piątek, 13 stycznia 2012

trzymałam ikara za rękę

525 600 minut, 525 000 tak drogich chwil,
525 600 minut, czym mierzysz rok życia?
Dniami, zachodami słońca, nocami, kubkami kawy.
Calami, milami, radościami, smutkami.
A co z miłością? może miłością?

525 600 minut! 525 000 podróży do zaplanowania.
525 600 minut - czym można zmierzyć życie kobiety lub mężczyzny?
Prawdami, których sie nauczyła lub chwilami kiedy płakał.
Mostami, ktore spalił lub tym jak umarła.



Ludzkie życie jest strasznie kruche. Ogólnie, wszystko jest kruche. Nasze człowieczeństwo zanika dopiero tam, gdzie kończą się wszystkie emocje. A czy da się ich pozbyć? Czy da się przeżyć dzień bez zdenerwowania, dzień bez jakiegoś smutku albo radości? Chyba nie...


Dobrze, że jesteś,
bo wczoraj znowu bolało mnie serce,
a ciągle nie mam pomysłu na życie.

Musisz mi pomóc,
bo od szesnastu dni pada deszcz
i życie powoli zaczyna mi się rozmywać.

Miałem iść do dentysty, 
ale przybłąkał mi się wiersz o tobie,
no i nie mam go z kim zostawić w domu.

Dobrze, że jesteś,
bo w zeszłym tygodniu „U Fukiera”
śmierć znowu pytała o mnie szatniarza.

Dzwoniłem dzisiaj do ciebie,
ale słuchawka ugryzła mnie w rękę
i pewnie ta rana tak szybko się nie zagoi.

Musisz mi pomóc,
bo jestem zmęczony jak Bóg,
który harował przez tydzień –
i nie stworzył świata...

Jarosław Borszewicz



Ostatnio jest tak ciężko. Wszystko się zapada. Nie mam siły na nic. Wiecie, ludzie to jednak skarby. Naprawdę! Doceniajmy innych ludzi. Są krusi jak całe nasze życie, a znaczą najwięcej. Bez nich wszystko było by jeszcze bardziej bezsensowne. Wiem, że dziś ubogo. Ale pozwólcie mi wrócić do rytmu, z którego się wybiłam. Naskrobałam nawet:


na dnie morza egejskiego

lubię siedzieć przy tobie i trzymać cię za rękę
oprzeć głowę na wysokim ramieniu
i poczuć się jak ptak wysoko nad chmurami

jestem w stratosferze kiedy czuję ciepło
i pędząc trzysta kilometrów na godzinę
udowadniam że coś znaczę

nie ma nocy bez snu o lepszym świecie
przewrotu na drugi bok z nadzieją
że po otwarciu oczu szklanka będzie do połowy pełna

wszystko staje się przezroczystym cieniem
mało znaczącą kropką w nazwisku obcego człowieka
nie wymieniam drobnych bo wypadają mi z rąk

znowu tak wiele tracę i Kratos nie umie mi pomóc
więc Ikar podaje mi dłoń 
to najpiękniejsze, co mogło mi się przydarzyć

zamieniliśmy istnienie na grosze, a mury na miliony
znaczenie bycia zniknęło z Plutonem
dziś tylko para-lotnie zmierzają do raju

13.01.2012 (c)alyouidiot


Przepraszam, że ostatnio tak wychodzi. Ale ciężkie to dni, uwierzcie ;) W tych wierszach zawarłam wszystko, co mnie ostatnio trapi. No. Prawie. Miłych ferii, odezwę się niedługo i coś porozważamy :-)



sobota, 31 grudnia 2011

Stary a Nowy Rok

No siemson! Dawno nie pisałam bo się zablokowałam i jakoś nie mogę. Wszystko powoli się układa, więc może i blokady puszczą ;) Oby to się zmieniło w tym nadchodzącym roku.
Ja dziś krótko, bo mało mam czasu, a siedzę w piżamie jeszcze, a muszę sprzątnąć i się wyszykować.

Życzę wam, aby ten rok był lepszy. Rozumiecie. Żebyśmy my byli lepsi, wtedy wszystko staje się lepsze. Żebyśmy zauważali innych ludzi i żeby oni zauważali nas. Żeby nasze przyjaźnie były jeszcze piękniejsze i może... prawdziwsze? :) Żebyśmy starali się zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby uczynić każdy dzień piękniejszym. Niedługo wyjdzie słońce i wtedy będzie łatwiej, ale na razie musimy sobie jakoś radzić, prawda?
Życzę wam, żebyście może z nowym rokiem znaleźli miłość, kto jeszcze szuka :) i nam, żebyśmy pielęgnowali nasze miłości, bo każda z nich jest wyjątkowa. Życzę wszystkim, żebyście mimo trudności nigdy się nie poddawali, bo nieważne jak trudno by było, trzeba próbować. No i pomimo zacinek, starali się odblokować ;)
Życzę wam, aby 2012 był mniej bolesny i bardziej radosny, żebyśmy w końcu wszyscy docenili, ile mamy. Żebyśmy każdego ranka budzili się z uśmiechem na twarzy i świadomością, jak wiele osób nas kocha i jak wiele znaczymy na tym świecie. Że każda sekunda bez nas zmieniłaby los innych, bo tacy jesteśmy ważni. Każdy z nas, czy dobry czy zły czy niedojrzały a może nawet głupi. Każdy z nas jest kochany. Zawsze.
No i życzę wszystkim, żebyśmy przeżyli koniec świata ;))

A sobie życzę więcej czytelników i ich większej cierpliwości co do systematyczności moich postów :D

Oczywiście jeszcze pragnę wam życzyć, abyście pomimo każdej rozsypki, brali się w garść i pokazywali światu, że umiecie walczyć o swoje życia. Bo to tylko nasze życia, i tylko nasz świat, prawda? To od nas wszystko zależy. Może gdyby nie było ludzi, słońce wschodziło by i zachodziło nadal, ale czy wtedy wszystko nie było by smutniejsze? Nawet słońce zachodzi w jakimś celu. Daje nam nadzieje ponownie wstając, i upada codziennie. To straszny los, ale przynajmniej uczy nas, że z każdego upadku możemy się podnieść.
Życzę więcej wiary, więcej nadziei, więcej wrażliwości na otaczający świat i piękno, więcej zadumy i zastanowienia, więcej mądrości, więcej serca, więcej szczerości, bo nasz świat robi się coraz bardziej zakłamany. Więcej muzyki, więcej herbaty, więcej zdrowia, więcej życia, radości, uśmiechu. Więcej wszystkiego, co dobre. Mniej wszystkiego, co złe.
I nadziei, że wszystkie marzenia się spełnią. I wytrwałości w tej nadziei. To ważne.

