poniedziałek, 2 marca 2015

#MojaMuzyka: The newest treasure

Hej misie!
Dzisiaj przedstawię wam kolejny kawałek mojego muzycznego świata.
Zaczynamy!


#CzoToZaNieznane

Jak zwykle mało znane popisuje się swoją wyższością nad hitami.


Za jakiś tydzień czy tam półtora Meltripson wydaje w końcu EPkę.
NO GRATY.
Ja czekam na zremiksowane Back and reloaded.
Ale skoro go jeszcze nie mam, ulubioną pozycją pozostaje to cudo:







#StareWydaloNowe

Alt-J, czyli mój absolutnie ulubiony band, wydał nową płytę w 2014 roku.
Płyta taka dosyć zwyczajna jak na Alt-J, mało kombinowania, ale chyba w tym tkwi cały jej urok.
I tu prezentuję wam coś pięknego.
Pianino, przez które na 10 sekund chce mi się zapłakać. (00:00-00:21)
Crescendo, które wywołuje u mnie ciarki na całym ciele.(2:50-3:14)
Tekst, który powoduje wielkiego mindfucka.

Enjoy: Alt-J - Bloodflood pt. II


Ofc. skoro jest pt. II istnieje również pierwsza część - mniej porywająca, lecz wciąż dobra - jak większość rzeczy spod skrzydeł Alt-J.



#Umrzeć1000razy

Tutaj coś, co zaparło mi dech w piersiach.
Czarna postać.
Czarny głos.
Piękny tekst.
Idealna kompozycja.





Nemesis - w mitologii greckiej bogini zemsty, sprawiedliwości i przeznaczenia.
Inaczej - trochę taka Karma.
Wherever you're going darling
Don't you ever forget
To treat others the way you want to be treated
Remember your days are full in number



#WidzianePrzeżyte

A na koniec podzielę się tym, że w Stodole nawiedziłam koncert Grzegorza Hyżego, w którym zakochałam się jeszcze mocniej.
Kurcze, niby pop, niby takie nic wielkiego, a tak potrafi ująć.
Zero fałszu, zero zadrgania głosu - uwierzcie mi, ŚWIETNY na żywo.


koniec walk, już dosyć walk
wokół tylko świst kul...


Podzieliłam się z wami moimi najnowszymi skarbami.
ENJOY! :))

środa, 25 lutego 2015

#Niespodziewane: Ten Uśmiech


Ten Uśmiech.

Próbowałam zrozumieć swoją frustrację.
Odrzucenie.
Zapomnienie.
Milczenie.
I tak w kółko.
Ucinać wszystko, co dobre, zanim zacznie nie wychodzić.
Odrzucić.
Zapomnieć.
Milczeć.
Potem zrozumiałam, że wcale nie chodzi o rozumienie. Nie chodzi o wysnuwanie żadnych teorii. O dowody.
- Czekasz na autobus?
- Tak - mruknął cicho.
- To ja pojadę metrem - rzuciłam szybko.
Widziałam kątem oka jego lekko rozchylone usta w znaku zapytania i odrętwienia.
Now time is dead for you too.
Odchodzę równie szybko i zmykam po schodach. Schodek po schodku, do podziemi, świata niespełnionych muzyków.
Kojarzycie tę kapelę grającą nieustannie w Centrum? Zawsze jak wchodzę do podziemi, a oni grają, czuję się jak w filmie z lat 60. Wszystko ma kolor sepii, a moje oczy potrzebują okulisty.
I kiedy wysiadłam w Centrum i skierowałam się do podziemi, a tej kapeli nie było, poczułam się bezdennie smutno. Okazało się, że nie umiem tamtędy przejść, jeśli nie cofam się w czasie.

- Może załóż czerwoną sukienkę - mówi siostra, kiedy kroję obiadowego kurczaka.
- Nie jestem desperatką.
- Może to nie chodzi o desperację, wiesz? Może po prostu powinnaś zwrócić na siebie jego uwagę.
- Jeśli nie potrafi mnie dostrzec taką, jaką jestem, to co mi po tym, że zwróci na mnie uwagę, kiedy będę w czerwonej sukience? Nic mi po takim facecie.
- Oni po prostu potrzebują pobudzenia wzrokowego - przekonywała mnie uparcie.
- Gówno obchodzi mnie pobudzenie wzrokowe. Nie jestem okulistą. Nie będę zajmowała się ich oczami. W dupie mam ich oczy - wykrzykuję i podnoszę się nerwowo z krzesła.
- Dziękuję za obiad - mówię ironicznie zostawiając trzy czwarte porcji jeszcze na talerzu.
- Do usług - szepcze urażona siostra i w spokoju kończy swoje danie.

