niedziela, 4 marca 2012

jedeń dzień i wszystko inne

Powiem wam, że ostatnio doświadczam dziwnych rzeczy. Jestem na skraju pewnego stanu, którego nawet nie umiem nazwać. Skraj ten jest jednak na tyle ostry i trudny, że wysysa ze mnie resztki sił i pozytywnego myślenia. Dobre nastawienie staje się coraz trudniejsze i kosztuje mnie dużo więcej wysiłku niż zwykle, poszarpane nerwy nie pozwalają mi się na niczym skupić. Mówili, że nic się nie zmieni; że ludzie przychodzą i odchodzą i tak było od zawsze; a jednak to wydarzenie wbiło się we mnie na tyle solidnie, że zrobiłabym wszystko, żeby przeżyć życie jeszcze raz i w jakiś magiczny sposób temu zapobiec. Wiem, że wtedy byłabym zdrowsza, paznokcie by mnie tak nie bolały i wszystko było by łatwiejsze.

Ostatnio jednak wiele rzeczy dręczy mój mały móżdżek i odciąga jego myśli od matematyki. Zastanawia mnie silnie fakt, jak bardzo nasze życia przeplatają się; jak magicznie tworzymy wspólnotę zależnych od siebie istnień, jak wszystko mocno jest ze sobą związane - i, co najważniejsze - kiedy brakuje jednej osoby, wszystko nagle traci swoją spójność. Nie znamy ludzi dobrze, może tylko z imienia i nazwiska, może wcale ich nie lubimy, a jednak widzimy, że przyjaźnią się z kimś nam bliskim, znają się z kimś znaczącym i to napawa nas niepokojem, a z drugiej strony zadziwia, że świat jest taką siecią połączonych żyć. I każde z tych żyć jest inne; nie gorsze i nie lepsze, po prostu inne, różniące się od siebie milionem chwil i zawsze mające jakiś punkt wspólny z kimś innym. Najlepsze w życiu jest to, że jeśli jakaś osoba znika, to chwile z nią związane jednak zostają, wpisane gdzieś na zawsze w człowieku, w historii, we wszechświecie. Na szczęście życie to nie fejsbuk, gdzie kiedy usuwa się konto, usuwa się jednocześnie wszystkie wpisy, od tych najmniej miłych, po te najmilsze, które prosiło by się nawet o pozostanie.

Dziwne to dni, zlewające się bardzo, smutne i zataczające błędne koła wokół nierozwiązanych spraw; lub spraw nie do rozwiązania, nad którymi umysł jednak ciągle się głowi, co powoduje ogromne zmęczenie i wycieńczenie psychiczne. No i pretensje. A tylko tego mi właśnie trzeba. Pretensji ...


###

spójrz na mnie z drugiej strony; to łatwe
nie mam tam głowy, ogona,
też nie mam nosa, i palców,
paznokci i nogi

wyglądam zupełnie inaczej; z tej drugiej strony
jakby za murem,
papierową ścianą,
porcelanowym dzbankiem

i kiedy tam stoję; z tej drugiej strony
mosty są węższe
herbaty mniej słone
i lepsze wiersze

dni lecą różnie, po jednym jest pięć
i kolejka w sklepie
od lady po niebo:
skłon śni się po nocach
choć noce są inne, bo z tej drugiej strony
wciąż nie ma słońca

świat z wyprzedaży,
promocji w markecie,
kawę podają tu jeszcze w szklankach

piję ją rano
i coś ciągle sprawia
że nigdy nie chciałabym z tej strony wracać
4.03.2012

niedziela, 5 lutego 2012

oh people i think i need help

Tak więc po tym, jak napisałam na facebooku, że nie mam weny, trafiłam na piosenkę z pianinem, i dostałam olśniewającej chęci napisania tu. Choć może to być też zasługa niedzielnej nudy. Do tego 's' mi średnio działa na klawiaturze, więc się denerwuję, kiedy piszę, ale co mi tam. Wszystko, żeby nie robić lekcji.

/boston/

Powiem wam szczerze, że ostatnie dni i miesiące były i wciąż są nadzwyczaj ciężkie. To nie przez mrozy, ale ogólnie jakiś problem, sama nie mogę dojść do tego, jaki. Czy ze mną, czy ze środowiskiem wokół. Zastanawiałam się ostatnio nad wieloma rzeczami, wczoraj rano nawet napisałam kawałek wiersza w głowie, zaraz po obudzeniu, więc go nie pamiętam. Ale miał dużo wspólnego z autyzmem.
Często pisałam o tym jak bardzo jesteśmy uzależnieni od ludzi i jak bardzo na nas wpływają. Pisałam o tym, że każdego trzeba szanować, bo każdy jest ważny i nawet jeśli jest naszym wrogiem, to bez niego nasze życie wyglądało by inaczej. Ostatnio miałam rozkminę - że tak się wyrażę - czy faktycznie powinniśmy być wdzięczni za to wszystko, co się dzieje w naszym życiu, innym ludziom. Do czego zmierzam? Spotykamy na swojej drodze różnych ludzi. Robimy z nimi różne rzeczy, często przez ich wpływ. Żałujemy ich. A mimo wszystko mówimy - "bez tego nie byłbym tym, kim jestem teraz" - tak, to prawda. Ale czy faktycznie powinniśmy być im za to wdzięczni? No bo, przecież, gdybyśmy ich nie spotkali, może bylibyśmy lepsi? Nie żałowali tych wszystkich okropnych rzeczy, które robiliśmy sobie i innym, bo ich by po prostu nie było. Spotkalibyśmy prawdopodobnie innych ludzi, z którymi zamiast, dajmy na to, na wódkę, wychodzilibyśmy do kawiarni na herbatę. Czy zamiast mówić te oklepane słowa "bez tego nie byłbym tym, kim jestem teraz" nie powinniśmy się zastanowić, czy to, co robiliśmy, było aby na pewno właściwe? No bo może to nas ukształtowało, ale czy faktycznie pozbyliśmy się tego z naszego życia na tyle, żeby uważać się za kogoś dobrego? Czy można się wyzbyć złych rzeczy, które zrobiliśmy, czy stają się one już naszą nieodłączną częścią i nigdy się od nas nie odłączają? Zawsze są gdzieś, choćby głęboko, w naszej podświadomości, i czasem wysyłają nam impulsy spotykając przypadkowych ludzi na ulicy - "zobacz, taki byłeś". Nie da się chyba zapomnieć tego, jakimi byliśmy ludźmi, dlatego myślę, że nie mamy powodu być wdzięczni ludziom, którzy sprowadzali nas na złe drogi za to, że nas tam sprowadzili... Uważam to za lekko pozbawione sensu, bo jeśli chcemy być lepsi, to nie powinniśmy okazywać wdzięczności za żadne zło, które pojawiło się w naszym życiu, bo to się trochę gryzie. Tyle na ten temat.