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU - jednym wyrażeniem. :)


Czasem mam ochotę się napić i zapalić, zapomnieć o wszystkim na sekundę i poczuć się jak każdy na tym świecie. Potem sobie przypominam, jak grzeczną dziewczynką jestem, że nie piję, nie palę i nie ćpam. Że wciąż udaję, że jestem szczęśliwa, a tak naprawdę codziennie mam ochotę się stoczyć na samo dno, żeby tylko mieć świadomość, że nie można zejść niżej. A potem widzę Ciebie. Zmieniłeś się dla mnie, więc zostanę taką trochę szczęśliwie zakłamaną dziewczyną, bo mnie potrzebujesz. A ja z każdym twoim przytuleniem będę sobie uświadamiać, że wcale nie kłamię. Że po prostu jestem szczęśliwa, i to nie jest złudzenie. Że kocham cię najmocniej na świecie, bo dałeś mi nadzieję, że wszystko można zmienić. Nawet jeśli było tak okropnie źle. I chociaż wszystko prawie zwaliło nam się na głowę, trwamy. Ja, ty i czasem twoje papierosy. Ale nawet kocham ten zapach, bo kojarzy mi się tylko z tobą. Nie z nieszczęśliwym dzieciństwem i niespełnionymi ambicjami chorych ciotek. Wszystko jest dobrze, póki jesteśmy razem.






Życzy Aleksandra ! (jestem coraz starsza i wypadało by się przyzwyczaić do tej formy, która jest podobno dorosła i ukochana przez moją mamusię :D)

niedziela, 11 grudnia 2011

anielskie ratunki

 

       Joanna znowu wstała. To kolejny dzień tego beznadziejnego kręgu. Nie ma na nic siły, ale udaje, że wszystko jest w porządku. Wszyscy tak robimy, bo nie chcemy zbędnych pytań. A wieczorem siadamy na łóżku i płaczemy. Nie wiadomo, czy kieruje nami wtedy bezradność, czy zżera nas samotność, a może jesteśmy po prostu nieszczęśliwi. Trudno powiedzieć, dlatego lepiej nie mówić wcale.
       Tego dnia wszystko miało być nowe. Joanna wyszła z domu ubrana w piękną letnią sukienkę - w końcu to koniec maja. Wszystko jest tak piękne i aż chce się żyć. I może tylko to daje jej siłę wstawać.
       Wsiadła do brudnego autobusu pełnego ludzi, których już znała. Jeżdżąc autobusami cały rok niemal codziennie, poznaje się tych ludzi już dobrze. Nawet zna się trochę ich historie. Dziewczyna, obok której zwykle siadała Joanna miała bardzo bujne życie towarzyskie. Gdzieś w połowie marca, stało się coś na tyle szokującego dla tej dziewczyny, że jej życie jakby zatrzymało się - nie było już porannych telefonów od przyjaciół, ani jej śmiechu, który codziennie ozdabiał Joannie drogę do szkoły. Teraz już tego nie ma i dni są jakby bardziej szare, czegoś w nich brakuje. A ta dziewczyna pewnie nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.
Joanna długo głowiła się, co mogło się stać. Ale im dłużej nad tym myślała, tym stwarzała coraz dziwniejsze historie. A to nie miało ani trochę sensu.
Tego dnia owej dziewczyny nie było. Na jej miejscu siedział jakiś chłopak, ale Joanna nie przyglądała mu się i sprawnie usiadła obok - na swoim ulubionym miejscu. Patrzył się to na nią, to na szybę. Potem znów przed siebie, na szybę i znowu na nią. Była zmieszana i bawiąc się pierścionkiem zastanawiała się, do czego to doprowadzi. Chłopak odchylił głowę do tyłu i oparł ją o siedzenie. Spojrzał na Joannę i po kilku sekundach lekkiej walki ze sobą, powiedział:
- Ostatnie dni są nieco szare, co?
- Zdecydowanie - odparła niepewnie.
- Bardzo szare - spojrzał na szybę. Zatrzymali się na przystanku obok starej, szarej fabryki - Spójrz - szturchnął Joannę łokciem - Nowy napis.
Faktycznie. Na fabryce pojawiło się nowe graffiti. Joanna przechyliła głowę i przeczytała cicho "WE ALWAYS KILL THE ONES WE LOVE".
- Zdecydowanie - westchnął chłopak.
Joanna uśmiechnęła się.
- Zabił cię ktoś? - zapytała.
Spojrzał się i uśmiechnął. Teraz to widziała. Znajomy wyraz twarzy. To jej brat. To na pewno brat tej dziewczyny.
- Tak. A ciebie?
- Też.
- Wyczuwam ciekawą znajomość...
- Joanno.
- Joanno - powtórzył z uśmiechem - Oskar.
- Oskar - szepnęła - Miło mi cię poznać, Oskar.

        Są takie dni, kiedy potrzebujemy jedynie ciepłego uśmiechu, jakiegoś miłego gestu, krótkiej rozmowy. Potrzebujemy czegoś, co pomoże nam przetrwać wszystkie inne trudne chwile. I to był właśnie taki dzień. I to był właśnie ciepły uśmiech, miły gest i krótka rozmowa. Krótka rozmowa, której chciało się potem codziennie. A która zdarzyła się raz i potem tajemniczo zniknęła. Joanna długo głowiła się, gdzie może spotkać Oskara. Powiedział przecież "wyczuwam ciekawą znajomość" i już więcej nie wsiadł do tego autobusu. A przecież te słowa znaczą, że chciał ją jeszcze spotkać. I była zła na niego, że ich drogi skrzyżowały się tylko raz, ale jego uśmiech pozwolił jej przetrwać najtrudniejsze dni. Czyli te wszystkie inne bez niego. Miała w pamięci ciągle jego twarz i twarz tej dziewczyny. I dziwiła się każdego dnia, że ci ludzie wpisali się w nią na zawsze, a prawie w ogóle ich nie znała.

     Był już czerwiec i strasznie gorący dzień. Joanna musiała jechać do szkoły załatwić jeszcze jakieś durne formalności. Wysiadła z autobusu i chciała przechodzić przez przejście dla pieszych.
- Uważaj! - krzyknął ktoś i pociągnął ją za rękę do tyłu. Prawie wpadłaby pod samochód.
Odwróciła się szybko.
- Oskar! Oskar! - krzyknęła szczęśliwa i rzuciła mu się na szyję.
- Przepraszam - powiedziała - nie powinnam. Wkurzasz mnie. Bo znikasz na miesiąc i nagle ratujesz mi życie. To irytujące. Teraz też pewnie znikniesz. A za miesiąc? Znowu będę musiała wpaść prawie pod samochód, żeby cię spotkać?
- Prawdopodobnie tak - uśmiechnął się tylko.
- Aha - odparła i zdenerwowana udała się w kierunku szkoły.
Poszedł za nią i to zdumiło ją najbardziej.
- No za co się będziesz burmuszyć na mnie? Za to, że jestem przy tobie zawsze, kiedy mogę? - zapytał smutno.
- A czemu możesz tak rzadko?
- Ja jestem przy tobie zawsze, Joanno.
Po tych słowach zadzwonił do niego telefon i odszedł bez słowa. Honor i duma nie pozwalały Joannie iść za nim. Podreptała więc smutno do szkoły i od tamtego dnia wszystko było jeszcze bardziej szare. Jej samotne życie zmieniło się w jeszcze bardziej samotne życie. Siedemnastoletnie serduszko zabiło szybciej tylko dwa razy. I bolał Joannę fakt, że to już więcej się nie powtórzy.