Pół godziny później siedzę u siebie w pokoju. Nagle drzwi otwierają się dynamicznie i zaraz wchodzi moja siostra, z nożem w ręku. Na nożu był kawałek papryki (podejrzewam, że z sałatki, którą miała robić po obiedzie).
- Wiesz jaki jest twój problem? - wrzeszczy do mnie.
Zdumiona wypowiadam jedynie:
- Że moja siostra chce mnie zabić?
- Że jesteś beznadziejnie samodzielna. Dlatego żaden facet cię nie chce. Nikt nie będzie chciał takiej silnej kobiety. Nikt - krzyczy ciągle wymachując przy tym nożem.
- To, że mama taka jest, nie znaczy, że ty też musisz. Ona miała ku temu powód, ona tak musiała, rozumiesz?
- Mam być taka jak ty, tak? Niewinna, wiecznie nie umiejąca sobie poradzić z życiem? Cyniczne to z twojej strony, życzyć mi takiego losu - odpowiadam ze spokojem i zabieram jej nóż z ręki. (Przy okazji zjadłam z niego tę papryczkę).
Widziałam już łzy w jej oczach.
- Przynajmniej ktoś mnie kocha - wykrzyczała emocjonalnie i wróciła do kuchni.
- No pewnie - krzyknęłam do niej. - Ja ciebie zawsze będę!

Wieczorem przyszła do mnie, kiedy siedziałam nad laptopem i czytałam jakiegoś bloga (może tego, hehe).
- Nie idziesz na tę imprezę? Mogę ci pożyczyć moją niebieską sukienkę jak chcesz. Mniej zawadiacka niż czerwona.
- Nie mam ochoty na imprezy - odparłam sucho.
- Przepraszam.
- Nie masz za co, sama prawda - mówię i patrzę na nią.
Piękna dziewczyna o jasnej karnacji, cudownej cerze, z pięknym makijażem. Długie, naturalnie rude włosy, dość grube, lekko falowane. Zawsze pięknie ubrana. Zawsze sukienka lub spódnica. Nigdy spodnie. Szczupła, ale z krągłościami. Taka w sumie idealna.
Uśmiecha się w zakłopotaniu i bawi się palcami siedząc koło mnie na łóżku.
- Wiesz, słyszałam, że w BooBoo dzisiaj gra jakiś fajny jazzowy skład.
- Przecież nie lubisz jazzu - zauważam.
- Ale ty lubisz - odpowiada i wychodzi cicho.
Myślę przez chwilę i w sumie nic nie wiem. Myśli nie kleją mi się w mózgu, coś się kompletnie popieprzyło i umiem wykonywać tylko jakieś mechaniczne, wbudowane ruchy. Wszystko oklepane, takie same. Nie umiem powiedzieć "Dzień dobry" innym tonem niż zwykle i niż do wszystkich. To takie nieludzkie...
Chwilę później wstaję i przeglądam się w lustrze.
Chudy pajac ubrany na czarno. Nierozczesane włosy. Mocny makijaż.
Poprawiam włosy, zakładam buty i idę do BooBoo. Dwie ulice dalej, taki bardzo alternatywny bar. I takie wszystko tam przyjazne i już mnie znają i kochają. Siadam przy barze. Dzisiaj pracuje Dawid.
- To co zwykle? - pyta, a w odpowiedzi otrzymuje mój niesamowity uśmiech.
Zaraz obok mojej dłoni pojawia się whisky.
Na małą scenkę wchodzi jazz squad, o którym mówiła moja siostra. Jest trąbka, jest kontrabas, perkusja, saksofon, jest pianino. Jest idealnie, wszystko się zgadza, ale nagle widzę, że ktoś patrzy się na mnie i dziwnie się do mnie uśmiecha, lekko macha mi prawą ręką. Z gęstwiny głów wyłania się głowa o twarzy, która ciągle boli mnie w brzuchu. O twarzy, która wykręca wszystko w moim ciele. Każdy neuron zostaje przepalony w momencie zetknięcia się jego wzroku z moim. Wszystkie mięśnie odmawiają posłuszeństwa, kiedy słyszę jego głos. Milion ciarek na ciele przy każdym, niespodziewanym i szybkim zetknięciu się naszych dotyków.
- Nie poszłaś na imprezę - to było pierwsze zdanie, jakie powiedział do mnie, kiedy dosiadł się do mnie przy barze.
- Poszłam, ale na inną - uśmiechnęłam się lekko zakłopotana. Czułam, że robię się czerwona, że mój oddech staje się płytki, a każda część mojego ciała przestaje być moja. Napiłam się whisky, a Dawid widząc moją pustą szklankę, szybko dolał mi to samo.
- Ciężko to nazwać imprezą - skwitował, po czym odwrócił się w stronę sceny i z aprobatą pokiwał głową. - Dobrzy są.
- Zaiste - ucinam, po czym dodaję: - Ty też nie poszedłeś.
- Miałem nadzieję, że cię uniknę, a tu taka niespodzianka - powiedział niby ironicznie, ale całkiem szczerze.
- Wredne - skomentowałam.
- Nie bardziej niż ty - odpowiedział z uśmiechem. Tym uśmiechem.
Odwzajemniłam uśmiech, dopiłam ostatni łyk whisky, wstałam zza baru, zabrałam swoją kurtkę z wieszaka i wyszłam z BooBoo mimo tego, że squad grał wybitnie.
Przez szybę widziałam, jak Dawid nalewa mu whisky. Wziął łyka. Skrzywił się.
Zaśmiałam się do siebie.

