wtorek, 31 marca 2015

#Niespodziewane: Jeden z niewielu


Jeden z niewielu


                Siedzieli w uczelnianym bufecie i wymieniali się cichymi spojrzeniami. Słuchał jak opowiada mu z przejęciem moment ucieczki z Mariupola, jak szczegółowo opisuje każdą najmniejszą cząstkę drogi do Lwowa, jak ze śmiechem wspomina ogniska w małej miejscowości pod Lwowem, gdzie upijała się z przyjaciółmi z radości, że udało się stamtąd uciec i z żalu, że tylu bliskich jej osób zdecydowało się tam zostać. Po tym, jak dostała się do Lwowa, razem z matką zaczepiły się w jakiejś knajpie, zarobiły trochę pieniędzy i łącząc je ze swoimi oszczędnościami obliczyły, że może wystarczyłoby, żeby przeżyć dwa miesiące w Polsce i jakoś zacząć układać sobie życie na nowo. Przyrodnia siostra jej matki była w połowie Polką, mieszkała w Warszawie, więc pomogła im załatwić formalności i wszystko odbyło się niezwykle legalnie. Zamieszkały razem z nią na Pradze. Lena znalazła pracę w jakimś barze, jej matka zatrudniła się w firmie sprzątającej. Lena dostała się na studia, na kierunku mało znaczącym – bo niewiele mającym wspólnego z tym, co Lena kochała robić.
                Kiedy tak jej słuchał, zdał sobie sprawę z tego, że każdy człowiek ma jakąś historię. Zastanawiał się jak to jest zostawić swój kraj i bać się do niego wrócić, czy da się znaleźć swoje miejsce na siłę i czy Lena czuje się winna ucieczki. Bał się zapytać o to wszystko. Uświadomił sobie jednak, że przy ogromie przeżyć Leny, jego marne, nudne życie przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Kilka dziewczyn, które złamały mu serce; kilka dziewczyn, którym on złamał serce. Kilka imprez, których nie pamięta – jeszcze więcej takich, które pamięta, a o których wolałby zapomnieć. 
                Lena już dawno przestała mówić, a on patrzył wciąż na pieprzyk na jej policzku i odpowiadał w głowie na pytania, które sam sobie po cichu zadawał. Dziewczyna posmutniała na chwilę czując, że może za bardzo się obnażyła i przestała być już dla niego interesująca.
 - Czy to prawda – pyta wwiercając mu się w zielone oczy – Że im mniej się wie, tym więcej chce się wiedzieć?
                Wyrwany ze swoich myśli rozejrzał się po bufecie i szybko przetworzył pytanie Leny.
 - Tak… Nie wiem, w sumie, tak, nie, nie wiem, Lena…
                Chciał na nią patrzeć cały czas, ale było mu głupio, strasznie głupio, że wpada na nią wszędzie, że wygląda, jakby ją prześladował i łaził za nią. Obydwoje sprawdzali swoje plany zajęć w Internecie, czaili się pod salami, żeby tylko „przypadkowo” spotkać się na choćby chwilę i porozmawiać o ognisku pod Lwowem lub o nudnym wykładzie. Choć tego dnia w bufecie Lena powiedziała sporą część swojej ogólnej historii, tak naprawdę mówiła bardzo mało i trudno było coś z niej wyciągnąć. On za to zabawiał ją ciągle chcąc, żeby czuła się tu dobrze, żeby pokochała Polskę na tyle, żeby w niej zostać, żeby zapomniała o tym, co widziała, o tych wszystkich negatywnych uczuciach, których doświadczyła. Wiedział, że to niemożliwe, ale tak bardzo tego pragnął, że sam zaczął wierzyć, że może mu się to udać.
                W tej całej ich relacji, krótkiej znajomości, zdarzały się rzeczy niezrozumiałe i urocze.
                Lena zawsze była nieobecna, jakby jej dusza nie mieszkała w jej ciele. Myślał, że to może przemęczenie, że praca i nauka to nie zawsze dobre połączenie. Ale potem uświadamiał sobie, że po tym, co przeszła ta dziewczyna, właściwie praca i nauka to przyjemność, nawet jeśli są ze sobą połączone. Uśmiechał się na każdą myśl o jej brązowych, grubych włosach, o jej akcencie, który tak go bawił. Najmniejsze wspomnienie jej wyrazu twarzy, kiedy myśli o tym, jakie słowo teraz wypowiedzieć, bo tak bardzo mieszają jej się języki, to wszystko powodowało w jego umyśle pogoń niesamowicie złożonych historii przeplatających się ze sobą. W każdej z nich dotykał dłoni Leny, poznawał smak jej malinowych ust, przeczesywał palcami grube pasma jej włosów.