       W połowie sierpnia Joanna miała urodziny. Nikt do niej nie przychodził, więc tego dnia postanowiła pojechać do Warszawy. Wsiadła do autobusu, a potem przesiadła się w pociąg. Wysiadła w centrum i zamarła. Burza. A ona przecież tak boi się burzy. Schowała się na Dworcu Centralnym. Znalazła wolną ławkę i postanowiła przeczekać.
- Czyżby ktoś tu się bał? - usłyszała znajomy głos a jej serduszko znowu zabiło nieco szybciej.
- Skąd wiesz? I co tu robisz? - pytała.
- Joanno! Jakbym mogł zostawić cię w twoje urodziny? To było by nieludzkie!
- Zawsze jesteś przy mnie, kiedy dzieje się coś złego. Dlaczego? Zjawiasz się nagle a potem znikasz. Mam tego dosyć. Albo bądź zawsze, albo wcale. W życiu nie ma bycia na pół etatu, a tym bardziej na trzy czwarte.
Oskar zasmucił się.
- Ale przecież mówiłem ci już, że jestem zawsze.
- W taki sposób być zawsze? To brzmi jak bajka a jest odczuwalne jak horror. Nie chcę takiego zawsze - krzyknęła i odeszła.

         Dwa miesiące później spotkała Oskara w centrum handlowym z tą dziewczyną. Uciekła, kiedy ich zobaczyła, zapominając o swoich przypuszczeniach.
- Joanno! - usłyszała głos za nią. I znowu serduszko przyspieszyło.
- Przestań - szeptała do serduszka i uderzała się w klatkę piersiową - Słyszysz? Przestań!
- Joanno! - Oskar dalej krzyczał biegnąc za nią.
Joanna przebiegając przez ulicę znowu nie zauważyła, tym razem ciężarówki. Oskar tego dnia nie był w stanie jej złapać, przyciągnąć do siebie jak wtedy. Z jego oczu momentalnie popłynęły łzy. Podbiegł do zakrwawionej Joanny leżącej na środku ulicy.
- I widzisz? Gdybyś tylko pozwoliła mi być po mojemu, to nic by ci nie było! Uratowałbym cię i tym razem! Widzisz? Głupia ty! Kiedy mówiłem, że jestem zawsze, nie kłamałem! Ale musiałaś mnie pokochać, prawda? Musiałaś! Jestem tylko biednym Aniołem i teraz nie mam już kogo pilnować! Joanno!
Ale jej serduszko już nie biło, chociaż Oskar był tak blisko. Nie miała pojęcia, że jej miłość tak się skończy. Nie miała pojęcia, że pokochała własnego Anioła. Bo kto dziś wierzy w Anioły? Kto wierzy, że ma kogoś przy sobie całe życie? Lubimy wpatrywać się w swoją samotność tak żałośnie łkając, i zapominamy, że nigdy nie jesteśmy sami. Nie zabijmy naszego Anioła swoją bezmyślnością i brakiem wiary. Uwierzmy, że nasza samotność jest jedynie naszym wymysłem. Usiądź tego wieczora na łóżku i zamiast płakać poczuj ciepły oddech na plecach. To twój Anioł przytula cię już na wszelki wypadek.


11.12.2011 (c) alyouidiot.




Szlachetna Paczka się skończyła. Jutro poprawa z fizyki. Trzymajcie za mnie mocno kciuki. A ja namówię na to mojego Anioła.
Ostatnio mam mało siły i zapadam się psychicznie. Ale dam radę. :) Ja bym nie dała?


 szc.deviantart.com



Odkąd cię pokochałam, moja samotność zaczyna się dwa kroki od ciebie.

niedziela, 27 listopada 2011

spadki swobodne.

nie ma cię, gdy moje życie spada w dół
nie ma cię, gdy wszystko łamie się na pół
nie ma cię i nie wiem już gdzie jesteś,
ale dobrze, że nie wiesz co u mnie,
bo pękło by ci serce...


spadki swobodne kojarzą mi się jedynie z jedynką z fizyki ... ciekawe, jak z tego wybrnę.
ostatnio wszystko przygniata mnie dość solidnie. nie mam siły na nic, zawieszam się i tkwię w dziwnej substancji życiopodobnej, choć z życiem mającej mało wspólnego.
i nie wiem, co dalej, nie wiem, jak to się potoczy. rozgryzam ostatnio samotność i wszystko wydaje mi się tak trudne... nie mam pojęcia, jak to przeżyć, a przecież jakoś muszę.
jestem autentycznie szczątkami człowieka. ale z drugiej strony nie chcę, żeby wszyscy o tym wiedzieli i traktowali mnie z litości. mogę wmawiać sobie, że jest dobrze, ale już nigdy w to nie uwierzę. chyba przestałam umieć już wierzyć, że wszystko się ułoży. bo tym razem się nie ułoży...
nie mam wątpliwości co do tego, że życie mnie najzwyczajniej w świecie przerosło. i nie potrafię tego ukryć. zryło mi to banię na tyle silnie, że mam problemy z zapamiętaniem, jaki jest dzień tygodnia.
jest ciężko. z dnia na dzień gorzej. co teraz? jak żyć?





chwila z tobą jak spadająca gwiazda
która topi się w atmosferze by zabłysnąć na sekundę
i zaraz zgasnąć

życie trąca łokciem ludzi na ulicach
nie patrzę im w twarz, choć znam ich ból
mniemam że w tę noc modlą się znowu do Uranii

na ławkach obleśni faceci umierają z samotności
ich serce kołacze a ty nie podajesz ręki,
widzisz tylko butelkę po tanim winie
jego tragedia bije cię w oczy i przez ciebie zanika w istnieniu

mijam się z celem, a moje trwanie ma kształt niewiadomy
wszystko traci znaczenie i słyszę tylko twój szept
to on mnie ratuje w te czarne wieczory
gdy mary czyhają na zamknięcie powiek

tylko ty mnie ukajasz, dzięki tobie nie czuję
że rozpadłam się na kawałki
tylko ciebie chcę przy mnie, kiedy wiem że już nic
nigdy nie będzie takie same

zapal w mojej obecności bym mogła poczuć ulgę
bym zrozumiała jak bardzo życie jest niemodne
dotykam twoich ust i jestem pewna
że to wpisało się we mnie już na zawsze
21.11.2011 (c)alyouidiot




sweethooligan-she.deviantart.com



Jeśli ktoś kogo kochasz umiera i to niespodziewanie, nie odczuwasz straty natychmiast. Tracisz tego kogoś kawałek po kawałku przez długi czas - w miarę jak przestaje do niego przychodzić poczta, jak wietrzeje zapach jego perfum na poduszce oraz ubrań w szufladzie i szafie. Stopniowo gromadzisz fragmenty, które odeszły. Właśnie wtedy nadchodzi ten dzień - ten dzień, gdy brakuje ci szczególnie jednej konkretnej cząstki i przytłacza cię uczucie, że ta osoba odeszła na zawsze, a potem nadchodzi inny dzień i odczuwasz szczególny brak czegoś innego.

środa, 16 listopada 2011

listy do edwarda

Warszawa,
10.11.2011

Drogi Edwardzie

Właśnie kończy się dzień najgorszy z tych wszystkich dni od pięciu tysięcy lat, pomijając ukrzyżowanie Chrystusa, wszystkie krucjaty i wojny światowe. Dzień, który mnie przerósł, w którym każde pięć minut trwało minut dwadzieścia.