Poszłam do innego baru, nikt mnie tu nie znał, ale też zamówiłam whisky.
- Zawód miłosny? - usłyszałam za sobą ciepły głos męski.
Zaśmiałam się.
- Nie lepiej się wygadać przyjaciółce?
- Właśnie to robię - odparłam pół żartem-pół serio podnosząc przy tym lekko szklankę whisky.
- Za młoda jesteś na takie przyjaciółki.
- Liczę po prostu na transformację głosu a'la Tom Waits.
Uśmiechnął się i usiadł koło mnie.
- Michał.
- Miło mi - odparłam i podałam mu rękę.
- Miło mi kto? - zapytał żartobliwie i otulił mnie swoją serdecznością.
- Miło mi - zająknęłam się. - Natasza.
- To nie twoje imię - zaczął mówić przez śmiech i poprosił barmana o colę.
- Skąd wiesz? Może jestem prostytutką i po prostu mam przerwę w pracy, a perukę zgniotłam w małej kieszonce swojej ramoneski?
Usłyszałam jedynie ciepły chichot, zobaczyłam bardzo szczery uśmiech znad szklanki z colą.
- Marysia - sprostowałam. - Miło mi, Marysia.
- Myślę, że głos a'la Waits to sprawa jeszcze kilku lat picia whisky i palenia papierosów jeden po drugim, Marysiu.
- Daj spokój, nie słyszysz, że już niewiele mi brakuje?
Zaczęliśmy się śmiać i żartować. Zapytałam w końcu:
- A ty jaki masz cel?
- Nie poddać się.


Wtedy nie zrozumiałam, co miał na myśli.
Wtedy jedynie zrozumiałam, że nie chodzi o rozumienie.
Najpierw doświadczyłam odrzucenia.
Potem przez długi czas o tym zapominałam. Trzaskałam drzwiami BooBoo i uciekałam do metra, żeby tylko nie poczuć czegoś palącego w okolicach mostka.
Potem przyszła odwilż.

Parę tygodni później siostra poprosiła mnie, abym przyniosła jej jedzenie do szpitala. Była tam wolontariuszem. Zabawiała chore dzieci z oddziału onkologicznego. Na oddziale znajdowali się ludzie w różnym wieku, ona jednak zajmowała się jedynie dziećmi. Wdrapałam się na trzecie piętro i podreptałam do bawialni, gdzie zwykle siedziała siostra.
Kiedy tam weszłam, była przebrana w strój klauna i puszczała z dzieciakami bańki.
Nie chciałam jej przerywać, więc stanęłam w drzwiach, a za sobą usłyszałam znajomy głos:
- Jak tam transformacja w Waitsa?
Odwróciłam się i zobaczyłam Michała.
Uchyliłam usta w lekkim znaku zapytania i odrętwieniu.
Faza ostatnia.

Milczenie.