                Mieszkał razem z siostrą na Ochocie, rodzice wynajmowali im mieszkanie. Pochodzili z Iławy, z dobrej rodziny. Siostra skończyła finanse na UW i od razu znalazła pracę, jednak nie umiała uzbierać na własne mieszkanie pomimo bardzo dobrych zarobków.
                Tego dnia po rozmowie w bufecie z Leną, wrócił do mieszkania i nie mógł się na niczym skupić. Ciągle śledził jej sylwetkę w myślach, przygryzał wargi na wspomnienie jej uśmiechu i chciał mówić o niej bez przerwy, ale nie miał komu.
                Wieczorem do mieszkania wpadła pijana siostra ze swoją równie pijaną koleżanką. Zaczęły tańczyć w pokoju obok, dokuczać mu i opowiadać sobie najgłupsze historie świata. Przedmiotem rozmów dziewczyn były nieustannie pieniądze; największymi problemami było czy kupić sobie nowego iPoda czy iPada, czy torebkę Michael’a Kors’a czy buty Vuitton’a. Nie mógł zrozumieć, jak świat może się tak spłaszczyć, skoro żyją na tej samej planecie. Choć docierały do niego znaki, że pieniądz rośnie w siłę i zaczyna wypierać jakiekolwiek relacje międzyludzkie, nie chciał tego do siebie dopuścić. Siostra zawsze śmiała się z niego, że jest nieudacznikiem i niczego nie osiągnie, że nie ma pieniędzy i brzydko się ubiera, że kupuje jedzenie w Biedronce. Zawsze zastanawiał się, jaka różnica jest w tym, gdzie kupuje jedzenie i jak się ubiera, bo patrząc na ich dwójkę z boku, mając do wyboru ją i siebie – zawsze zaprzyjaźniłby się z samym sobą. Bo choć zakładał czasem sweter do bojówek, a bułki smarował masłem z Biedronki – był przy tym wszystkim po prostu naturalny. Lena nawet lubiła te jego dziwne spodnie i jeszcze dziwniejsze nawyki żywieniowe.
                Leżał wieczorami patrząc w sufit. Co pięć sekund sprawdzał wyświetlacz telefonu, czy napisała. Bał się pisać, narzucać, ile można, może chociaż raz ona by się odezwała i zapytała jak wojna z siostrą, a on by napisał, że tak samo beznadziejnie, jak w Mariupolu – z  tym, że bez ofiar… Kiedy jednak przemyślał te słowa, uświadomił sobie, że w sumie jest ofiarą tego świata i to w bardzo smutnym tego słowa znaczeniu. Że może nikt go nie krzywdzi fizycznie, że może żyje w kraju, gdzie jest pokój – ale co z tego? Prześladują go myśli, wiadomości zdarzeń ze świata, w umyśle przewijają mu się statystyki uchodźców i ofiar wojennych, dręczy go świadomość, że rekiny mogą wyginąć, że drzew jest coraz mniej and nobody cares about it. Wszyscy wyrzucają śmieci na ulicę, a on podejmuje je i za każdym razem wrzuca do najbliższego kosza. Wzdycha i ja pisząc to też wzdycham, bo przestaliśmy dbać o nasze życia i o nasze miejsca. Coś nam odebrało współczucie i empatię, dlatego siadał czasem na parapecie i płakał, chłop dwadzieścia dwa lata siedzi i płacze na parapecie, bo w Syrii jest wojna, w Tunisie zamach, w Alpach pilot popełnia samobójstwo i zabija 150 osób, bo Rosja pastwi się nad Czeczenią, bo coś dziwnego dzieje się na Ukrainie, bo Putinowi źle z oczu patrzy, ale nikt mu nigdy nie będzie miał śmiałości zaproponować badań psychiatrycznych. Zawsze uważał, że choroby psychiczne widać po oczach i jakby się nad tym zastanowić, to może miał trochę racji, że jakiś chory obłęd można ujrzeć w źrenicach albo w tęczówce. To przecież nie moja wina, myśli na tym parapecie wycierając łzy, to przecież nie moja wina, więc czemu siedzę i płaczę. Obchodziło go to wszystko w bardzo znaczącym stopniu, jednak budziła się w nim nieprzejednana bezsilność, że sam, jeden – nic nie może; że sam, jeden – niczego nie zmieni.