Od początku planowałam ten dzień jako długi. W szkole średnia ilość lekcji, potem zajęcia dodatkowe i jeszcze spotkania z dobrego serca - do domu miałam wrócić około dwudziestej pierwszej. Po lekcjach poszłam z Anką do biblioteki i odrabiałyśmy razem lekcje. Lubię Ankę, bo mnie rozumie. Złapałyśmy się nawet na tym, że wybierając zdania o sobie, wybierałyśmy te same. Potem poszłyśmy na salę gimnastyczną popatrzeć, jak męczą się nasi chłopcy. Było śmiesznie, obgadywałyśmy ich nawet trochę. Dopóki nie zadzwonił telefon. Ciocia. Już wtedy byłam zdziwiona, bo prawie nigdy do mnie nie dzwoni. "My zaraz po ciebie będziemy, wyjdź przed szkołę". Zaczęłam się śmiać i tłumaczyć, że nie trzeba, bo przecież mam angielski, bo to, bo tamto... "dam ci mamę" i wtedy wiedziałam, że coś jest nie tak. Mama powiedziała jedynie, że musimy zmienić nasze plany, bo On nie żyje. Pamiętam, że na chwilę przestałam wszystko słyszeć. Dosłownie. Nie słyszałam krzyków chłopaków ani dalszych słów mamy. Poczułam, jakby ktoś nagle przycisnął "matrix" i czas na chwilę zagiął się i po prostu zatrzymał. Wszystko trwało tak wolno. Mój przeraźliwy krzyk i płacz, który odbijał się okrutnie od ścian, że nawet słyszałam echo. I zastanawiałam się jedynie czy ginie gdzieś w przestrzeni, czy dobiega gdzieś dalej, bo jednak na dole mnie słychać nie było. Ale nie umiałam się opanować. Łzy leciały same, a krzyk pozwalał przetrwać tak ogromny ból. Pakowałam w pośpiechu zeszyty chodząc to w lewo, to w prawo, bo nie do końca wiedziałam, co zrobić. Przytuliłam tylko Ankę i z płaczem próbowałam zbiec na dół. Pani sprzątaczka z przejęciem próbowała ode mnie wydobyć, co się stało. Przetrzymała mnie i dorwała mnie pani psycholog. W sumie jestem jej za to wdzięczna, bo gdyby nie ona, pakowanie butów do szafki zajęło by mi dziesięć minut. Zaszłam jeszcze na salę, żeby choć na chwilę przytulić się do niego, poczuć jego ramiona i siłę, znaleźć niewielkie ukojenie, choćby na sekundę. Poczuć ten zapach, poczuć tę skórę i zobaczyć w oczach okrutne przejęcie - i jednocześnie zdać sobie sprawę, że mówiąc mi, że jestem najważniejsza, nigdy mnie nie okłamał.

Była 15:20. Od tamtej pory dzień dłużył się niemiłosiernie. Nie wiem, Edwardzie, co kieruje nami w takich chwilach. To nie rozsądek, ale też nie przypadek. Co sprawia, że trafiamy właśnie na takich ludzi na swojej drodze, którzy służą pomocą? Tylko to wtedy miało jakieś znaczenie. Reszta jakby poszarzała, jakby wyblakła, jakby nagle się wyciszyła. Wsiadłam do samochodu i dotknęła mnie przeraźliwa cisza. 5 osób, i wszyscy milczeliśmy. Nie było sposobu, by wyrazić to wszystko, co w nas siedziało. Potem trafiliśmy do ciotki. Mama z wujkiem pojechali załatwiać formalności. Brat ugotował rosół. Uwierzysz, Edwardzie? Ten sam brat... I wtedy zaczęła się katorga. Ciocia krzątała się nerwowo po domu, układając rzeczy to tu, to tam, mając nadzieję, że jej to pomoże zatrzymać kolejne łzy, które cisnęły jej się do oczu. Pierwszy papieros. Rozglądałam się po kuchni i od czasu do czasu zagaiłam a to o dzwonki, bo ma ich przecież całą kolekcję, a to o jakieś dziwne kwiatki przy stole. Uwagę moją przykuł najbardziej śliczny storczyk i chciałam cały wieczór zapytać tyko "ciociu, czy lubisz storczyki?" ale nie wiedziałam, jak odbierze moje pytanie. Zabrakło mi odwagi, więc przy trzecim papierosie rzuciłam tylko "ładny storczyk. od kogo? ja mamie na urodziny też kupiłam storczyka. jechałam z nim na rowerze i wyglądałam jak ostatni debil". Uśmiechnęła się na chwilę i poczułam ulgę. Ale tylko na chwilę. Potem zniknęła gdzieś w dymie papierosa, może w końcu popłakać, może udać, że nie istnieje - nie wiem. Wtedy poszłam do pokoju, gdzie brat skulony pod kocem oglądał telewizję. Faktycznie tego dnia było przeraźliwie zimno, a ogrzewanie coś im szwankowało. Sam wiesz, Edwardzie, że rzadko rozmawiałam z bratem. A nasze rozmowy zwykle nie przebiegały dosyć miło. Jednak tego dnia widocznie poczuł ogromne przygnębienie. Na tyle ogromne, że pchnęło go ono do ciepłych gestów, które nigdy z nim zbyt wiele wspólnego nie miały. "Chcesz koc?" - zapytał mnie. Było mi zimno, ale odmówiłam - nie chciałam nadużywać i wykorzystywać jego nagłej przemiany - a może po prostu nie chciałam przyzwyczajać się, bo uznałam, że to chwilowe - albo podświadomie zabroniłam sobie przyzwyczajać się do czegokolwiek i kogokolwiek - bo nauczona dzisiejszym dniem, wiedziałam, że to tylko sprawia ból. 
Jednak to właśnie rozmowa z tym moim bratem, Edwardzie, pozwoliła mi choć na chwilę zapomnieć, dlaczego właściwie siedziałam wtedy tam u nich w domu, dlaczego nie byłam na dodatkowych zajęciach, gdzie być powinnam. Sam wiesz, że chodził do tego samego liceum. Zebrało mu się na wspomnienia - chyba zaczął rozmyślać o przemijaniu. Tak to jest, Edwardzie. Wystarczy jedno wydarzenie, i zmienia się wszystko. Zmienia się kolor nieba i kształt słońca. Barwy tęczy zamieniają się miejscami i nie tworzą spójnej całości. Pryzmat zamiast rozszczepiać światło, jedynie je odbija. Są takie dni, Edwardzie. 
10 listopada 2011 pani na polskim powiedziała rozważając różnice między czasem linearnym a kulistym: "W czasie kulistym wszystko się powtarza, teoretycznie. Minie rok, i znowu będzie 10 listopada, tylko będzie już zupełnie inny. Już nigdy nie będzie takiego samego 10 listopada. Bo z jednej strony wszystko się powtarza, a z drugiej wszystko przemija. Mówią, że na każdą osobę zmarłą przypada rodząca się..." I wieczorem usiadłam jedynie na krześle w pokoju, wpatrując się w jeden punkt i cholernie chciało mi się śmiać. Bo wszystko tego dnia od rana było dziwne. Wszystko jakby chciało mnie przygotować, Edwardzie, na tą całą śmierć. I pozostały jedynie wyrzuty sumienia. Bo nie byłam ani w szpitalu, ani w domu, kiedy zabierali Go do szpitala. A przecież wiedziałam, jaka jestem dla Niego ważna. I teraz nawet nie pamiętam, kiedy widziałam Go po raz ostatni. Pamiętam tylko te uśmiechy, które dawał mi każdego dnia i codzienne "ubierz się dobrze, żebyś nie przemarzła". Od tamtego dnia, kiedy Go zabrali, nikt tak do mnie nie powiedział. 
Pusto mi, Edwardzie. Na szczęście ten dzień się skończył. Jednak ta pustka już na zawsze pozostanie.





