczęło dziać się coś, czego nie przewidywałem.
Zdałem sobie sprawę z tego, że mam czas. Że donikąd się w tej chwili nie śpieszę. Na przystanek podjechał autobus ***, z którego wyszedł mały tłum ludzi. Wszyscy szli tam, dokąd szedłem ja - do Metra X. Schodziłem po schodach powoli, trącany łokciami osobników pośpiesznych. Kompletnie nie mogłem znaleźć sobie miejsca na tych schodach, każda ścieżka, jaką obrałem, okazywała się być kolizyjna. 
Spojrzałem na dziewczynę idącą przede mną. Miała takie ładne, chude nogi. Była w jasnych, obcisłych dżinsach i butach do połowy łydki. 
- Ala? - przeszło mi przez myśl. Ala ma przecież identyczne nogi, identyczne spodnie, iden... A nie... Ala kurtkę ma inną.
Posmutniałem na chwilę, ale szybko otrząsnąłem się i udałem się w dalszą podróż. Chciałem przejść już przez bramkę, ale wtedy zobaczyłem Lilkę. Uśmiechnąłem się do niej, a ona spojrzała na mnie dziwnie i przeszła obok obojętnie.
Och, głupi, to nie Lilka. Przecież wiesz, jak wygląda Lilka. Jej włosy nie mają tak mysiego koloru, jest przecież prześliczną blondynką z bujnymi lokami. Ma takie śmieszne, różowe policzki i trochę piegów na nosie...
Roztrzęsiony przeszedłem na peron i stanąłem po swojej słusznej stronie udając się w kierunku Y.
Wtedy przeszedł koło mnie Radek. Ucieszyłem się, tylko na sekundę - zorientowałem się, że każda znajoma twarz w tym mieście to tylko Iluzja.
Potem spotkałem jeszcze Maćka i Aśkę, jeszcze panią Basię, nauczycielkę z podstawówki, a nawet Sylwię, z którą chodzę na jakieś zajęcia i której bardzo nie lubię.
Wkrótce uświadomiłem sobie, że w każdej z mijanych mnie twarzy usilnie próbowałem kogoś zobaczyć. Najpierw ludzi, których szanowałem i za którymi tęskniłem. Których może nie widziałem od miesiąca czy dwóch, bez których ciężko mi się żyje i bez których moja osoba staje się okrutnie szara.
Później chciałem widzieć tych ludzi stąd, którzy dali mi jakąś pozytywną energię, żeby w ogóle współistnieć z tym tłumem, żeby w ogóle współistnieć ze sobą.
Zatęskniłem za Martą, którą czasem widuję u nas w kafejce i z którą zawsze miło mi się rozmawia. Chciałem zobaczyć jej uśmiech właśnie teraz, tak bardzo tego potrzebowałem. Ciepła, które zawsze emanuje z jej oczu, śmiechu, który zawsze wywierca mi przyjemne uczucie w brzuchu. Zapragnąłem ujrzeć ją na sekundę, żeby chociaż przebłysnęła mi przez jakiś jej ułamek, właśnie tu, w tym miejscu, w tym tłumie zacząłem panicznie rozglądać się i szukać Marty. Nie było jej w szybie żadnego autobusu, w oknie żadnego z bloków wyrastających wokół mnie, nie było jej na przystankach, na siedzeniach obok ani po drugiej stronie ulicy.
W głowie widziałem jej grube, brązowe włosy, które tak ładnie się układają i zawsze opadają jej na ramiona. Widziałem, jak bawi się kolczykami, jak przerzuca bransoletkę z jednej ręki na drugą, jak śmiesznie marszczy nos, kiedy się uśmiecha. Widziałem też jak z nerwów obgryza paznokcie i udaje, że lubi Sylwię, której ja też tak bardzo nie znoszę.
Zastanowiłem się przez chwilę - skąd ja to wszystko właściwie wiem, znam ją parę tygodni, może miesięcy - lecz wciąż niewystarczająco. Nie na tyle, żeby wiedzieć, że zaciska mocno pięści, kiedy Sylwia zaczyna mówić o swoich sukcesach. Nie na tyle, żeby wiedzieć, że kiedy ma zły humor spina włosy w kucyka i nie zakłada kolczyków.
Ocknąłem się w autobusie *** i rozejrzałem się wokół. Marty nigdzie nie było.
Stał obok mnie mężczyzna o twarzy podobnej do mojej i mi się przyglądał. Złapał moje spojrzenie i patrzył mi przenikliwie w oczy.
- A ty - pomyślałem. - Kogo we mnie widzisz?
Zobaczyłem cichy uśmiech na jego twarzy, szybko odwrócił wzrok i uśmiechał się do siebie jeszcze chwilę.