 - Daniła! – krzyczała za nim Lena. – Daniła! Dani, no!
Odwrócił się i uśmiechnął na jej widok. Zaśmiała się.
 - Co się stało? – pyta ją zaciekawiony.
 - Nic, nic się nie stało, po prostu… Chciałam powiedzieć Daniła, Dani, no… - zaczęła jąkać się i zakończyła swoją wypowiedź ciepłym śmiechem.
                Mówiła na niego Daniła z przyzwyczajenia. Jej ojciec miał tak na imię i matka też w domu zawsze krzyczała: Daniła, Dani, no!
Wymienili kilka spojrzeń, jeszcze mniej słów i pożegnali się ciepłym uściskiem, potem udali się na zajęcia, każde w swoją stronę.
                Kiedy wychodził z uczelni i szedł w stronę przystanku, zobaczył Lenę. Szła z jakimś chłopakiem, śmiała się cały czas, wymachiwała rękami, gadała jak najęta.
Posmutniał.
Do mnie tyle nie mówi, pomyślał.
Przy mnie nie macha tak rękami.
Nie śmieje się tak przy mnie…
Może nie jestem dla niej wystarczająco dobry.
Może powinienem zacząć słuchać dla niej Metallici.
                Wrócił do domu i nie był w stanie niczego zrobić. Tak przez kolejnych kilka dni, dopóki się nie odezwała, dopóki nie zaprosiła na kawę, dopóki nie pocałowała go na do-widzenia.
                Wtedy przestał cokolwiek rozumieć. Lena jednak nie potrzebowała kogoś, z kim może nieustannie rozmawiać o wszystkim, co ją dręczy albo o tym, jak minął jej dzień. Dotarło do niego, że ona potrzebuje kogoś, przy kim może pomilczeć, przy kim może poczuć się bezpiecznie i spokojnie. Że nie chce mówić, tylko iść i delektować się ciszą, a niekiedy szumem miejskich aut. Że to miód dla jej uszu, że nie słyszy tu krzyków, płaczu, huków, że nie słyszy tu własnego przyśpieszonego ze strachu oddechu.
 - Potrzebuję tylko twoich oczu, w których mogę znaleźć ukojenie. Twojego spojrzenia, w którym mogę poczuć się, jak w domu. Twojego uśmiechu, który sprawia, że czuje się, jakbym znalazła swoje miejsce. Rozumiesz, Daniła?
Kiwnął głową na tak ze trzy razy pod rząd.
                Ile by dał, żeby tak powiedziała. Ile by dał, żeby spojrzała na niego takim wzrokiem, który mówi wszystko.
To takie smutne, pomyślał.
Że moja siostra marzy o Guccim, a ja o tym, żeby ktoś mnie pokochał.
                Usiadł na parapecie i zaśmiał się sam do siebie, choć łzy cisnęły mu się same do oczu, bo wyświetlacz od kilku dni nie zaświecił się jej imieniem, bo od kilku dób nie widział jej sylwetki ani nie słyszał jej głosu.
Może założę kurtkę z kapturem, wyjdę w ten deszczo-śnieg i pójdę do niej, zapukam do jej drzwi i wyprowadzimy jej psa.
A może założę piżamę i zostanę w domu. Może w końcu mógłbym się czegoś pouczyć. Może przestałbym w końcu myśleć o niej, bo nie jestem w stanie niczego zrobić.