Warszawa,
12.11.2011
Drogi Edwardzie

Jednak 10 listopada nie był najtrudniejszym dniem. Każdy dzień okazał się być coraz bardziej złożony i przykry. 
11 listopada śpiewałam w kościele z moim chórem. Trzymałam się dzielnie całą mszę, dopóki nie zaczęłyśmy śpiewać pieśni na uwielbienie. /odpocznę dziś w ramionach Twych, dusza ma w Tobie będzie trwać. Kiedy fale mórz chcą porwać mnie, z Tobą wzniosę się - podniesiesz mnie/ Wtedy nie wytrzymałam. Zaczęłam płakać strasznie, Edwardzie. Wszyscy wokół mnie wiedzieli, co się stało i tylko zastanawiali się gdzieś w duchu czy ta śmierć już na zawsze zrobi ze mnie załamaną małolatę. Tylko te małe dziewczynki poczuły zdezorientowanie - bo jak to? Ty płaczesz? Zawsze śmiałaś się ze wszystkiego, a dziś płaczesz! Widzisz, Edwardzie. Wtedy czuję radość, bo jeśli moje codzienne uśmiechy i styl życia wpisały się w kogoś, to znaczy, że mam jakieś znaczenie. I to może dla więcej niż jednej osoby. Tak naprawdę nie wiem, ile dla kogo znaczę, ale ileś znaczę na pewno. 

12 listopad okazał się dniem najtrudniejszym. Tak, to był dzień pogrzebu, Edwardzie. Od rana nie wiedziałam, co mam robić. Wszystko było takie beznadziejne. Najpierw pojechaliśmy z najbliższą rodziną do kaplicy. To bardzo przykre, widzieć niektórych tak rzadko, a jeśli już ich widzieć - to płaczących... Tak trudno było mi wytrzymać - z zimna i przygnębienia. Tępo przygryzałam kurtkę, żeby nie rozpłakać się, żeby udawać jakiegoś twardziela. Usiadłam koło brata, ale kiedy zobaczyłam, że ten stary, niewrażliwy byk, płacze - to ja też zaczęłam płakać. I nic nie widziałam. Podłoga i sufit stanowiły dla mnie jedność, a czarna kurtka brata z moją białą czapką w ogóle nie kontrastowała. 
Potem już pojechaliśmy do kościoła. Nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie tak wiele ludzi. Było mi tak ciężko. Wdzięczna im byłam, sam wiesz, Edwardzie, za obecność. Choć większości nie znałam, nawet nie bardzo wiedziałam, kto jest rodziną, a kto nie. Ale wtedy to nie było dla mnie ważne. Widziałam tylko wzrok księdza, który zawsze widział mnie roześmianą albo zbulwersowaną i w pewnym momencie ujrzałam tylko przejęcie i zastanowienie, może nawet minę "aha, więc to tak wygląda, kiedy płacze. Bo jednak płacze". Nie płakałam dużo. Dopiero na sam koniec, kiedy rozbrzmiała ta nieszczęsna pieśń. Kiedy usłyszałam, jak wiele ludzi ją śpiewa - wymiękłam. I siedziałam tylko i płakałam, bo co innego miałam zrobić, Edwardzie? Był dla mnie jak Ojciec, przecież wiesz. To On był dla mnie autorytetem i wzorem mężczyzny. To On mnie przytulał, kiedy bałam się burzy. I tego dnia, kiedy słyszałam w tle /Anielski orszak niech twą duszę przyjmie, uniesie z ziemi ku wyżynom nieba/, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę teraz mój strach nie odnajdzie ukojenia. Nie odnajdzie stabilnych ramion i kpiącego śmiechu "ale czego ty się boisz, przecież cię nie strzeli!". Właściwie mój strach już niczego nie odnajdzie. Bo jedyne, co go potrafiło stłumić, zniknęło. Teraz zostały tylko tabletki, ale dobrze, że na razie nie ma lata. Sam wiesz, Edwardzie, jak bardzo boję się burz.
Kiedy przeszliśmy na cmentarz w procesji, zrobiło mi się jeszcze bardziej smutno. Bo to ostatni raz, kiedy jest gdzieś blisko. Ostatnie chwile, kiedy mogę Go jeszcze czuć. 
Pamiętam te okrutne obrazy. Zasypywanie trumny i wsadzanie drewnianego krzyża z imieniem, nazwiskiem i tą nieszczęsną datą 10 listopada 2011 roku. Nie umiem o tym zapomnieć, Edwardzie. Wiem, że może jest jeszcze zbyt wcześnie, ale to wyryło w mojej psychice ogromną szramę. Taką, która już nigdy się nie zagoi. Której nic nie ukoi. Która na razie z dnia na dzień się pogłębia, którą potęguje przeokrutna tęsknota. Są takie dni, Edwardzie, że właściwie wszystko staje się dołujące. Wszystko zachowuje się tak, jakby tylko chciało zepchnąć cię na samo dno. Nigdy się nie daj, Edwardzie. Nigdy.



Warszawa, 
14.11.2011
Drogi Edwardzie

To był pierwszy dzień w szkole po tym wszystkim. Nie wiedziałam, jak się zachować. Czułam się tak okropnie zagubiona. W autobusie tłamsiłam myśli muzyką, żeby tylko zgasić je na chwilę, zatrzymać, bo nie dawały mi spokoju. Te okrutne obrazy przesuwały mi się przed oczami kolejny raz. Wychwytywałam z każdej rozmowy jedynie "śmierć", "umarł", "zginę". Byłam totalnie załamana i przygnębiona. Do tego tak fatalnie się czułam. Odpuściłam sobie zajęcia dodatkowe i wróciłam wcześniej do domu. Tego dnia jednak najbardziej potrzebowałam przytulenia. I dał mi to. Nie potrzebowałam rozmów, nie chciałam ich nawet. Każde słowo męczyło mnie i wymagało ode mnie cholernie ogromnego wysiłku. Gubiłam się w odpowiedziach na pytania, nawet szukanie iksów i igreków stało się najbardziej skomplikowaną rzeczą pod słońcem. Ale nie pytałam dlaczego, nie miałam pretensji do nikogo, za to co się stało. To niczyja wina, Edwardzie. Tylko to wiem z tego wszystkiego. 
Siedziałam w szkole siedem godzin. I potrzebowałam tylko jednego zapachu, tylko jednego dotyku i tylko jednego uśmiechu. Wiedziałam, że tylko to mnie może ocalić. Wtulenie się w jedynie stabilną dla mnie podporę - jego ramiona. Ja, sam wiesz, jestem zawsze rozchwiana. A on zawsze stały - trzyma mnie i dzięki niemu się nie rozpadam. Dziwią się nam chyba, że niby tacy różni jesteśmy, więc jak my się w ogóle dogadujemy. Ale to właśnie w jego, tyle większych od moich dłoniach, czuję się tak bezpiecznie. To przytulając się właśnie do niego, a nie do kogoś innego, czuję się taka ważna. To on nadał mi nowe znaczenie i to on sprawił, że nie rozleciałam się pod wpływem tego wszystkiego, że wciąż trwam i jestem, i tylko on, jego miłość i miłość moich przyjaciół trzyma mnie przy życiu - jest dla mnie takim respiratorem, kiedy tak ciężko mi oddychać. I to nawet nie dlatego, że mam zatkany nos. Ale dlatego, że wszystko mnie przygniotło. A oni jakby takimi niewidzialnymi łapkami trzymają to nade mną i sprawiają, że ciężar jest mniejszy. Że wszystko jest do wytrzymania. Tak właśnie, Edwardzie. Są tacy ludzie. I są takie dni, kiedy w końcu zaczynamy to rozumieć. Że jest ktoś, kto wstaje rano i myśli właśnie o Tobie. Że każdego dnia przed snem zastanawia się, czy ty też śpisz. Że kiedy jest Ci zimno pyta ciągle "chcesz bluzę?" i za każdą odpowiedzią "nie", przytula coraz mocniej. Że jest ktoś, kto przynajmniej raz w tygodniu powie Ci, jak bardzo jesteś dla niego ważny. Że jest ktoś, kto w najmniej spodziewanym momencie powie, że kocha. Kto opieprzy Cię, kiedy na to zasługujesz. I nigdy nie miej mu za złe, bo nawet jeśli na Ciebie krzyczy, to dlatego, że chce Ci pomóc. 
Dostrzegam nawet pewną analogię w mojej miłości i miłości Ligii do Winicjusza.