Do czwartku muszę przygotować prezentację ustną na angielski na temat 'Czy sztuka zmienia nasze życie?'. Sama go wybrałam, więc powinno być lekko. Osobiście uważam, że sztuka ma ogromny wpływ na człowieka i jego życie. Dajmy na to, mamy jakiegoś bezuczuciowego palanta, który nie ma pojęcia jak wygląda obraz Mona Lisy i kto jest jego autorem. W życiu nie kieruje się żadnymi zasadami i powiedzmy, że interesuje go jedynie zabawa. Jak nauczyć takiego człowieka uczuć i czy w ogóle jest to możliwe? Czy jeżeli wetkniemy mu pod nos obraz Kandinskiego, będzie w stanie zobaczyć tam coś poza zwykłymi plamami i kreskami? Uważam, że w każdym z nas istnieje choć odrobina wrażliwości i szacunek dla pracy drugiego człowieka, dlatego często zwracamy uwagę na obrazy w miejscach publicznych. Inna sprawa, że wynika to najczęściej z tego, że albo na coś czekamy (poczekalnie), albo czekamy na kogoś (poczekalnie). ;) W każdym razie, jeśli zdobędziemy się choć raz na odwagę dostrzec w obrazie, książce, wierszu, czy innym przejawie sztuki, coś poza tym, co jest w nich oczywistego, może nas to zaciekawić na tyle, że wpłynie na nasze życie. Jeśli zobaczymy coś więcej w plamkach i kreskach Kandinskiego (np.w  moich ulubionych Małych Światach), np przejmujące rozgoryczenie, rozpacz, może złość, albo zwyczajne roztrzepanie - będziemy bardziej wyczuleni na to, by dostrzec to u innych ludzi. Jeśli sztuka potrafi wzbudzić w nas jakieś uczucia, to zostają one w nas na zawsze.
Kiedyś pisałam analizę Małych Światów. W trakcie pisania jej, uznałam ją za genialną. Teraz uważam, że ssie.

Chciałam jeszcze napomknąć o naszej przeszłości. Co robicie, żeby nie miała ona zbytniego wpływu na wasze życie? Jak zmniejszyć znaczenie przeszłości i ciągle powracające wspomnienia? Czasem żałuję, że obrazy w naszej głowie nie mają opcji zmniejszenia rozmiaru, albo nawet usunięcia. Ale czy wtedy faktycznie było by łatwiej? Czy to, co przeżyliśmy, nie jest tym, dobrze nam wszystkim znanym, bagażem, który każdy z nas musi dźwigać? Przedstawiał to jeden z odcinków How I met your mother i to była całkiem ciekawa wizualizacja tego, że wszyscy mamy jakieś trudności, które nas ograniczają. Czy faktycznie jedynym sposobem na to, by było łatwiej, jest znalezienie osoby, która pomoże nam nieść nasze bagaże? Czy my sami nie potrafimy sobie poradzić z - bądź co bądź - własnym ciężarem? Przerażałby mnie fakt, jeśli faktycznie bylibyśmy uzależnieni od innych ludzi w kwestii radzenia sobie z przeszłością. Myślę, że sami powinniśmy próbować się z tym uporać. Tylko jak zacząć? Jak z tym żyć?
Mogłabym teraz napisać na przykład "jeśli macie jakieś pomysły, dzwońcie na [tu mój boski namber] albo piszcie na [tu mój boski imejl], to wszystko na dzisiaj". Jednakże doskwiera mi ten problem od dawien dawna, i choć próbuję walczyć ze swoją przeszłością, jest ona wpisana we mnie na tyle mocno, że mam szereg uprzedzeń wychodzących właśnie z niej. Bardzo trudno sobie z tym poradzić i właśnie myślę sobie, czy faktycznie teoria walki i podboju przeszłości jest tą właściwą. Może wcale nie trzeba walczyć z przeszłością tylko trzeba przybić jej piątkę i się z nią zaprzyjaźnić...?


źródło: how i met your mother



Everyone’s got some baggage, it’s part of life. But like anything else, it’s easier when someone gives you a hand with it.
or maybe when you try to be friends with your baggage ;)

piątek, 13 stycznia 2012

trzymałam ikara za rękę

525 600 minut, 525 000 tak drogich chwil,
525 600 minut, czym mierzysz rok życia?
Dniami, zachodami słońca, nocami, kubkami kawy.
Calami, milami, radościami, smutkami.
A co z miłością? może miłością?

525 600 minut! 525 000 podróży do zaplanowania.
525 600 minut - czym można zmierzyć życie kobiety lub mężczyzny?
Prawdami, których sie nauczyła lub chwilami kiedy płakał.
Mostami, ktore spalił lub tym jak umarła.



Ludzkie życie jest strasznie kruche. Ogólnie, wszystko jest kruche. Nasze człowieczeństwo zanika dopiero tam, gdzie kończą się wszystkie emocje. A czy da się ich pozbyć? Czy da się przeżyć dzień bez zdenerwowania, dzień bez jakiegoś smutku albo radości? Chyba nie...


Dobrze, że jesteś,
bo wczoraj znowu bolało mnie serce,
a ciągle nie mam pomysłu na życie.

Musisz mi pomóc,
bo od szesnastu dni pada deszcz
i życie powoli zaczyna mi się rozmywać.