Wysiadłem z autobusu i powoli szedłem w stronę swojego bloku. Czerwone światło na przejściu dla pieszych. Oparłem się o mokry słupek ciągle czując maleńkie kropelki uderzające mnie w odkryte części ciała. Wygrzebałem z plecaka papierosy, przeszedłem pod daszek i zapaliłem.
Upajając się rakotwórczym dymem uświadomiłem sobie, jak bardzo źle czuję się w tym mieście, mimo, że mieszkam już tu trochę. Jak ciągle brakuje mi mojej prowincji, znajomych twarzy i serdecznych uśmiechów na rogu każdej ulicy. Jak bardzo brakuje mi tego, że mogę spotkać kogoś na chodniku.
Przepełniło mnie uczucie niezmierzonej tęsknoty za domem. Bo tu nie jest mój dom.
Spojrzałem na ludzi mijających mnie obojętnie - zaśmiałem się do siebie. Sąsiadka na mój widok powiedziałaby: Filipku - ty z papierosem?! A na następny dzień moja mama by już wiedziała - i to wcale nie od sąsiadki.
Ale oni just passed me by, bez żadnego słowa, uśmiechu, spojrzenia. W ich ubraniach widziałem znajomych z liceum, w ich psach widziałem psy moich ciotek, w ich głosach słyszałem głosy moich przyjaciół. Poczułem się bezdennie głuchy, beznadziejnie głupi, okrutnie zagubiony. Z każdym wdechem nikotyna pobudzała moje gruczoły łzowe, które jednak toczyły walkę z moją męskością.
Czy to niemęskie? Tęsknić za domem, za znajomymi, przyjaciółmi. Czuć zagubienie. Chcieć zobaczyć Martę.

Papieros się kończył, a gruczoły łzowe wygrały walkę z czymkolwiek w moim organizmie.
To było w chwili, kiedy uświadomiłem sobie, jak bardzo jest mi smutno. Najzwyczajniej w świecie smutno.
Że nie ma kto mnie przytulić, że Marta pewnie teraz świetnie bawi się ze swoimi znajomymi, którzy są też stąd, tak jak ona. Że jestem daleko od miejsca, które uważam za swoje. Że ciągle kogoś udaję, że komuś podoba się mój uśmiech - ale on wcale nie jest mój. I kurwa, uwierz mi, ile ja bym oddał za to, żeby chociaż w tym momencie spotkać nawet Sylwię...
Ale to nie jest najgorsze w całej tej historii zwyczajnego, listopadowego dnia.
Najgorszy jest moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że też miałeś taki dzień, niezależnie od tego czy jesteś z tego miasta, czy nie. Niezależnie od tego, czy twoja Marta siedzi w kafejce, czy ma na imię Tomek i widujesz ją na wuefie. Może to nawet dziś, kiedy czytasz tę historię, dociera do ciebie, że widziałeś w tramwaju Maćka i że to wcale nie był Maciek. Potem zaczynasz zastanawiać się: ciekawe co u Maćka - i dzwonisz do niego.
Dlatego wtedy zacząłem straszliwie płakać, bo przestałem czuć się tak samotny - zrozumiałem, że nie jestem jakąś niepowtarzalną jednostką, że to dotyczy prawie każdego, że prawie każdego to uczucie dotknęło chociaż raz.
Łzy ciekły mi jedna za drugą zupełnie obcierając mnie z męskości. Zadzwoniłeś do Maćka?
Zadzwoń.
Ja nie zadzwoniłem do Marty.