Wszystko ma jakieś znaczenie, Edwardzie. Wierzę, że ta śmierć nie odbiera mi mojego znaczenia. Że ta pustka nie stłamsi mnie tak bardzo. Że to wszystko ma czemuś służyć. Wierzę w to, bo tylko tak mogę nadać temu sens. Że ta śmierć nie pójdzie na marne. Że czegoś nauczy, może czegoś w końcu pozbawi, od czegoś uwolni. Jest mi trudno, Edwardzie. I każdego dnia coraz ciężej mi wstać. Ale wciąż pamiętam, że mam dla kogo. Nie uporam się z tym z dnia na dzień. Długo jeszcze będę wpatrywać się czasem nawet pięć minut w jeden punkt. Długo jeszcze będę bała się zasnąć. Długo jeszcze będę płakać. Długo jeszcze każdego wieczora będę myśleć patrząc w babcine okno i zapaloną lampkę "nawet ona boi się zasnąć" - nigdy nie paliła lampki. Wszystko stało się trudne i przerastające, ale, Edwardzie, powiedz mi, bo znasz mnie tyle czasu. Czy ja kiedyś nie dałam rady? Teraz w moim życiu jest ważny już tylko jeden mężczyzna. Czy uważasz, że powinien przejąć część Jego obowiązków? Ciekawe, ile ze mną wytrzyma. Tak bardzo chciałabym, żeby to trwało jak najdłużej. Tak bardzo chciałabym kochać już na zawsze.

PS. Ostatnio jechałam autobusem do szkoły i wpadł do niego motyl. Uśmiechnęłam się i chwilę potem mi gdzieś zniknął. Widzisz, Edwardzie? Wszystko znika. Ziemia zatacza od tysięcy lat błędne koło wokół Słońca, tak naprawdę nigdzie nie docierając - zna tę trasę, ale jednak dalej dzielnie ją przemierza. Tak więc jest zima, a potem zaraz wiosna. Są lata i jesienie, i liście spadają, a potem znowu odradzają się. 
Te tygodnie będą trudne, bo łatwo liczyć czas. I w czwartek stanę pod salą gimnastyczną i powiem "to było tydzień temu". A wciąż w to nie wierzę. Nie myślę o tym, nie doszło to jeszcze do mnie. Dla mnie wyjechał tylko na leczenie do szpitala. Tak, Edwardzie, jestem idiotką. Bo wciąż czekam, aż wróci.

Twoja Joanna



YessiGoesMessy.deviantart.com


Śmierć jest minimum. Minimum wszystkiego. Podczas tych godzin, gdy jesteś tak blisko drugiej osoby, z dwojga niemal stajecie się jednym... Minimum... Miłość jest śmiercią: śmiercią odrębności, śmiercią dystansu, śmiercią czasu. W trzymaniu się z dziewczyną za ręce najpiękniejsze jest to, że po chwili zapominasz, która ręka jest Twoja. Zapominasz, że są dwie, nie jedna.
- Johnatan Caroll

Nie wiedziałem Maleństwa już dosyć długi czas i jeśli go dzisiaj nie zobaczę, to ten czas będzie jeszcze dłuższy.
- Kubuś Puchatek

wtorek, 8 listopada 2011

cofam się w istnieniu

Cóż za okropne to były dni ostatnio. Nie miałam nawet siły spiąć się i czegoś tu naskrobać, chociaż wielokrotnie miałam ochotę... Dawno nie miałam tak ciężkiego tygodnia. Zobaczyłam kruchość życia na własne oczy, zobaczyłam przeokrutną biedę i na samą myśl chce mi się płakać. W jednym momencie doceniłam wszystko, co mam: rodzinę, zdrowie, dom, szczęście - jakie by ono nie było, miłość i życie. Dosłownie wszystko, co mieści się w tych zagadnieniach, obok nich i pomiędzy nimi.

Jest taka piosenka Cold War Kids, która właśnie w tle mi gra, Hospital Beds.
"There's nothing to do here, some just whine and complain, in bed in the hospital. Coming and going, sleep and awake, in bed at the hospital. I've got one friend lying across from me - I did not choose him, he did not choose me. We've got no chance of recovery, joy and misery."

Bardzo smutna, ale dopiero teraz doceniam jej prawdziwość.
Wiecie co, powiem wam, że są takie chwile w życiu człowieka, że siedzi na najgorszej kanapie, na jakiej kiedykolwiek siedział, patrzy na najbrudniejszy obrus, jaki widział w życiu, rozmawia z najsmutniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkał i mówi "a może pani by chciała coś dla siebie?" i kiedy słyszy "a mogłabym tak?", wywołuje to u niego tak ogromną chęć płaczu, że jedynie zaciska zęby i uśmiecha się szczerze, lecz smutno, tak by może dodać trochę nadziei, trochę otuchy, a może odpowiedzieć uśmiechem "tak", by nie używać słów, bo wie, że cokolwiek by nie powiedział, poruszy falę łez i zaczną one sprawnie kursować po jego policzkach, jedna za drugą, jedna za drugą, i tak w kółko...
-> odsyłam do szlachetnej paczki :) Mega ciekawe i budujące doświadczenie. Dużo uczy i pozwala poznać niesamowitych ludzi. Poza tym, poszerza obraz widzenia. Zobaczyłam rzeczy, o których nie miałam pojęcia, że istnieją.