Miałem iść do dentysty, 
ale przybłąkał mi się wiersz o tobie,
no i nie mam go z kim zostawić w domu.

Dobrze, że jesteś,
bo w zeszłym tygodniu „U Fukiera”
śmierć znowu pytała o mnie szatniarza.

Dzwoniłem dzisiaj do ciebie,
ale słuchawka ugryzła mnie w rękę
i pewnie ta rana tak szybko się nie zagoi.

Musisz mi pomóc,
bo jestem zmęczony jak Bóg,
który harował przez tydzień –
i nie stworzył świata...

Jarosław Borszewicz



Ostatnio jest tak ciężko. Wszystko się zapada. Nie mam siły na nic. Wiecie, ludzie to jednak skarby. Naprawdę! Doceniajmy innych ludzi. Są krusi jak całe nasze życie, a znaczą najwięcej. Bez nich wszystko było by jeszcze bardziej bezsensowne. Wiem, że dziś ubogo. Ale pozwólcie mi wrócić do rytmu, z którego się wybiłam. Naskrobałam nawet:


na dnie morza egejskiego

lubię siedzieć przy tobie i trzymać cię za rękę
oprzeć głowę na wysokim ramieniu
i poczuć się jak ptak wysoko nad chmurami

jestem w stratosferze kiedy czuję ciepło
i pędząc trzysta kilometrów na godzinę
udowadniam że coś znaczę

nie ma nocy bez snu o lepszym świecie
przewrotu na drugi bok z nadzieją
że po otwarciu oczu szklanka będzie do połowy pełna

wszystko staje się przezroczystym cieniem
mało znaczącą kropką w nazwisku obcego człowieka
nie wymieniam drobnych bo wypadają mi z rąk

znowu tak wiele tracę i Kratos nie umie mi pomóc
więc Ikar podaje mi dłoń 
to najpiękniejsze, co mogło mi się przydarzyć

zamieniliśmy istnienie na grosze, a mury na miliony
znaczenie bycia zniknęło z Plutonem
dziś tylko para-lotnie zmierzają do raju

13.01.2012 (c)alyouidiot


Przepraszam, że ostatnio tak wychodzi. Ale ciężkie to dni, uwierzcie ;) W tych wierszach zawarłam wszystko, co mnie ostatnio trapi. No. Prawie. Miłych ferii, odezwę się niedługo i coś porozważamy :-)



sobota, 31 grudnia 2011

Stary a Nowy Rok

No siemson! Dawno nie pisałam bo się zablokowałam i jakoś nie mogę. Wszystko powoli się układa, więc może i blokady puszczą ;) Oby to się zmieniło w tym nadchodzącym roku.
Ja dziś krótko, bo mało mam czasu, a siedzę w piżamie jeszcze, a muszę sprzątnąć i się wyszykować.

Życzę wam, aby ten rok był lepszy. Rozumiecie. Żebyśmy my byli lepsi, wtedy wszystko staje się lepsze. Żebyśmy zauważali innych ludzi i żeby oni zauważali nas. Żeby nasze przyjaźnie były jeszcze piękniejsze i może... prawdziwsze? :) Żebyśmy starali się zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby uczynić każdy dzień piękniejszym. Niedługo wyjdzie słońce i wtedy będzie łatwiej, ale na razie musimy sobie jakoś radzić, prawda?
Życzę wam, żebyście może z nowym rokiem znaleźli miłość, kto jeszcze szuka :) i nam, żebyśmy pielęgnowali nasze miłości, bo każda z nich jest wyjątkowa. Życzę wszystkim, żebyście mimo trudności nigdy się nie poddawali, bo nieważne jak trudno by było, trzeba próbować. No i pomimo zacinek, starali się odblokować ;)
Życzę wam, aby 2012 był mniej bolesny i bardziej radosny, żebyśmy w końcu wszyscy docenili, ile mamy. Żebyśmy każdego ranka budzili się z uśmiechem na twarzy i świadomością, jak wiele osób nas kocha i jak wiele znaczymy na tym świecie. Że każda sekunda bez nas zmieniłaby los innych, bo tacy jesteśmy ważni. Każdy z nas, czy dobry czy zły czy niedojrzały a może nawet głupi. Każdy z nas jest kochany. Zawsze.
No i życzę wszystkim, żebyśmy przeżyli koniec świata ;))

A sobie życzę więcej czytelników i ich większej cierpliwości co do systematyczności moich postów :D

Oczywiście jeszcze pragnę wam życzyć, abyście pomimo każdej rozsypki, brali się w garść i pokazywali światu, że umiecie walczyć o swoje życia. Bo to tylko nasze życia, i tylko nasz świat, prawda? To od nas wszystko zależy. Może gdyby nie było ludzi, słońce wschodziło by i zachodziło nadal, ale czy wtedy wszystko nie było by smutniejsze? Nawet słońce zachodzi w jakimś celu. Daje nam nadzieje ponownie wstając, i upada codziennie. To straszny los, ale przynajmniej uczy nas, że z każdego upadku możemy się podnieść.
Życzę więcej wiary, więcej nadziei, więcej wrażliwości na otaczający świat i piękno, więcej zadumy i zastanowienia, więcej mądrości, więcej serca, więcej szczerości, bo nasz świat robi się coraz bardziej zakłamany. Więcej muzyki, więcej herbaty, więcej zdrowia, więcej życia, radości, uśmiechu. Więcej wszystkiego, co dobre. Mniej wszystkiego, co złe.
I nadziei, że wszystkie marzenia się spełnią. I wytrwałości w tej nadziei. To ważne.