And in the darkness a shallow voice
And it hears all.
I bite my tongue, there's a fever,
I will not let it show.

I don't need nobody, no, I, I don't need nobody
Oh, I don't need nobody to be alone,
To be alone, to be alone. 

Tym zakończę swoją opowieść ;)
Enjoy!

wtorek, 9 grudnia 2014

#MojeSpołeczeństwo: For the masses


Podczas kiedy zjada mnie przeciwwirusowy płyn położony na moje usta - postanowiłam podzielić się z wami moimi głębokimi przemyśleniami z życia w wielkim Warsaw Wafka City.

1. Nienawidzę tego miasta od zawsze.


2. Odkąd tu mieszkam, nienawidzę tego miasta jeszcze bardziej.

Tu adnotacja: wiele ludzi próbowało mnie przekonać, że z czasem Warszawa stanie się dla mnie atrakcyjna i jakieś inne duperele. Nigdy nie uważałam, że nie jest atrakcyjna - cenię ją przede wszystkim ze względu na szeroki dostęp do kultury. I chyba za nic więcej. Ewentualnie podobają mi się światełka na siekierkowskich wieżyczkach. Zawsze wprawiają mnie w trans tym swoim znamienitym mryganiem!


3. Ambicje - przekleństwo czy błogosławieństwo?

No i tu przechodzimy do meritum moich ostatnich przemyśleń. W przeciągu ostatnich miesięcy spotkałam się z ambicją, której wcześniej kompletnie nie dostrzegałam. Znałam ludzi ambitnych, sama jestem dosyć ambitna, ale nigdy nie uderzyła mnie ona tak mocno, jak ostatnio. Po trupach do celu. Bez pomocy nikomu. Ja nie mam, to inni też nie będą mieli. Zresztą, jak mam - to też nie dam - po co mam się dzielić?
Absurd.
To smutne, ale wylądowałam w strasznie absurdalnym i abstrakcyjnym świecie - zupełnie nie miałam pojęcia, że takie coś istnieje!
Ach, Staniszewska - było zostać na tej swojej wiosce, a nie świata ci się podbijać zachciało!


4. Labels

Och, kolejna sprawa - te przecudne etykietki!
Studiujesz na SGH? Założę się, że jesteś jednym z tych bogatych buców, którzy niczym się nie dzielą, dla których liczy się tylko kasa. Współczuję ci, że musisz na uczelnię łazić w marynarkach i że krzywo na ciebie patrzą, jeśli źle się pomalujesz, albo odpadnie ci lakier z paznokcia.
Niestety często to prawda, ale to tylko od nas zależy czy pozwolimy sobie przypiąć etykietkę czy nie.
Przez pierwsze tygodnie studiów miałam wielkiego doła, bo nie wyglądałam jak te wszystkie śliczne dziewczyny w marynarkach, markowych swetrach i butach na wysokim obcasie.
Siostra wtedy mi skazala: Olka, daj spokój, bądź kim chcesz. Jak masz taki dzień, że chcesz iść na uczelnię w dresie, to idź w dresie. Jeśli ktoś cię ocenia, to jego problem, a nie twój. Bądź sobą i tyle. W końcu znajdziesz ludzi, którzy to docenią i polubią cię taką, jaka jesteś.
No i cóż - miała rację. Dzięki tej lekcji też przestałam przylepiać etykietki. Okazało się, że ta uczelnia kryje w sobie niezmierzoną liczbę skarbów, które - tak jak ja - zupełnie nie wpisują się w ogólnie przyjęty tam kanon.
Dzięki Bogu!


5. "Bo wy możecie stać się ważnymi ludźmi w tym kraju..."