Na ziemię upada mi reklamówka z jedzeniem dla siostry.
Milczę.




treat others the way you want to be treated.

piątek, 20 lutego 2015

#Własne: Spalone mosty

Tak na czasie.


spalone mosty


coś nie wyszło
innym wyjściem
lepszą drogą za ścianą 
z nogą

coś poszło nie tak
nie tą ścieżką najlepszą
nie tym głosem w bezdechu są wsparte
moje ramiona

utul mnie, ukołysz do snu
lub do pobudki
bo braknie sił
czuję głód
i braknie tchu

odrętwiała wstaję
rozwarstwiona idę
smutno stawiam kroki

nie słyszę szumu aut
i już nie jeździ ich tyle
pod moimi stopami...

20.02.15




inspired by łazienkowski.

sobota, 17 stycznia 2015

#Własne: Nie

Płodny poetycko okres nastał ~~



nie


to miasto budzi się wcześniej niż ja
otula chłodem szyję
przeszywa każdy nerw

coś zaczęło się zmieniać
rzuciła szklanką, rzuciła w twarz,
rzucił ją i odszedł

zbił szklankę, zbił ją,
przeprosił ją i...
wszystko jest dobrze.

wmów sobie.
już, już. to tylko przejściowe
taka jest miłość

kochaj mnie, kochaj

mówiła mi 
on nie jest taki zły
co powie jutro
kiedy słońce już nie znajdzie swojej orbity
swojego zachodu
swojego morza, do którego
mogłoby spaść

każda najmniejsza rzecz wróciła do normy
to miasto nigdy nie śpi
to miasto nigdy nie zasypia

17.01.2015



Loving you was
The most 
Exquisite form
Of self
Destruction.

środa, 14 stycznia 2015

#Własne: Głucho

Hej.
Znacie te dni, kiedy coś siedzi w was gdzieś w środku, głęboko.
Gryzie.
Nie daje spokoju.
Nie umiecie tego powiedzieć.
Ułożyć w sensowne zdania.

No.
Ja mam dziś ten dzień.


głucho


widziałam cię ostatnio na przystanku
mokliśmy w obawach
uderzaliśmy dłonią w dłoń,
telepatycznie

zabierz mnie do wspólnych wrogów
na odmawianie modlitw przeciw 
wiecznemu potępieniu

(oddech coraz bardziej płytki)

po co parasol nad głową,
on nie jest domem ani schronieniem
- otul mnie swoim swetrem
z wonią magnolii między włóknami

pozwól wtopić się w siebie
zapomnieć o zamachu na nasze jestestwo
o przerażeniu kołyszącym serce do snu

smutno mi kiedy w słuchawce gra cisza
przecież wiesz, że dużo mówię
bo tak wiele mam do ukrycia

14.01.2015


Potrzebuję dużo szczęścia w ostatnim czasie i w nadchodzących dniach szczególnie....
Trzymam za was kciuki.


Uważajcie na siebie.
Niedługo pewnie się spotkamy znowu!
xoxoxo



Wtula się, bo w końcu zrozumiała, co to znaczy, że ktoś mógłby się za nią dać publicznie rozstrzelać.
- Jakub Żulczyk