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU - jednym wyrażeniem. :)


Czasem mam ochotę się napić i zapalić, zapomnieć o wszystkim na sekundę i poczuć się jak każdy na tym świecie. Potem sobie przypominam, jak grzeczną dziewczynką jestem, że nie piję, nie palę i nie ćpam. Że wciąż udaję, że jestem szczęśliwa, a tak naprawdę codziennie mam ochotę się stoczyć na samo dno, żeby tylko mieć świadomość, że nie można zejść niżej. A potem widzę Ciebie. Zmieniłeś się dla mnie, więc zostanę taką trochę szczęśliwie zakłamaną dziewczyną, bo mnie potrzebujesz. A ja z każdym twoim przytuleniem będę sobie uświadamiać, że wcale nie kłamię. Że po prostu jestem szczęśliwa, i to nie jest złudzenie. Że kocham cię najmocniej na świecie, bo dałeś mi nadzieję, że wszystko można zmienić. Nawet jeśli było tak okropnie źle. I chociaż wszystko prawie zwaliło nam się na głowę, trwamy. Ja, ty i czasem twoje papierosy. Ale nawet kocham ten zapach, bo kojarzy mi się tylko z tobą. Nie z nieszczęśliwym dzieciństwem i niespełnionymi ambicjami chorych ciotek. Wszystko jest dobrze, póki jesteśmy razem.






Życzy Aleksandra ! (jestem coraz starsza i wypadało by się przyzwyczaić do tej formy, która jest podobno dorosła i ukochana przez moją mamusię :D)

niedziela, 11 grudnia 2011

anielskie ratunki

 

       Joanna znowu wstała. To kolejny dzień tego beznadziejnego kręgu. Nie ma na nic siły, ale udaje, że wszystko jest w porządku. Wszyscy tak robimy, bo nie chcemy zbędnych pytań. A wieczorem siadamy na łóżku i płaczemy. Nie wiadomo, czy kieruje nami wtedy bezradność, czy zżera nas samotność, a może jesteśmy po prostu nieszczęśliwi. Trudno powiedzieć, dlatego lepiej nie mówić wcale.
       Tego dnia wszystko miało być nowe. Joanna wyszła z domu ubrana w piękną letnią sukienkę - w końcu to koniec maja. Wszystko jest tak piękne i aż chce się żyć. I może tylko to daje jej siłę wstawać.
       Wsiadła do brudnego autobusu pełnego ludzi, których już znała. Jeżdżąc autobusami cały rok niemal codziennie, poznaje się tych ludzi już dobrze. Nawet zna się trochę ich historie. Dziewczyna, obok której zwykle siadała Joanna miała bardzo bujne życie towarzyskie. Gdzieś w połowie marca, stało się coś na tyle szokującego dla tej dziewczyny, że jej życie jakby zatrzymało się - nie było już porannych telefonów od przyjaciół, ani jej śmiechu, który codziennie ozdabiał Joannie drogę do szkoły. Teraz już tego nie ma i dni są jakby bardziej szare, czegoś w nich brakuje. A ta dziewczyna pewnie nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.
Joanna długo głowiła się, co mogło się stać. Ale im dłużej nad tym myślała, tym stwarzała coraz dziwniejsze historie. A to nie miało ani trochę sensu.
Tego dnia owej dziewczyny nie było. Na jej miejscu siedział jakiś chłopak, ale Joanna nie przyglądała mu się i sprawnie usiadła obok - na swoim ulubionym miejscu. Patrzył się to na nią, to na szybę. Potem znów przed siebie, na szybę i znowu na nią. Była zmieszana i bawiąc się pierścionkiem zastanawiała się, do czego to doprowadzi. Chłopak odchylił głowę do tyłu i oparł ją o siedzenie. Spojrzał na Joannę i po kilku sekundach lekkiej walki ze sobą, powiedział:
- Ostatnie dni są nieco szare, co?
- Zdecydowanie - odparła niepewnie.
- Bardzo szare - spojrzał na szybę. Zatrzymali się na przystanku obok starej, szarej fabryki - Spójrz - szturchnął Joannę łokciem - Nowy napis.
Faktycznie. Na fabryce pojawiło się nowe graffiti. Joanna przechyliła głowę i przeczytała cicho "WE ALWAYS KILL THE ONES WE LOVE".
- Zdecydowanie - westchnął chłopak.
Joanna uśmiechnęła się.
- Zabił cię ktoś? - zapytała.
Spojrzał się i uśmiechnął. Teraz to widziała. Znajomy wyraz twarzy. To jej brat. To na pewno brat tej dziewczyny.
- Tak. A ciebie?
- Też.
- Wyczuwam ciekawą znajomość...
- Joanno.
- Joanno - powtórzył z uśmiechem - Oskar.
- Oskar - szepnęła - Miło mi cię poznać, Oskar.

        Są takie dni, kiedy potrzebujemy jedynie ciepłego uśmiechu, jakiegoś miłego gestu, krótkiej rozmowy. Potrzebujemy czegoś, co pomoże nam przetrwać wszystkie inne trudne chwile. I to był właśnie taki dzień. I to był właśnie ciepły uśmiech, miły gest i krótka rozmowa. Krótka rozmowa, której chciało się potem codziennie. A która zdarzyła się raz i potem tajemniczo zniknęła. Joanna długo głowiła się, gdzie może spotkać Oskara. Powiedział przecież "wyczuwam ciekawą znajomość" i już więcej nie wsiadł do tego autobusu. A przecież te słowa znaczą, że chciał ją jeszcze spotkać. I była zła na niego, że ich drogi skrzyżowały się tylko raz, ale jego uśmiech pozwolił jej przetrwać najtrudniejsze dni. Czyli te wszystkie inne bez niego. Miała w pamięci ciągle jego twarz i twarz tej dziewczyny. I dziwiła się każdego dnia, że ci ludzie wpisali się w nią na zawsze, a prawie w ogóle ich nie znała.