                Daniel stanął przed lustrem i przetarł dłońmi swoją twarz. Usiadł na krawędzi łóżka i pociągnął nosem. Może to jest dobry dzień, żeby wyjść z domu i się zakochać, a może lepszy do tego, żeby umrzeć? Uświadomił sobie, że nie można założyć sobie czegokolwiek, że zbyt dużo nie zależy od nas, że jedyne, co może zrobić, to pogodzić się z tym, co dostaje i zmienić to, co jest plastyczne. Jednak za każdym razem, gdy widział Lenę na uczelni, dostawał palpitacji i ataku wewnętrznej padaczki, a jej zapach uzależniał jego neurony.
                Pewnej środy wracając metrem z uczelni, siedział naprzeciwko matki z dzieckiem. Chłopczyk jadł jakieś chrupki i przyglądał się bacznie Danielowi. Zaczął mówić do niego w stylu gu-ha-juju i rzucił w niego pluszową piłeczką. Daniel kucnął przed chłopczykiem, wręczył mu z powrotem piłeczkę i zapytał cicho patrząc w jego wielkie, niebieskie oczy:
 - A jaka jest… Twoja historia?



______________________________________________________


No, dość smutków, ale taka pogoda dziś...
Spodziewajcie się wkrótce recenzji EPki Mela, pisze się;)
Mam nadzieję, że macie lepszy dzień niż ja!
Jeśli tak to:



Buziaki

środa, 18 marca 2015

#Własne: Przewalutować


przewalutować


znowu wyskoczyło mi coś na twarzy
zagubienie wykupiło sobie na niej miejsce
na jakiś czas

czym mogę się odpłacić
gdzie schować rozczarowania

wiewiórki chodzą po parapetach,
pukają w okno
przestraszone zbierają kurz ze starych framug

może to nie czas żeby je gonić
złapać za ogon i roztrwonić wszystkie alergeny

zatrzymaj się
i kiedy zdarzy się że jedna z nich podbiegnie do twych stóp
odgryzie kawałek zamszu z buta

zapytasz
za jakie grzechy

a ona powie
że
tylko
za
uśmiech

/18.03.2015/


W związku z zajściami 18.03.2015 w Tunezji oświadczam, że nie mam w sobie zgody na taki porządek świata.
Stanowczo potępiam zamach terrorystyczny w Tunisie.
#potęp_i_ty

piątek, 13 marca 2015

#Własne: Fantasmagorie



fantasmagorie
Dieterowi Bohlenowi


po co tu przyszłam,
zabrali mi wszystko,
najlepsze części samoistnienia...

zagryzam zęby bo to przecież
przejściowe
pójdzie dalej, dotknie kogoś innego
wrócą do normy stare czasy
wszechczasy naszych radości

obce twarze mówią jak żyć,
sprzedają uśmiechy
i tabletki na bóle osierdzia
które jak sępy wyjadają powoli

w imię czego
uchodzą z ciała w eter atomy

dusi mnie niepewność
że wstaję i idę, ale dokąd i po co
i nie chcę już wstawać
już iść i pytać 

jeśli cel jest ten sam
co wczoraj

jeśli sen jest ten sam
co jutro

jeśli słońce znowu nie wstanie
jak dzisiaj.

/13.03.2015/




Shot a rabbit from the back seat window
Sat and watched the summer corn grow
Ate ice cream in a dessert dream
And got lost in father's singing
Too hot inside
Too hot outside
Lazy days when I said lets go for a ride
We'd sail on Spirit Lake

środa, 11 marca 2015

#MojaMuzyka: Wiosenny Wieczór Pieśni i Opery

Siema!
Jak zwykle zakręciłam się wokół czegoś kulturalnego.




Zapraszam was na Wiosenny Wieczór Pieśni i Opery.
14.03.2015
godz. 19:00
Centrum Promocji Kultury Praga-Południe
ul. Podskarbińska 2
Wstęp wolny

więcej info: http://wwpio.pl

Młodzi ludzie wykonujący ambitną muzykę - możecie tego posłuchać za darmo!
Nie marnujcie tej soboty na bezczynne nicnierobienie! <3



ZAPRASZAM,
Ja tam będę!

wtorek, 10 marca 2015

#Własne: Trasa skrócona

trasa skrócona

popłaczę się
roztrzaskam szklanką ostatnią myśl
krążącą po mojej podłodze

przybierasz dziwne kształty,
niby siedzisz blisko i gdzieś koło mnie
czasem czuję twoją skórę i ciepłe powietrze

przyszła wiosna,
rozpaliła w brzuchu przyjemne uczucie
poczucia, że można coś zmienić
ale chyba nie czas

na rozważania o oczach bezdennych i głuchych
spojrzeniach krótkich, uciętych
półsłowach przemilczanych w którymś biegu
(obiegu)
o zaciśniętych zębach w za ciasnym metrze

dziś już tu wysiadam
dziś już więcej nie chcę

10.03.2015

poniedziałek, 2 marca 2015

#MojaMuzyka: The newest treasure

Hej misie!
Dzisiaj przedstawię wam kolejny kawałek mojego muzycznego świata.
Zaczynamy!