Są takie chwile w naszym życiu, takie sny, przeczucia, myśli, które niezależnie od dnia napawają nas niepokojem. I czasem słusznie, czasem nie. Czasami wychodzimy na noc do przyjaciółki i bawimy się świetnie. Śni się nam co prawda coś dziwnego, ale nie przywiązujemy do tego uwagi i dalej się śmiejemy przy porannych plotach. Potem wsiadamy do samochodu i wracamy do swojej własnej rzeczywistości, wracamy do domu. Półpełnego, wybrakowanego, smutniejszego i ... Nie wiemy co ze sobą zrobić. Więc robimy wszystko, żeby nie myśleć. O wszystkim, tylko nie o śmierci, bo przecież jeszcze się wszystko ułoży. A co jeśli nie? Nie, przestań, zawsze się układało, więc teraz, za tym piątym razem, też się ułoży. I żyjesz w niepewności. Przez dzień, dwa, cztery, a potem może nawet tydzień czy miesiąc, że właściwie zdążysz już do tego przywyknąć i to nie sprawia tak wielkiego bólu i nie zatruwa tak myśli. Odzyskujesz siłę, by się śmiać i z czystym sumieniem możesz powiedzieć - TEN DZIEŃ BYŁ UDANY.
A potem znowu wracasz do półpełnego domu. Znowu czegoś brakuje. To znowu jeden z tych najsmutniejszych dni, choć tak przepełniony radością.

I właśnie to mój dylemat ostatnich dni, bo w minionym tygodniu wydawało mi się, że cofam się w istnieniu. Że zanika we mnie bycie człowiekiem - ta umiejętność współczucia, wrażliwość, miałam wrażenie, że wszystko, co było we mnie ludzkie, zaczęło ode mnie uciekać. I wystarczył jeden dzień. Jeden jedyny dzień, żeby dać mi do zrozumienia, że bycie człowiekiem najzwyczajniej mnie przerasta. Że mam w sobie tego za dużo i nawet nie jestem pewna, czy tego chcę i czy to nie jest ponad moje siły. 
I możesz się pytać: dlaczego ja, ale każdy z nas ma misje. Każdy z nas odkrywa ją w odpowiednim momencie. Nie wiem kim będę w przyszłości, ale wiem, że nigdy nie chciałabym przestać być człowiekiem.


Cebula

Co innego cebula. 
Ona nie ma wnętrzności. 
Jest sobą na wskroś cebulą, 
do stopnia cebuliczności. 
Cebulasta na zewnątrz, 
cebulowa do rdzenia, 
mogłaby wejrzeć w siebie 
cebula bez przerażenia. 

W nas obczyzna i dzikość 
ledwie skórą przykryta, 
inferno w nas interny, 
anatomia gwałtowna, 
a w cebuli cebula, 
nie pokrętne jelita. 
Ona wielekroć naga, 
do głębi itympodobna. 

Byt niesprzeczny cebula, 
udany cebula twor. 
W jednej po prostu druga, 
w większej mniejsza zawarta, 
a w następnej kolejna, 
czyli trzecia i czwarta. 
Dośrodkowa fuga. 
Echo złożone w chór. 

Cebula, to ja rozumiem: 
najnadobniejszy brzuch świata. 
Sam sie aureolami 
na własną chwałę oplata. 
W nas - tłuszcze, nerwy, żyły, 
śluzy i sekretności. 
I jest nam odmówiony 
idiotyzm doskonałości.

Wisława Szymborska


laylarouge.deviantart.com

poniedziałek, 31 października 2011

wszystko jest istotne.

Zróżnicowane dni ostatnio! Takie smutne, ale jednocześnie najszczęśliwsze z możliwych.
Właśnie w tych dniach doceniłam siłę przyjaźni i miłości, o której przez chwilę zapomniałam. Aż wstyd! Ale taka prawda, ostatnio jest tyle do zrobienia, że człowiek gubi się we własnym istnieniu.

Czuję się ostatnio tak cholernie pusta. To znaczy, mam wszystko, tylko brakuje mi tych moich rozkmin. Kiedyś siedziałam gdziekolwiek i to wystarczyło, żeby w głowie mieć setki przemyśleń. Wypalam się? Nie wiem. Smutno mi z tego powodu. Do jakiegoś czasu fajnie było nie myśleć o niczym, ale chciałabym z powrotem wrócić do tego mojego normalnego stanu rozkminiania najmniejszych szczegółów.
Dziś oglądałam fragment House'a, który przekonując jakiegoś chirurga do zbyt trudnej operacji użył takiego argumentu: Bo powiem twojej żonie, że sypiasz z pielęgniarkami. Teraz z siostrą (tu jej imię). Na imprezie podawała ci kiełbaski i nie powiedziałeś "dziękuję", to znaczy, że łączą was silniejsze więzi. Nie wiem, skąd to wziął, ale nasunęło mi to kilka myśli.
Czy faktycznie jest tak, że jeśli już ktoś jest dla nas ważny, to zapominamy o najmniejszym stopniu uprzejmości? O jakimś takcie, nawet o własnym wychowaniu? A właściwie, co to jest wychowanie dzisiaj? I czy faktycznie istnieje? Czy formy życia, które jeszcze do niedawna uznawane były za złe, dzisiaj też takie są? Czy to nie jest tak, że dzisiaj tłamsimy mniejszości, nawet jeśli to mniejszość przedstawia dobro? Łatwo pogubić się w dzisiejszej filozofii, szczególnie w filozofii młodych, która często - nie wiedzieć czemu - jest jakoś dziwnie wypaczona... Przeraża mnie to, bo to przecież moi rówieśnicy. Chodzę z nimi jednym korytarzami i chodnikami, a czasami czuję, że oprócz przedziału wiekowego, jednego budynku - nic więcej nas nie łączy. A przecież jesteśmy - a przynajmniej powinniśmy być - choć odrobinę podobni. Czasem zastanawiam się czy to moja inność poglądów i postaw jest nieprawidłowa, czy tej potężnej większości ludzi, których nawet nie znam. To kolejna wada dzisiejszego świata - ta cholerna anonimowość. Znamy się, bo znamy, ale może nawet nie powiem ci cześć, a może nawet nie wiem, kim jesteś - ale cię znam, żeby znać, i to jest fajne. Mam kolekcję osób, które znam i dostawię tam jeszcze ciebie - a Ty, chciałbyś być taką figurką? Kolejną, jedną z wielu, na tej samej półce z setką innych istnień, o których kolekcjoner niewiele wie? Zastanówmy się, czy faktycznie chcemy być kimś takim. Czy słowo "znać" nie straciło na znaczeniu - i zamiast niejakiego wpisywania się w czyjeś bycie, znaczy jedynie równoległe istnienie, bez żadnego oddziaływania.