     Był już czerwiec i strasznie gorący dzień. Joanna musiała jechać do szkoły załatwić jeszcze jakieś durne formalności. Wysiadła z autobusu i chciała przechodzić przez przejście dla pieszych.
- Uważaj! - krzyknął ktoś i pociągnął ją za rękę do tyłu. Prawie wpadłaby pod samochód.
Odwróciła się szybko.
- Oskar! Oskar! - krzyknęła szczęśliwa i rzuciła mu się na szyję.
- Przepraszam - powiedziała - nie powinnam. Wkurzasz mnie. Bo znikasz na miesiąc i nagle ratujesz mi życie. To irytujące. Teraz też pewnie znikniesz. A za miesiąc? Znowu będę musiała wpaść prawie pod samochód, żeby cię spotkać?
- Prawdopodobnie tak - uśmiechnął się tylko.
- Aha - odparła i zdenerwowana udała się w kierunku szkoły.
Poszedł za nią i to zdumiło ją najbardziej.
- No za co się będziesz burmuszyć na mnie? Za to, że jestem przy tobie zawsze, kiedy mogę? - zapytał smutno.
- A czemu możesz tak rzadko?
- Ja jestem przy tobie zawsze, Joanno.
Po tych słowach zadzwonił do niego telefon i odszedł bez słowa. Honor i duma nie pozwalały Joannie iść za nim. Podreptała więc smutno do szkoły i od tamtego dnia wszystko było jeszcze bardziej szare. Jej samotne życie zmieniło się w jeszcze bardziej samotne życie. Siedemnastoletnie serduszko zabiło szybciej tylko dwa razy. I bolał Joannę fakt, że to już więcej się nie powtórzy.

       W połowie sierpnia Joanna miała urodziny. Nikt do niej nie przychodził, więc tego dnia postanowiła pojechać do Warszawy. Wsiadła do autobusu, a potem przesiadła się w pociąg. Wysiadła w centrum i zamarła. Burza. A ona przecież tak boi się burzy. Schowała się na Dworcu Centralnym. Znalazła wolną ławkę i postanowiła przeczekać.
- Czyżby ktoś tu się bał? - usłyszała znajomy głos a jej serduszko znowu zabiło nieco szybciej.
- Skąd wiesz? I co tu robisz? - pytała.
- Joanno! Jakbym mogł zostawić cię w twoje urodziny? To było by nieludzkie!
- Zawsze jesteś przy mnie, kiedy dzieje się coś złego. Dlaczego? Zjawiasz się nagle a potem znikasz. Mam tego dosyć. Albo bądź zawsze, albo wcale. W życiu nie ma bycia na pół etatu, a tym bardziej na trzy czwarte.
Oskar zasmucił się.
- Ale przecież mówiłem ci już, że jestem zawsze.
- W taki sposób być zawsze? To brzmi jak bajka a jest odczuwalne jak horror. Nie chcę takiego zawsze - krzyknęła i odeszła.

         Dwa miesiące później spotkała Oskara w centrum handlowym z tą dziewczyną. Uciekła, kiedy ich zobaczyła, zapominając o swoich przypuszczeniach.
- Joanno! - usłyszała głos za nią. I znowu serduszko przyspieszyło.
- Przestań - szeptała do serduszka i uderzała się w klatkę piersiową - Słyszysz? Przestań!
- Joanno! - Oskar dalej krzyczał biegnąc za nią.
Joanna przebiegając przez ulicę znowu nie zauważyła, tym razem ciężarówki. Oskar tego dnia nie był w stanie jej złapać, przyciągnąć do siebie jak wtedy. Z jego oczu momentalnie popłynęły łzy. Podbiegł do zakrwawionej Joanny leżącej na środku ulicy.
- I widzisz? Gdybyś tylko pozwoliła mi być po mojemu, to nic by ci nie było! Uratowałbym cię i tym razem! Widzisz? Głupia ty! Kiedy mówiłem, że jestem zawsze, nie kłamałem! Ale musiałaś mnie pokochać, prawda? Musiałaś! Jestem tylko biednym Aniołem i teraz nie mam już kogo pilnować! Joanno!
Ale jej serduszko już nie biło, chociaż Oskar był tak blisko. Nie miała pojęcia, że jej miłość tak się skończy. Nie miała pojęcia, że pokochała własnego Anioła. Bo kto dziś wierzy w Anioły? Kto wierzy, że ma kogoś przy sobie całe życie? Lubimy wpatrywać się w swoją samotność tak żałośnie łkając, i zapominamy, że nigdy nie jesteśmy sami. Nie zabijmy naszego Anioła swoją bezmyślnością i brakiem wiary. Uwierzmy, że nasza samotność jest jedynie naszym wymysłem. Usiądź tego wieczora na łóżku i zamiast płakać poczuj ciepły oddech na plecach. To twój Anioł przytula cię już na wszelki wypadek.


11.12.2011 (c) alyouidiot.




Szlachetna Paczka się skończyła. Jutro poprawa z fizyki. Trzymajcie za mnie mocno kciuki. A ja namówię na to mojego Anioła.
Ostatnio mam mało siły i zapadam się psychicznie. Ale dam radę. :) Ja bym nie dała?


 szc.deviantart.com



Odkąd cię pokochałam, moja samotność zaczyna się dwa kroki od ciebie.

niedziela, 27 listopada 2011

spadki swobodne.

nie ma cię, gdy moje życie spada w dół
nie ma cię, gdy wszystko łamie się na pół
nie ma cię i nie wiem już gdzie jesteś,
ale dobrze, że nie wiesz co u mnie,
bo pękło by ci serce...


spadki swobodne kojarzą mi się jedynie z jedynką z fizyki ... ciekawe, jak z tego wybrnę.
ostatnio wszystko przygniata mnie dość solidnie. nie mam siły na nic, zawieszam się i tkwię w dziwnej substancji życiopodobnej, choć z życiem mającej mało wspólnego.
i nie wiem, co dalej, nie wiem, jak to się potoczy. rozgryzam ostatnio samotność i wszystko wydaje mi się tak trudne... nie mam pojęcia, jak to przeżyć, a przecież jakoś muszę.
jestem autentycznie szczątkami człowieka. ale z drugiej strony nie chcę, żeby wszyscy o tym wiedzieli i traktowali mnie z litości. mogę wmawiać sobie, że jest dobrze, ale już nigdy w to nie uwierzę. chyba przestałam umieć już wierzyć, że wszystko się ułoży. bo tym razem się nie ułoży...
nie mam wątpliwości co do tego, że życie mnie najzwyczajniej w świecie przerosło. i nie potrafię tego ukryć. zryło mi to banię na tyle silnie, że mam problemy z zapamiętaniem, jaki jest dzień tygodnia.
jest ciężko. z dnia na dzień gorzej. co teraz? jak żyć?