#CzoToZaNieznane

Jak zwykle mało znane popisuje się swoją wyższością nad hitami.


Za jakiś tydzień czy tam półtora Meltripson wydaje w końcu EPkę.
NO GRATY.
Ja czekam na zremiksowane Back and reloaded.
Ale skoro go jeszcze nie mam, ulubioną pozycją pozostaje to cudo:







#StareWydaloNowe

Alt-J, czyli mój absolutnie ulubiony band, wydał nową płytę w 2014 roku.
Płyta taka dosyć zwyczajna jak na Alt-J, mało kombinowania, ale chyba w tym tkwi cały jej urok.
I tu prezentuję wam coś pięknego.
Pianino, przez które na 10 sekund chce mi się zapłakać. (00:00-00:21)
Crescendo, które wywołuje u mnie ciarki na całym ciele.(2:50-3:14)
Tekst, który powoduje wielkiego mindfucka.

Enjoy: Alt-J - Bloodflood pt. II


Ofc. skoro jest pt. II istnieje również pierwsza część - mniej porywająca, lecz wciąż dobra - jak większość rzeczy spod skrzydeł Alt-J.



#Umrzeć1000razy

Tutaj coś, co zaparło mi dech w piersiach.
Czarna postać.
Czarny głos.
Piękny tekst.
Idealna kompozycja.





Nemesis - w mitologii greckiej bogini zemsty, sprawiedliwości i przeznaczenia.
Inaczej - trochę taka Karma.
Wherever you're going darling
Don't you ever forget
To treat others the way you want to be treated
Remember your days are full in number



#WidzianePrzeżyte

A na koniec podzielę się tym, że w Stodole nawiedziłam koncert Grzegorza Hyżego, w którym zakochałam się jeszcze mocniej.
Kurcze, niby pop, niby takie nic wielkiego, a tak potrafi ująć.
Zero fałszu, zero zadrgania głosu - uwierzcie mi, ŚWIETNY na żywo.


koniec walk, już dosyć walk
wokół tylko świst kul...


Podzieliłam się z wami moimi najnowszymi skarbami.
ENJOY! :))

środa, 25 lutego 2015

#Niespodziewane: Ten Uśmiech


Ten Uśmiech.

Próbowałam zrozumieć swoją frustrację.
Odrzucenie.
Zapomnienie.
Milczenie.
I tak w kółko.
Ucinać wszystko, co dobre, zanim zacznie nie wychodzić.
Odrzucić.
Zapomnieć.
Milczeć.
Potem zrozumiałam, że wcale nie chodzi o rozumienie. Nie chodzi o wysnuwanie żadnych teorii. O dowody.
- Czekasz na autobus?
- Tak - mruknął cicho.
- To ja pojadę metrem - rzuciłam szybko.
Widziałam kątem oka jego lekko rozchylone usta w znaku zapytania i odrętwienia.
Now time is dead for you too.
Odchodzę równie szybko i zmykam po schodach. Schodek po schodku, do podziemi, świata niespełnionych muzyków.
Kojarzycie tę kapelę grającą nieustannie w Centrum? Zawsze jak wchodzę do podziemi, a oni grają, czuję się jak w filmie z lat 60. Wszystko ma kolor sepii, a moje oczy potrzebują okulisty.
I kiedy wysiadłam w Centrum i skierowałam się do podziemi, a tej kapeli nie było, poczułam się bezdennie smutno. Okazało się, że nie umiem tamtędy przejść, jeśli nie cofam się w czasie.

- Może załóż czerwoną sukienkę - mówi siostra, kiedy kroję obiadowego kurczaka.
- Nie jestem desperatką.
- Może to nie chodzi o desperację, wiesz? Może po prostu powinnaś zwrócić na siebie jego uwagę.
- Jeśli nie potrafi mnie dostrzec taką, jaką jestem, to co mi po tym, że zwróci na mnie uwagę, kiedy będę w czerwonej sukience? Nic mi po takim facecie.
- Oni po prostu potrzebują pobudzenia wzrokowego - przekonywała mnie uparcie.
- Gówno obchodzi mnie pobudzenie wzrokowe. Nie jestem okulistą. Nie będę zajmowała się ich oczami. W dupie mam ich oczy - wykrzykuję i podnoszę się nerwowo z krzesła.
- Dziękuję za obiad - mówię ironicznie zostawiając trzy czwarte porcji jeszcze na talerzu.
- Do usług - szepcze urażona siostra i w spokoju kończy swoje danie.