niedziela, 11 stycznia 2015

#Niespodziewane: Moje miejsce


Moje miejsce


- Czemu to robisz?
- Czemu robię co? - zapytała z kpiącym uśmiechem odwracając się do mnie. Jej oczy tak dziwnie błyszczały, jakby jeszcze dwie godziny temu płakała obficie albo nie spała całą noc.
- Daj spokój, za dużo już wypiłaś - próbuję przemówić jej do rozumu i zabrać drinka z ręki.
Chwyciła szklankę mocniej, po czym wstała i zaczęła zmierzać ku wyjściu. Zarzuciła płaszcz na ramiona i chciała wychodzić, ale ochroniarz powiedział:
- Nie może pani wyjść ze szklanką na dwór.
- Serio? - zaśmiała się. - Boicie się, że ukradnę wam szklankę?
Ochroniarz tylko popatrzył na nią i nic nie odpowiedział. Zagrodził jej wyjście ręką.
Wygrzebała z kieszeni płaszcza świeżą paczkę jakichś papierosów, zdjęła z nich folijkę bardzo starannie, żeby jej nie podrzeć. Chwilę później wlała resztkę drinka do małej torebeczki powstałej z folii na opakowanie Davidoffów. Oddała szklankę ochroniarzowi i wyszła. Przed budynkiem zapaliła papierosa i zapiła go drinkiem.
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Tak było w jednym filmie - powiedziała wypuszczając dym prosto na moją twarz.
- Hej, słuchaj, przestań, proszę - mówiłem w kółko jak do ściany.
- Hej, słuchaj, przestań, proszę - przedrzeźniała mnie głośno się przy tym śmiejąc.
Założyła płaszcz, opatuliła się szalikiem. Miała bardzo jasną cerę, rudawe włosy, tysiąc piegów na nosie, śmieszne rumieńce na policzkach.
- Gorszy jesteś niż moja matka - stwierdziła. - Hej, słuchaj, przestań... Proszęęę - przedrzeźniała mnie dalej i śmiała się w głos. Nagle przestała się ruszać, zamarła w ciszy.
- Słyszysz? - zapytała szeptem. - Ktoś gra na pianinie. W nocy - zastanowiła się chwilę. - Pewnie jest smutny.
Przygryzła wargę. Zawsze to robiła, kiedy się nad czymś zastanawiała. Chwilę później uśmiechnęła się, a ja znam ten uśmiech. Znaczy tyle co "uwielbiam tę piosenkę, zaraz zacznę ją śpiewać". No i zaczęła śpiewać coś po angielsku, tańcząc przy tym na chodniku. Zawsze mówiła: Nie, nie, Dawid, ja z tobą nie zatańczę, bo ja nie umiem tańczyć.
Ale sama tańczyła bajkowo. To jedna z tych osób, które czują muzykę każdą częścią swojego ciała i umysłu. Podziwiałem ją za to i szczerze mówiąc nie mogłem przestać o niej myśleć. Stałem koło niej, a w głowie grała mi mieszanka jej zapachu, głosu i uśmiechu. Zresztą, co ja plotę, nawet, kiedy mnie przy niej nie było, to czułem jej zapach, słyszałem jej głos i widziałem jej uśmiech. Milion okazji, żeby złapać ją za rękę i poczuć, jak to właściwie jest trzymać taką wątłą, malutką dłoń w swojej dłoni. Czy pasuje do mojej? Nie mam pojęcia.
Tyle okazji by poznać ten dotyk w inny sposób niż: Ej, Dawid, brudasie, znowu się umorusałeś czekoladą. Wtedy zawsze wyciera mi czekoladę z nosa, policzka, koszulki - nigdy z ust.
- Anka, słuchaj - mówię do niej, a ona nie słucha, ciągle tańczy.
- Ania - powtarzam. Cisza.
- Ania! - krzyknąłem lekko, a ona nie przerywając swojego tańca ze śmiechem wyśpiewała pod nuty grane przez Nieznanego Pianistę:
- He-e-eej, słuuuchaj... Prze-e-estań... Proszęęę.
- Boże, Anka, jak jesteś nachlana, to jesteś beznadziejnie nieznośna! - oburzyłem się i zacząłem iść w kierunku mojego przystanku, który - nota bene - wcale nie był jej przystankiem. Zawsze ją odprowadzałem, ale dzisiaj stwierdziłem, że kapituluję...
- Dawid - krzyknęła, jak już się oddaliłem.
- Dawid, co ty? Nie odprowadzisz mnie? - zapytała swoim ckliwym głosem.
Zatrzymałem się i nic nie mówiłem. Nawet się nie odwróciłem.