chwila z tobą jak spadająca gwiazda
która topi się w atmosferze by zabłysnąć na sekundę
i zaraz zgasnąć

życie trąca łokciem ludzi na ulicach
nie patrzę im w twarz, choć znam ich ból
mniemam że w tę noc modlą się znowu do Uranii

na ławkach obleśni faceci umierają z samotności
ich serce kołacze a ty nie podajesz ręki,
widzisz tylko butelkę po tanim winie
jego tragedia bije cię w oczy i przez ciebie zanika w istnieniu

mijam się z celem, a moje trwanie ma kształt niewiadomy
wszystko traci znaczenie i słyszę tylko twój szept
to on mnie ratuje w te czarne wieczory
gdy mary czyhają na zamknięcie powiek

tylko ty mnie ukajasz, dzięki tobie nie czuję
że rozpadłam się na kawałki
tylko ciebie chcę przy mnie, kiedy wiem że już nic
nigdy nie będzie takie same

zapal w mojej obecności bym mogła poczuć ulgę
bym zrozumiała jak bardzo życie jest niemodne
dotykam twoich ust i jestem pewna
że to wpisało się we mnie już na zawsze
21.11.2011 (c)alyouidiot




sweethooligan-she.deviantart.com



Jeśli ktoś kogo kochasz umiera i to niespodziewanie, nie odczuwasz straty natychmiast. Tracisz tego kogoś kawałek po kawałku przez długi czas - w miarę jak przestaje do niego przychodzić poczta, jak wietrzeje zapach jego perfum na poduszce oraz ubrań w szufladzie i szafie. Stopniowo gromadzisz fragmenty, które odeszły. Właśnie wtedy nadchodzi ten dzień - ten dzień, gdy brakuje ci szczególnie jednej konkretnej cząstki i przytłacza cię uczucie, że ta osoba odeszła na zawsze, a potem nadchodzi inny dzień i odczuwasz szczególny brak czegoś innego.

środa, 16 listopada 2011

listy do edwarda

Warszawa,
10.11.2011

Drogi Edwardzie

Właśnie kończy się dzień najgorszy z tych wszystkich dni od pięciu tysięcy lat, pomijając ukrzyżowanie Chrystusa, wszystkie krucjaty i wojny światowe. Dzień, który mnie przerósł, w którym każde pięć minut trwało minut dwadzieścia.

Od początku planowałam ten dzień jako długi. W szkole średnia ilość lekcji, potem zajęcia dodatkowe i jeszcze spotkania z dobrego serca - do domu miałam wrócić około dwudziestej pierwszej. Po lekcjach poszłam z Anką do biblioteki i odrabiałyśmy razem lekcje. Lubię Ankę, bo mnie rozumie. Złapałyśmy się nawet na tym, że wybierając zdania o sobie, wybierałyśmy te same. Potem poszłyśmy na salę gimnastyczną popatrzeć, jak męczą się nasi chłopcy. Było śmiesznie, obgadywałyśmy ich nawet trochę. Dopóki nie zadzwonił telefon. Ciocia. Już wtedy byłam zdziwiona, bo prawie nigdy do mnie nie dzwoni. "My zaraz po ciebie będziemy, wyjdź przed szkołę". Zaczęłam się śmiać i tłumaczyć, że nie trzeba, bo przecież mam angielski, bo to, bo tamto... "dam ci mamę" i wtedy wiedziałam, że coś jest nie tak. Mama powiedziała jedynie, że musimy zmienić nasze plany, bo On nie żyje. Pamiętam, że na chwilę przestałam wszystko słyszeć. Dosłownie. Nie słyszałam krzyków chłopaków ani dalszych słów mamy. Poczułam, jakby ktoś nagle przycisnął "matrix" i czas na chwilę zagiął się i po prostu zatrzymał. Wszystko trwało tak wolno. Mój przeraźliwy krzyk i płacz, który odbijał się okrutnie od ścian, że nawet słyszałam echo. I zastanawiałam się jedynie czy ginie gdzieś w przestrzeni, czy dobiega gdzieś dalej, bo jednak na dole mnie słychać nie było. Ale nie umiałam się opanować. Łzy leciały same, a krzyk pozwalał przetrwać tak ogromny ból. Pakowałam w pośpiechu zeszyty chodząc to w lewo, to w prawo, bo nie do końca wiedziałam, co zrobić. Przytuliłam tylko Ankę i z płaczem próbowałam zbiec na dół. Pani sprzątaczka z przejęciem próbowała ode mnie wydobyć, co się stało. Przetrzymała mnie i dorwała mnie pani psycholog. W sumie jestem jej za to wdzięczna, bo gdyby nie ona, pakowanie butów do szafki zajęło by mi dziesięć minut. Zaszłam jeszcze na salę, żeby choć na chwilę przytulić się do niego, poczuć jego ramiona i siłę, znaleźć niewielkie ukojenie, choćby na sekundę. Poczuć ten zapach, poczuć tę skórę i zobaczyć w oczach okrutne przejęcie - i jednocześnie zdać sobie sprawę, że mówiąc mi, że jestem najważniejsza, nigdy mnie nie okłamał.