Pół godziny później siedzę u siebie w pokoju. Nagle drzwi otwierają się dynamicznie i zaraz wchodzi moja siostra, z nożem w ręku. Na nożu był kawałek papryki (podejrzewam, że z sałatki, którą miała robić po obiedzie).
- Wiesz jaki jest twój problem? - wrzeszczy do mnie.
Zdumiona wypowiadam jedynie:
- Że moja siostra chce mnie zabić?
- Że jesteś beznadziejnie samodzielna. Dlatego żaden facet cię nie chce. Nikt nie będzie chciał takiej silnej kobiety. Nikt - krzyczy ciągle wymachując przy tym nożem.
- To, że mama taka jest, nie znaczy, że ty też musisz. Ona miała ku temu powód, ona tak musiała, rozumiesz?
- Mam być taka jak ty, tak? Niewinna, wiecznie nie umiejąca sobie poradzić z życiem? Cyniczne to z twojej strony, życzyć mi takiego losu - odpowiadam ze spokojem i zabieram jej nóż z ręki. (Przy okazji zjadłam z niego tę papryczkę).
Widziałam już łzy w jej oczach.
- Przynajmniej ktoś mnie kocha - wykrzyczała emocjonalnie i wróciła do kuchni.
- No pewnie - krzyknęłam do niej. - Ja ciebie zawsze będę!

Wieczorem przyszła do mnie, kiedy siedziałam nad laptopem i czytałam jakiegoś bloga (może tego, hehe).
- Nie idziesz na tę imprezę? Mogę ci pożyczyć moją niebieską sukienkę jak chcesz. Mniej zawadiacka niż czerwona.
- Nie mam ochoty na imprezy - odparłam sucho.
- Przepraszam.
- Nie masz za co, sama prawda - mówię i patrzę na nią.
Piękna dziewczyna o jasnej karnacji, cudownej cerze, z pięknym makijażem. Długie, naturalnie rude włosy, dość grube, lekko falowane. Zawsze pięknie ubrana. Zawsze sukienka lub spódnica. Nigdy spodnie. Szczupła, ale z krągłościami. Taka w sumie idealna.
Uśmiecha się w zakłopotaniu i bawi się palcami siedząc koło mnie na łóżku.
- Wiesz, słyszałam, że w BooBoo dzisiaj gra jakiś fajny jazzowy skład.
- Przecież nie lubisz jazzu - zauważam.
- Ale ty lubisz - odpowiada i wychodzi cicho.
Myślę przez chwilę i w sumie nic nie wiem. Myśli nie kleją mi się w mózgu, coś się kompletnie popieprzyło i umiem wykonywać tylko jakieś mechaniczne, wbudowane ruchy. Wszystko oklepane, takie same. Nie umiem powiedzieć "Dzień dobry" innym tonem niż zwykle i niż do wszystkich. To takie nieludzkie...
Chwilę później wstaję i przeglądam się w lustrze.
Chudy pajac ubrany na czarno. Nierozczesane włosy. Mocny makijaż.
Poprawiam włosy, zakładam buty i idę do BooBoo. Dwie ulice dalej, taki bardzo alternatywny bar. I takie wszystko tam przyjazne i już mnie znają i kochają. Siadam przy barze. Dzisiaj pracuje Dawid.
- To co zwykle? - pyta, a w odpowiedzi otrzymuje mój niesamowity uśmiech.
Zaraz obok mojej dłoni pojawia się whisky.
Na małą scenkę wchodzi jazz squad, o którym mówiła moja siostra. Jest trąbka, jest kontrabas, perkusja, saksofon, jest pianino. Jest idealnie, wszystko się zgadza, ale nagle widzę, że ktoś patrzy się na mnie i dziwnie się do mnie uśmiecha, lekko macha mi prawą ręką. Z gęstwiny głów wyłania się głowa o twarzy, która ciągle boli mnie w brzuchu. O twarzy, która wykręca wszystko w moim ciele. Każdy neuron zostaje przepalony w momencie zetknięcia się jego wzroku z moim. Wszystkie mięśnie odmawiają posłuszeństwa, kiedy słyszę jego głos. Milion ciarek na ciele przy każdym, niespodziewanym i szybkim zetknięciu się naszych dotyków.
- Nie poszłaś na imprezę - to było pierwsze zdanie, jakie powiedział do mnie, kiedy dosiadł się do mnie przy barze.
- Poszłam, ale na inną - uśmiechnęłam się lekko zakłopotana. Czułam, że robię się czerwona, że mój oddech staje się płytki, a każda część mojego ciała przestaje być moja. Napiłam się whisky, a Dawid widząc moją pustą szklankę, szybko dolał mi to samo.
- Ciężko to nazwać imprezą - skwitował, po czym odwrócił się w stronę sceny i z aprobatą pokiwał głową. - Dobrzy są.
- Zaiste - ucinam, po czym dodaję: - Ty też nie poszedłeś.
- Miałem nadzieję, że cię uniknę, a tu taka niespodzianka - powiedział niby ironicznie, ale całkiem szczerze.
- Wredne - skomentowałam.
- Nie bardziej niż ty - odpowiedział z uśmiechem. Tym uśmiechem.
Odwzajemniłam uśmiech, dopiłam ostatni łyk whisky, wstałam zza baru, zabrałam swoją kurtkę z wieszaka i wyszłam z BooBoo mimo tego, że squad grał wybitnie.
Przez szybę widziałam, jak Dawid nalewa mu whisky. Wziął łyka. Skrzywił się.
Zaśmiałam się do siebie.