Wspominałam wam gdzieś, że dostałam się do chóru akademickiego.
Miałam za sobą pierwszy koncert - chrzest bojowy. Koncert na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Do zaśpiewania Missa super Osculetur Me, Orlando di Lasso...
I tam przemawiał do nas Pan właśnie z Uniwersytetu Muzycznego. Powiedział coś w deseń:
"Najpewniej będziecie jakimiś politykami, ekonomistami, bardzo ważnymi ludźmi w tym kraju... Życzę wam, żeby ta wrażliwość i harmonia, którą zawieracie w muzyce, została z wami. Wtedy nasz kraj będzie w dobrych rękach!"
Mam nadzieję, że ten bezlitosny świat dopuści nasze wrażliwe postaci do jakiejkolwiek władzy, a nie zmiażdży nas na samym starcie...
Jak to powiedział mój kolega:
"My, artystyczne dusze, bardzo ciężko mamy na tym esgiehu." 
Jak tu się nie zgodzić...


6. Magia świateł

Wspominałam już o światełkach na kominach, ale przypomniała mi się jeszcze jedna ważna sprawa odnośnie Warszawy.
Bardzo lubię jeden moment w ciągu dnia.
Ten, w którym wchodzę do pokoju i zanim zapalę światło, wyjrzę przez okno. W bloku na przeciwko tak śmiesznie grają światła.
Ktoś wyszedł z kuchni. Ktoś zapalił światło na klatce. O, wrócił do kuchni, zapomniał czegoś. O, automatycznie na klatce zrobiło się ciemno! Magiczna chwila w ciągu dnia. Pozwala zapomnieć mi o tym, że prezentację napisałam na 50%, że znowu jestem chora i ciężko mi się ruszać, że zalałam kanapę i nie mogę jej odprać, że mam jakieś strasznie błahe problemy i trochę mi smutno, że przypominam sobie o tym dopiero, kiedy wyjrzę za okno.
To trochę żałosne, ale to tak naprawdę jeden z niewielu momentów w ciągu dnia, kiedy szczerze się uśmiecham, bo nagle spada ze mnie niesamowity ciężar całego dnia, który jeszcze w momencie przekraczania progu mieszkania wydawał się paskudny, a teraz okazuje się po prostu zwyczajny.


7. Ten jebany szum

Och, jak ja kocham autobusy.
Mieszkanie z sypialnią na uliczne skrzyżowanie to absolutna poezja dla uszu.
Och, 2:34? Tak, to znowu N02 ma problem z za głośnym silnikiem! 00:38 - Tak, kierowco czarnego BMW, ja też uwielbiam słuchać disco polo na cały zycher!
Może uszczelnienie okna rozwiązałoby mój problem niespokojnych nocy, ale zgubiłabym takie wspomnienia!
Nota bene,
pamiętam jak wróciłam na któryś weekend do domu, na swoją wiochę. Wyszłam na dwór otworzyć bramę.
I było tak cicho...
Tak cicho...
Cicho...
...


8. Zachowania

Zachowania ludzkie też są iście intrygujące.
Nie bez powodu zaszufladkowałam ten post jako MojeSpołeczeństwo - mimo tego, że praktycznie gadam tylko o sobie, to zauważcie ile już nagadałam na ludzi. Nic pozytywnego, niestety. -.-
Ostatnio na stacji Metro Centrum byłam świadkiem niesamowitego krzyku mężczyzny. Krzyczał coś w rodzaju "Kurwa! Idź kobieto!"
Pewnie wpadł na jakąś - pomyślałam.
Ale nie!
Mówił tak do swojej kobiety! Ale co tam tyle, podczas upojnej podróży schodami ruchomymi równo ją jeszcze opierdalał i nawet jej groził, a ona tylko potulnie kiwała głową na tak i rozglądała się nerwowo na boki.
Ludzie nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać.