Była 15:20. Od tamtej pory dzień dłużył się niemiłosiernie. Nie wiem, Edwardzie, co kieruje nami w takich chwilach. To nie rozsądek, ale też nie przypadek. Co sprawia, że trafiamy właśnie na takich ludzi na swojej drodze, którzy służą pomocą? Tylko to wtedy miało jakieś znaczenie. Reszta jakby poszarzała, jakby wyblakła, jakby nagle się wyciszyła. Wsiadłam do samochodu i dotknęła mnie przeraźliwa cisza. 5 osób, i wszyscy milczeliśmy. Nie było sposobu, by wyrazić to wszystko, co w nas siedziało. Potem trafiliśmy do ciotki. Mama z wujkiem pojechali załatwiać formalności. Brat ugotował rosół. Uwierzysz, Edwardzie? Ten sam brat... I wtedy zaczęła się katorga. Ciocia krzątała się nerwowo po domu, układając rzeczy to tu, to tam, mając nadzieję, że jej to pomoże zatrzymać kolejne łzy, które cisnęły jej się do oczu. Pierwszy papieros. Rozglądałam się po kuchni i od czasu do czasu zagaiłam a to o dzwonki, bo ma ich przecież całą kolekcję, a to o jakieś dziwne kwiatki przy stole. Uwagę moją przykuł najbardziej śliczny storczyk i chciałam cały wieczór zapytać tyko "ciociu, czy lubisz storczyki?" ale nie wiedziałam, jak odbierze moje pytanie. Zabrakło mi odwagi, więc przy trzecim papierosie rzuciłam tylko "ładny storczyk. od kogo? ja mamie na urodziny też kupiłam storczyka. jechałam z nim na rowerze i wyglądałam jak ostatni debil". Uśmiechnęła się na chwilę i poczułam ulgę. Ale tylko na chwilę. Potem zniknęła gdzieś w dymie papierosa, może w końcu popłakać, może udać, że nie istnieje - nie wiem. Wtedy poszłam do pokoju, gdzie brat skulony pod kocem oglądał telewizję. Faktycznie tego dnia było przeraźliwie zimno, a ogrzewanie coś im szwankowało. Sam wiesz, Edwardzie, że rzadko rozmawiałam z bratem. A nasze rozmowy zwykle nie przebiegały dosyć miło. Jednak tego dnia widocznie poczuł ogromne przygnębienie. Na tyle ogromne, że pchnęło go ono do ciepłych gestów, które nigdy z nim zbyt wiele wspólnego nie miały. "Chcesz koc?" - zapytał mnie. Było mi zimno, ale odmówiłam - nie chciałam nadużywać i wykorzystywać jego nagłej przemiany - a może po prostu nie chciałam przyzwyczajać się, bo uznałam, że to chwilowe - albo podświadomie zabroniłam sobie przyzwyczajać się do czegokolwiek i kogokolwiek - bo nauczona dzisiejszym dniem, wiedziałam, że to tylko sprawia ból. 
Jednak to właśnie rozmowa z tym moim bratem, Edwardzie, pozwoliła mi choć na chwilę zapomnieć, dlaczego właściwie siedziałam wtedy tam u nich w domu, dlaczego nie byłam na dodatkowych zajęciach, gdzie być powinnam. Sam wiesz, że chodził do tego samego liceum. Zebrało mu się na wspomnienia - chyba zaczął rozmyślać o przemijaniu. Tak to jest, Edwardzie. Wystarczy jedno wydarzenie, i zmienia się wszystko. Zmienia się kolor nieba i kształt słońca. Barwy tęczy zamieniają się miejscami i nie tworzą spójnej całości. Pryzmat zamiast rozszczepiać światło, jedynie je odbija. Są takie dni, Edwardzie. 
10 listopada 2011 pani na polskim powiedziała rozważając różnice między czasem linearnym a kulistym: "W czasie kulistym wszystko się powtarza, teoretycznie. Minie rok, i znowu będzie 10 listopada, tylko będzie już zupełnie inny. Już nigdy nie będzie takiego samego 10 listopada. Bo z jednej strony wszystko się powtarza, a z drugiej wszystko przemija. Mówią, że na każdą osobę zmarłą przypada rodząca się..." I wieczorem usiadłam jedynie na krześle w pokoju, wpatrując się w jeden punkt i cholernie chciało mi się śmiać. Bo wszystko tego dnia od rana było dziwne. Wszystko jakby chciało mnie przygotować, Edwardzie, na tą całą śmierć. I pozostały jedynie wyrzuty sumienia. Bo nie byłam ani w szpitalu, ani w domu, kiedy zabierali Go do szpitala. A przecież wiedziałam, jaka jestem dla Niego ważna. I teraz nawet nie pamiętam, kiedy widziałam Go po raz ostatni. Pamiętam tylko te uśmiechy, które dawał mi każdego dnia i codzienne "ubierz się dobrze, żebyś nie przemarzła". Od tamtego dnia, kiedy Go zabrali, nikt tak do mnie nie powiedział. 
Pusto mi, Edwardzie. Na szczęście ten dzień się skończył. Jednak ta pustka już na zawsze pozostanie.





Warszawa,
12.11.2011
Drogi Edwardzie

Jednak 10 listopada nie był najtrudniejszym dniem. Każdy dzień okazał się być coraz bardziej złożony i przykry. 
11 listopada śpiewałam w kościele z moim chórem. Trzymałam się dzielnie całą mszę, dopóki nie zaczęłyśmy śpiewać pieśni na uwielbienie. /odpocznę dziś w ramionach Twych, dusza ma w Tobie będzie trwać. Kiedy fale mórz chcą porwać mnie, z Tobą wzniosę się - podniesiesz mnie/ Wtedy nie wytrzymałam. Zaczęłam płakać strasznie, Edwardzie. Wszyscy wokół mnie wiedzieli, co się stało i tylko zastanawiali się gdzieś w duchu czy ta śmierć już na zawsze zrobi ze mnie załamaną małolatę. Tylko te małe dziewczynki poczuły zdezorientowanie - bo jak to? Ty płaczesz? Zawsze śmiałaś się ze wszystkiego, a dziś płaczesz! Widzisz, Edwardzie. Wtedy czuję radość, bo jeśli moje codzienne uśmiechy i styl życia wpisały się w kogoś, to znaczy, że mam jakieś znaczenie. I to może dla więcej niż jednej osoby. Tak naprawdę nie wiem, ile dla kogo znaczę, ale ileś znaczę na pewno. 