Poszłam do innego baru, nikt mnie tu nie znał, ale też zamówiłam whisky.
- Zawód miłosny? - usłyszałam za sobą ciepły głos męski.
Zaśmiałam się.
- Nie lepiej się wygadać przyjaciółce?
- Właśnie to robię - odparłam pół żartem-pół serio podnosząc przy tym lekko szklankę whisky.
- Za młoda jesteś na takie przyjaciółki.
- Liczę po prostu na transformację głosu a'la Tom Waits.
Uśmiechnął się i usiadł koło mnie.
- Michał.
- Miło mi - odparłam i podałam mu rękę.
- Miło mi kto? - zapytał żartobliwie i otulił mnie swoją serdecznością.
- Miło mi - zająknęłam się. - Natasza.
- To nie twoje imię - zaczął mówić przez śmiech i poprosił barmana o colę.
- Skąd wiesz? Może jestem prostytutką i po prostu mam przerwę w pracy, a perukę zgniotłam w małej kieszonce swojej ramoneski?
Usłyszałam jedynie ciepły chichot, zobaczyłam bardzo szczery uśmiech znad szklanki z colą.
- Marysia - sprostowałam. - Miło mi, Marysia.
- Myślę, że głos a'la Waits to sprawa jeszcze kilku lat picia whisky i palenia papierosów jeden po drugim, Marysiu.
- Daj spokój, nie słyszysz, że już niewiele mi brakuje?
Zaczęliśmy się śmiać i żartować. Zapytałam w końcu:
- A ty jaki masz cel?
- Nie poddać się.


Wtedy nie zrozumiałam, co miał na myśli.
Wtedy jedynie zrozumiałam, że nie chodzi o rozumienie.
Najpierw doświadczyłam odrzucenia.
Potem przez długi czas o tym zapominałam. Trzaskałam drzwiami BooBoo i uciekałam do metra, żeby tylko nie poczuć czegoś palącego w okolicach mostka.
Potem przyszła odwilż.

Parę tygodni później siostra poprosiła mnie, abym przyniosła jej jedzenie do szpitala. Była tam wolontariuszem. Zabawiała chore dzieci z oddziału onkologicznego. Na oddziale znajdowali się ludzie w różnym wieku, ona jednak zajmowała się jedynie dziećmi. Wdrapałam się na trzecie piętro i podreptałam do bawialni, gdzie zwykle siedziała siostra.
Kiedy tam weszłam, była przebrana w strój klauna i puszczała z dzieciakami bańki.
Nie chciałam jej przerywać, więc stanęłam w drzwiach, a za sobą usłyszałam znajomy głos:
- Jak tam transformacja w Waitsa?
Odwróciłam się i zobaczyłam Michała.
Uchyliłam usta w lekkim znaku zapytania i odrętwieniu.
Faza ostatnia.

Milczenie.


Na ziemię upada mi reklamówka z jedzeniem dla siostry.
Milczę.




treat others the way you want to be treated.