- Dawid! No... - krzyczy do mnie przez pół chodnika. - Dawid, hej! Słuchaj... Przestań...! Proszę!
Wybucha śmiechem. Przeraźliwym śmiechem, który po pięciu sekundach przeistacza się w okrutny płacz, jakiego nigdy jeszcze w życiu nie słyszałem. Płacz totalnej rozpaczy, jakby ktoś wydzierał jej serce, obdzierał ją ze skóry, jakby ktoś pozbawił jej nadziei na dalsze życie.
Podszedłem do niej i mocno do siebie przytuliłem. Chociaż każde takie przytulenie kosztowało mnie bardzo dużo, zawsze lubiłem poczuć zapach jej włosów i dotknąć miłej tekstury jej płaszcza.
Podniosła w końcu głowę i spojrzała na mnie.
- Widzisz, Daa-A-wid - zaczęła przez czkawkę. - Co ja mam ci powiedzieć. Mój świat się kompletnie złamał, wiesz... I ja już nie wiem, kim jestem, i co właściwie mam zrobić. Dokąd pójść, gdzie jest moje miejsce. Co to w ogóle znaczy: mieć swoje miejsce?
- Nie, Anka, nie dziś, Jezu, bez filozofii...
- No ale co to znaczy, co? Że mam dokąd wrócić? Mam dokąd wracać. Ale nie chcę tam wracać. Więc jestem tu. A tutaj też nie chcę być.
Chwyciłem ją pod ramię i pociągnąłem za sobą. Chwilę później szliśmy już jednostajnym tempem w kierunku jej przystanku.
- Nie chcę tu być, słyszysz? Co ja tu mam. Nic tu nie mam. Ciebie tu tylko mam. A w domu w sumie, to nic nie mam. Rodzinę mam, ale ciebie tam nie ma.
- Ania...
- Wiem. Hej, słuchaj, przestań... Proszę- wyrecytowała machając przy tym lewą ręką. - Dawid, ja nie dojadę na Kabaty teraz... Dawid, zrób coś i nie każ mi jechać na Kabaty teraz...
- Indeed. Daleko - stwierdziłem. Zmieniliśmy kierunek i zatrzymaliśmy się na moim przystanku.
Zawiesiła mi ręce na szyi, patrzyła mi w oczy i co chwilę się śmiała.
- Ania... - zacząłem i odwróciłem wzrok, chociaż chciałem na nią patrzeć, chociaż marzyłem o tym dzień w dzień, żeby móc spojrzeć jej w te magiczne, zielone oczy, które zawsze przed każdym ukrywała. A teraz patrzyła się prosto w moją twarz, ale wiedziałem, że jest kompletnie pijana, że jeśli teraz coś zrobię, to potem będzie tylko niezręcznie, a ona będzie sobie pluła w brodę, że w ogóle spojrzała na kogoś takiego, jak ja.
Z tej chwili wybawił mnie autobus nocny. Wsiedliśmy. Wysiedliśmy na przystanku tuż pod moim blokiem.
Kiedy szukałem klucza do klatki, oparła się o drzwi i przyglądała mi się. Czułem to, jak mi się przygląda. Jak wodzi swoimi oczami po całym mnie. Znalazłem.
- Aniu, przejdź, chcę drzwi otworzyć.
Uśmiecha się tylko.
- Ania, proszę...
Oparłem się ręką o domniemaną futrynę drzwi i wzniosłem głowę do jakiegoś boga.
Przysunęła się do mnie i zaczęła poprawiać mi szalik.
- Wiesz, Dawid. Bujamy się ze sobą od początku studiów, będzie prawie dwa lata. I zawsze jesteś przy mnie, a ja przy tobie, nie?
- Mhm...
- Dlaczego jesteś przy mnie?
Zdębiałem.
- A ja przy tobie?
Ciągle dębiałem.
- Wiesz, tak sobie myślałam przez te dwa lata: kurwa, muszę być jakaś brzydka, skoro nikt mnie nie chce. Ale chcieli mnie, jak się okazało. Ten Paweł, co chodzisz z nim na siłownię. Ten, co mnie poznałeś z nim na sylwestrze, pamiętasz? No... Albo ten Kamil od Maryśki. Kilku ich było. Ale na żadnego nie zwróciłam uwagi.
I myślałam właśnie, że coś ze mną jest nie tak. Bo przychodzę do domu i zastanawiam się jedynie, co robisz. Czy znowu siedzisz w knajpie z tą głupią Weroniką, którą poznaliśmy na zumbie. Co masz dzisiaj na sobie, którym kremem się posmarujesz i jak dzisiaj pachniesz. To są jakieś totalne bzdety i chuja nie wiem, czemu mnie to interesuje. Z kim sypiasz, albo jak ma na imię twoja kuzynka. Co to za różnica, żadna. I ciągle ci mówię: ej, słuchaj, nie wiem, po prostu nie wiem, gdzie jest moje miejsce. Potem mnie przytulasz i wiesz, no czuję taki spokój i mam wrażenie, że właśnie tam jest moje miejsce. Ale ty nic, jak słup, nawet nie patrzysz na mnie, a jesteś jedyną osobą, z którą próbuję nawiązać kontakt wzrokowy... Ile mogę jeszcze udawać i cię przedrzeźniać. Hej, słuchaj... Przestań. Proszę!