A to, co dzieje się teraz w sklepach?
Przedświąteczna gorączka? Nie bez powodu to jest tak nazwane - absolutnie nikt z tych ludzi nie zachowuje się zdrowo.
Te miłe otarcia, czułe słówka przy zetknięciu się ramionami, setki zapachów unoszących się w powietrzu, te cudne lampeczki, mikołaje.
Co mnie cieszy, to ciasteczka w promocji...
I ewentualnie - widok Alei Ujazdowskich nocą.


9. Pozytywy 

Nie. Nie znienawidziłam świata doszczętnie!
Spotykają mnie też miłe rzeczy. Jakieś fajne uśmiechy i sympatyczne sytuacje.
Czasem dostaję czekoladę. Czasem fererro. Czasem rafaello. Czasem uśmiech. Czasem miłe słowo. Czasem dobrą nauczkę.
Wczoraj się uczyłam Toleracji Soyki w alcie;
tak mi się teraz przypomniało:
Wrażliwe słowo, czuły dotyk wystarczą...
Zaiste. 


10. Odchamić

Jeśli chodzi o kulturę:
a) byłam na Sputniku. 
Poznałam przeciekawych ludzi i obejrzałam niesamowite filmy. Polecam film "Dubrowski" i "Welkome home".
b) byłam na koncertach.
Polecam Mel Tripson (przy dobrych zbiegach okoliczności basista się uśmiechnie czytając ten post!) - ale pamiętajcie - oni nie brzmią jak Arctic Monkeys. Polecam też Tubasa Składowskiego - jak zwykle. Ale wpadnijcie ich posłuchać na żywo. Mega!
c) chodzę na chór.
To absolutnie największa kulturalna przygoda w moim życiu. To, co tam przeżywam, to poezja dla duszy. Dzięki temu mam w sobie jeszcze większą wrażliwość i jestem w stanie więcej wyciągnąć z muzyki. Polecam każdemu to niesamowite uczucie harmonii!
KLIK <---- Bohemian Rhapsody



Ech tymi dziesięcioma przykazaniami narzekania zakończę mój wywód.
Całuję!





niedziela, 16 listopada 2014

#Własne: Dwa od nowa

Hej! niestety ostatnio musiałam zawiesić pisanie co tydzień.
Najpierw rozłożyła mnie choroba, a potem studia.
Wybaczcie, jeszcze do tego wrócę.

W życiu moim dużo się zmienia i zmienia się bardzo szybko.
Podzielę się z wami moją nową poezją, napisaną niedawno.
Ona też się zmieniła - nie mnie oceniać, na jako.





Na własne życzenie

może to dobry moment by wybuchnąć płaczem
rozłożyć ręce w firmowym geście zobojętnienia
tak sobie to próbuję  tłumaczyć
aż nagle słońce przestaje istnieć

nie świeci żadna zorza, żaden anioł nie chce mi pomóc,
odchodzą teatralnym krokiem w półcieniach własnych myśli
Ciebie tu nie ma, nie ma zapachu wiśni i smaku schłodzonego wina
też nie ma

byt przeistacza się w trwanie
kruszy nieludzką cywilizację
tak, to najlepszy moment

by wybuchnąć płaczem

25.09.2014

Inspired by własna głupota + Los, cebula i krokodyle łzy






Kolejne arcydzieło:

Ukobiecenie

czasami lubię być kobietą
słuchać wirowania słów,
rozwieszać na sznurkach kłamstewka

czasami lubię być kobietą
zatonąć w kolorach czerwieni
uśmiechnąć się lustrem do lustra
obrócić w żart pomniejszony rozmiar trzydzieści osiem

czasami lubię budzić się w środku nocy
igrać z szumem aut na prospekcie praskim
kiedy woda w szklance drży ze strachu

a późną jesienią
zatracam się w kawiarni i słucham mężczyzn siedzących obok
jeden z nich znów zdradził żonę choć tak bardzo ją kocha...

biorąc kolejny łyk americano z mlekiem
myślę, że jednak nienawidzę być kobietą
15/16.11.14



Zostawiam was z tym przyjemnym akcentem kobiecości.


 nie mogę bez Ciebie żyć!




ian curtis