Brakuje mi słońca. Wszystko jest przyjemniejsze, kiedy świeci słońce, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie Wszystkich Świętych z udziałem słońca. Uwielbiam to święto! Od zawsze moje ulubione. Wielu ludzi traktuje je jako najsmutniejsze, ale nie widzę w tym sensu. Mimo wszystko, nie widzę sensu w smutku. Jasne, że zdarza się czasem dołek mniejszy i większy - ale tak poza tym, to przecież jest bezsensowne. Dużo łatwiejsze jest życie, jeśli je doceniamy i potrafimy się cieszyć z najmniejszych rzeczy, jakie mamy. Tak właśnie uważam. Wszystko jest istotne. Każdy człowiek na ulicy, którego dziś minąłeś. Każda wypita i niewypita herbata. Każdy uśmiech i kłótnia, każda bójka i rozejm, każde zagubienie i odnalezienie. Każdy zarówno ten nastawiony, jak i ten zatrzymany zegarek. Każdy koniec. Każdy początek.
Najprościej zrozumiałam to na przecinkach (każdy przecinek jest ważny).
Bycie albo niebycie ograniczone jest naszym nie wiem czy chcesz czy nie twoja niewiedza jest ważniejsza od wiedzy bo to ona pokazuje jak wielkie masz braki i decyduje o tym czy można je jeszcze jakoś wypełnić a jeśli można to jak w jaki sposób i czy w ogóle jest sens bo jeśli nie ma sensu to właściwie po co czy jeśli tego nie naprawisz to wskaże to na bycie czy niebycie więc napraw to teraz tak właśnie w tej chwili zanim będzie za późno.
I ile prościej jest:
Bycie albo niebycie ograniczone jest naszym nie wiem, czy chcesz czy nie twoja niewiedza jest ważniejsza od wiedzy, bo to ona pokazuje jak wielkie masz braki i decyduje o tym, czy można je jeszcze jakoś wypełnić, a jeśli można, to jak w jaki sposób i czy w ogóle jest sens - bo jeśli nie ma sensu, to właściwie po co, czy jeśli tego nie naprawisz to wskaże to na bycie czy niebycie - więc napraw to teraz, tak, właśnie w tej chwili, zanim będzie za późno.
Tekst jest laniem wody na potrzeby programu. :D

Wszystko jest ważne. Musimy to zrozumieć właśnie teraz, póki jeszcze nie jest za późno. Póki nie straciliśmy wszystkiego, na czym nam zależy. Bo jeśli nie docenimy, to stracimy. Zawsze tak jest. Zawsze znajdzie się ktoś, kto doceni, kiedy my coś odrzucimy. Dla nas podarta szmatka, dla innych zbawienny skarb.
Nauczmy się chociaż tego jednego w życiu. Róbmy wszystko źle, ale nauczmy się doceniać to, co mamy. Bo mamy cholernie wiele. Czasem spotykam się z twierdzeniem "jest mało rzeczy, za które mogę dziękować" - w życiu tak nie mów! Jeśli masz dom, ojca, matkę - nawet jeśli alkoholików - to masz za co dziękować, bo milion ludzi na Ziemi nie ma nawet tego i dało by się za to zabić. Za tę odrobinkę miłości, nawet tej przepitej, którą ty gardzisz. A to przecież tylko zagubienie. Choroba na zagubienie - która swoją drogą też bierze się z nieumiejętności docenienia, jak wiele się ma... I to przez takie głupoty traci się najwięcej. Bo to nie ja straciłam Joannę, tylko Joanna mnie. I mogę mieć nadzieję, że kiedyś zatęskni, ale co wtedy zrobię? Nie wiem.

To jest w sumie najpiękniejsze w życiu - że niczego nie możemy przewidzieć. Dlatego wciąż tak wiele rzeczy nas zaskakuje, wciąż tyle spraw na nas działa. Wtedy stajemy się lepsi.


Mało mówię


Tego lata, kiedy zabili Czaszkę, skończyła się moja młodość. Odkąd pamiętam, zawsze trzymaliśmy się razem: Czaszka, Cela, Sebek i ja - ale paczka! Cela i ja - dwóch brudnych punków, Sebek - kibol z bojówek Ruchu Chorzów, no i Czaszka - on nie dawał się sklasyfikować. Nosił szmaty, które po dwóch miesiącach stawały się hitami naszej subkultury, słuchał takiej muzy o jakiej my nie mieliśmy pojęcia (oczywiście zarażał nas nią) i miał takie powodzenie u dziewczyn, jakby co rano wypijał wiadro feromonów; my tylko mogliśmy marzyć żeby na nas choć spojrzały, a on, ten brzydal, miał je w dupie!
Ale to nie te wszystkie bzdury wyróżniały Czaszkę; każdy kto kiedykolwiek o nim słyszał, to jest każdy mieszkaniec mojego pieprzonego osiedla, powie wam bez zająknięcia w trzech słowach co o wyróżniało od reszty naszego dziadowskiego tła: BYŁ CHOLERNYM SZCZĘŚCIARZEM.
Wszystko czego się podjął, kończyło się sukcesem: ten facet nigdy się nie mylił, nigdy nie spóźniał na autobus a kiedy obstawiał mecze, to zawsze trafnie. Dziwne ale nigdy nie grał w totka...
Zginął od kosy, kiedy rzucił się na dresków z sąsiedniej dzielnicy, którzy próbowali zgwałcić jego siostrę - dostał cztery razy po płucach i udławił się krwią. Ale Justynce się udało, skończyło się na złamanej ręce.
Żadnego z jego kumpli nie było tam, żeby mu pomóc; Cela siedział za kradzież miedzi, Sebek sprowadzał gablotę spod niemieckiej granicy, a ja byłem w wojsku. Nigdy sobie tego nie wybaczyliśmy, mimo że nasza "wina" jest czystą abstrakcją.
Minęło osiem lat, wydorośleliśmy na dobre; Cela porzucił dawną ksywę i zgolił łasicę ze łba - teraz jest Panem Grzegorzem i pracuje jako instruktor nauki jazdy; Sebek zainwestował w brzuch i mecze Niebieskich ogląda już tylko z kanapy przed telewizorem, zresztą to mój szwagier, więc złego słowa o nim nie powiem; Justynka zabiła się dwa lata po śmierci Czaszki - ale nie pocięła się, nie nałykała tabletek czy jeszcze czegoś, zrobiła to po męsku: powiesiła się na strychu naszej kamienicy. Jej śmierć była dla mnie katalizatorem, od tamtego czasu olałem całe to poletko, wypadłem z obiegu...
Nadal słucham punkrocka, ale sam. Piję też sam i nie wiążę się z nikim na dłużej niż miesiąc. Mało mówię, a w domu przebywam tylko wieczorami. Coraz bardziej zapominam gdzie mieszkam i wcale nie jestem ciekaw "co słychać u..." Mój numer telefonu mają tylko członkowie rodziny. Zająłem się pisaniem poezji (bardziej pasuje tu określenie "teksty") w Internecie; tam jest cicho i neutralnie. To mi pomaga.
Od czasu do czasu przypominam sobie, co powiedział mi Czaszka na trzy tygodnie przed śmiercią - to było na balandze po mojej przysiędze; Ja jak zwykle wypominałem mu te wszystkie laski, które na niego leciały i wyzywałem go z pijackim uśmiechem, jakim to nie jest farciarzem, a on w pewnym momencie obrócił się do mnie, spojrzał jakoś dziwnie i powiedział:
- Każdy fart kiedyś się kończy - a potem dodał - to miasto mnie nienawidzi. Zapamiętaj.
Zapamiętałem. Pamiętam do dziś.
Wszystko.
tekst autorstwa Półkrwistego, którego nie znam, ale tekst uwielbiam od bardzo dawna i pozwoliłam sobie go tu umieścić. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał z tym problemu, bo naprawdę warto go znać.


Low life by point9.deviantart.com


+ od dziś można mnie polubić na fejsiku; przełamałam się za pomocą ;) o tutaj ;)