Ze zdziwienia otworzyłem lekko buzię i stałem wmurowany.
Wzięła klucze z mojej ręki, otworzyła drzwi od klatki. Weszliśmy do windy.
- Pamiętasz, jak się poznaliśmy? - szepnęła ze łzami w oczach.
- W windzie - odparłem.
- Ania, nie płacz, proszę.
Pociągnęła nosem.
- Nie płaczę - powiedziała jak nadąsane dziecko.
Dojechaliśmy na moje piętro, weszliśmy do mieszkania. Zdjąłem jej płaszcz, odwiesiłem. Kiedy ja zdejmowałem swoją kurtkę, Ania poszła do kuchni i wstawiła wodę na herbatę.
Oparła się o blat i zaczęła płakać.
Dawid, pizdo, zrób coś - mówiłem do siebie w myślach.
Przestań - licytowałem się sam ze sobą. - Odważ się.
Podszedłem do niej, wytarłem jej łzy z policzków. Przytuliłem.
Znowu poczułem chemiczny zapach jej włosów i przyjemną w dotyku teksturę, tym razem swetra.
- Ania, słuchaj...
Milczała.
- Ania... Bo... Wiesz, jeśli to tu właśnie jest twoje miejsce...
Pociągnęła nosem.
- To zostań... - szepnąłem i mocno ją przytuliłem.
Pięć minut później położyła się na kanapie i usnęła.
Kiedy się obudziła, siedziałem przy stole w kuchni i kończyłem kanapkę.
- Hej, Dejwid - powiedziała zaspanym głosem i uśmiechnęła się. Znowu mówi do mnie normalnie.
- Słuchaj, co ja tu robię właściwie?
- Nie chciałaś wracać na Kabaty wczoraj.
- Mhm... Słuchaj, przepraszam, znowu się zrobiłam jak głupia.
- Nie szkodzi - odparłem. - Czasem trzeba.
- A mówiłam coś głupiego? - zapytała z niepewnością.
Zamilkłem na chwilę.
- Nie - uciąłem krótko. - Nic nie mówiłaś.
Zjadła śniadanie, przebrała się i wyszła.
Zacząłem sprzątać w kuchni.
Idiota.
Idiota.
Idiota.
Rzuciłem nóż do zlewu.
W głowie miałem tylko, jak mówiła mi kiedyś:
"Wiesz, ze słowami to jest tak, że jak raz się już coś powie, to trudno jest się z tego wycofać. Mówić to duża odpowiedzialność"
Wtedy podrapała się po głowie i dodała:
"Swoją drogą, ja przecież strasznie dużo plotę. To chyba znaczy, że jestem beznadziejnie nieodpowiedzialna."
Chciałem zadzwonić.
I co powiedzieć.
W sumie, to powiedziałaś co nie co. Że nie umiesz beze mnie żyć, ale to przecież nic takiego. Bo to przecież kompletny absurd, umiemy bez siebie żyć. Ale jakoś, jak nie widzę twoich rudych kosmyków dłużej niż tydzień, to serce samo drapie mnie w gardło.
Wystarczy, że jesteś, i już się nie boję.
Wystarczy, że jesteś, i nie budzę się w nocy.
Usiadłem na krześle w odruchu kompletnej bezradności. Popatrzyłem za okno.
Tyle ludzi dreptało w jedną i drugą stronę po chodnikach.
- Oni jakoś żyją - pomyślałem.
Ale w głowie cały czas miałem tańczącą Anię...

Hej.

Słuchaj.

Przestań.

niedziela, 4 stycznia 2015

#Własne: Tak wiele

Tak wiele


trzepot skrzydeł rozedrganych żonkili
świeży szum ulicznych zdarzeń
skryty gdzieś pomiędzy budynkami
szczeniak
z opuszczonym łbem

ile jesteś w stanie zrozumieć
oddać w ręce przyjaznych bogów
przy której piosence
w końcu zaśniesz

zdaję sobie sprawę z trudu
jaki wkładają gwiazdy, żeby nam świecić
ale trochę za późno by trafić
do betlejem

już po dwudziestej drugiej,
wszystko tutaj dawno nieczynne...
zamknij oczy, nie patrz nawet w tę stronę.

obgryzione paznokcie,
rozdarty oddech,
suche dłonie
- tylko tyle ze mnie zostało.

4.01.2015





Tak wiele razy nie chciało mi się nic mówić.
Aż trudno uwierzyć!

Premierowy w 2015!
Happy New Year!


AND PASS THE SESJAAAAAAAAA