12 listopad okazał się dniem najtrudniejszym. Tak, to był dzień pogrzebu, Edwardzie. Od rana nie wiedziałam, co mam robić. Wszystko było takie beznadziejne. Najpierw pojechaliśmy z najbliższą rodziną do kaplicy. To bardzo przykre, widzieć niektórych tak rzadko, a jeśli już ich widzieć - to płaczących... Tak trudno było mi wytrzymać - z zimna i przygnębienia. Tępo przygryzałam kurtkę, żeby nie rozpłakać się, żeby udawać jakiegoś twardziela. Usiadłam koło brata, ale kiedy zobaczyłam, że ten stary, niewrażliwy byk, płacze - to ja też zaczęłam płakać. I nic nie widziałam. Podłoga i sufit stanowiły dla mnie jedność, a czarna kurtka brata z moją białą czapką w ogóle nie kontrastowała. 
Potem już pojechaliśmy do kościoła. Nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie tak wiele ludzi. Było mi tak ciężko. Wdzięczna im byłam, sam wiesz, Edwardzie, za obecność. Choć większości nie znałam, nawet nie bardzo wiedziałam, kto jest rodziną, a kto nie. Ale wtedy to nie było dla mnie ważne. Widziałam tylko wzrok księdza, który zawsze widział mnie roześmianą albo zbulwersowaną i w pewnym momencie ujrzałam tylko przejęcie i zastanowienie, może nawet minę "aha, więc to tak wygląda, kiedy płacze. Bo jednak płacze". Nie płakałam dużo. Dopiero na sam koniec, kiedy rozbrzmiała ta nieszczęsna pieśń. Kiedy usłyszałam, jak wiele ludzi ją śpiewa - wymiękłam. I siedziałam tylko i płakałam, bo co innego miałam zrobić, Edwardzie? Był dla mnie jak Ojciec, przecież wiesz. To On był dla mnie autorytetem i wzorem mężczyzny. To On mnie przytulał, kiedy bałam się burzy. I tego dnia, kiedy słyszałam w tle /Anielski orszak niech twą duszę przyjmie, uniesie z ziemi ku wyżynom nieba/, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę teraz mój strach nie odnajdzie ukojenia. Nie odnajdzie stabilnych ramion i kpiącego śmiechu "ale czego ty się boisz, przecież cię nie strzeli!". Właściwie mój strach już niczego nie odnajdzie. Bo jedyne, co go potrafiło stłumić, zniknęło. Teraz zostały tylko tabletki, ale dobrze, że na razie nie ma lata. Sam wiesz, Edwardzie, jak bardzo boję się burz.
Kiedy przeszliśmy na cmentarz w procesji, zrobiło mi się jeszcze bardziej smutno. Bo to ostatni raz, kiedy jest gdzieś blisko. Ostatnie chwile, kiedy mogę Go jeszcze czuć. 
Pamiętam te okrutne obrazy. Zasypywanie trumny i wsadzanie drewnianego krzyża z imieniem, nazwiskiem i tą nieszczęsną datą 10 listopada 2011 roku. Nie umiem o tym zapomnieć, Edwardzie. Wiem, że może jest jeszcze zbyt wcześnie, ale to wyryło w mojej psychice ogromną szramę. Taką, która już nigdy się nie zagoi. Której nic nie ukoi. Która na razie z dnia na dzień się pogłębia, którą potęguje przeokrutna tęsknota. Są takie dni, Edwardzie, że właściwie wszystko staje się dołujące. Wszystko zachowuje się tak, jakby tylko chciało zepchnąć cię na samo dno. Nigdy się nie daj, Edwardzie. Nigdy.



Warszawa, 
14.11.2011
Drogi Edwardzie

To był pierwszy dzień w szkole po tym wszystkim. Nie wiedziałam, jak się zachować. Czułam się tak okropnie zagubiona. W autobusie tłamsiłam myśli muzyką, żeby tylko zgasić je na chwilę, zatrzymać, bo nie dawały mi spokoju. Te okrutne obrazy przesuwały mi się przed oczami kolejny raz. Wychwytywałam z każdej rozmowy jedynie "śmierć", "umarł", "zginę". Byłam totalnie załamana i przygnębiona. Do tego tak fatalnie się czułam. Odpuściłam sobie zajęcia dodatkowe i wróciłam wcześniej do domu. Tego dnia jednak najbardziej potrzebowałam przytulenia. I dał mi to. Nie potrzebowałam rozmów, nie chciałam ich nawet. Każde słowo męczyło mnie i wymagało ode mnie cholernie ogromnego wysiłku. Gubiłam się w odpowiedziach na pytania, nawet szukanie iksów i igreków stało się najbardziej skomplikowaną rzeczą pod słońcem. Ale nie pytałam dlaczego, nie miałam pretensji do nikogo, za to co się stało. To niczyja wina, Edwardzie. Tylko to wiem z tego wszystkiego. 
Siedziałam w szkole siedem godzin. I potrzebowałam tylko jednego zapachu, tylko jednego dotyku i tylko jednego uśmiechu. Wiedziałam, że tylko to mnie może ocalić. Wtulenie się w jedynie stabilną dla mnie podporę - jego ramiona. Ja, sam wiesz, jestem zawsze rozchwiana. A on zawsze stały - trzyma mnie i dzięki niemu się nie rozpadam. Dziwią się nam chyba, że niby tacy różni jesteśmy, więc jak my się w ogóle dogadujemy. Ale to właśnie w jego, tyle większych od moich dłoniach, czuję się tak bezpiecznie. To przytulając się właśnie do niego, a nie do kogoś innego, czuję się taka ważna. To on nadał mi nowe znaczenie i to on sprawił, że nie rozleciałam się pod wpływem tego wszystkiego, że wciąż trwam i jestem, i tylko on, jego miłość i miłość moich przyjaciół trzyma mnie przy życiu - jest dla mnie takim respiratorem, kiedy tak ciężko mi oddychać. I to nawet nie dlatego, że mam zatkany nos. Ale dlatego, że wszystko mnie przygniotło. A oni jakby takimi niewidzialnymi łapkami trzymają to nade mną i sprawiają, że ciężar jest mniejszy. Że wszystko jest do wytrzymania. Tak właśnie, Edwardzie. Są tacy ludzie. I są takie dni, kiedy w końcu zaczynamy to rozumieć. Że jest ktoś, kto wstaje rano i myśli właśnie o Tobie. Że każdego dnia przed snem zastanawia się, czy ty też śpisz. Że kiedy jest Ci zimno pyta ciągle "chcesz bluzę?" i za każdą odpowiedzią "nie", przytula coraz mocniej. Że jest ktoś, kto przynajmniej raz w tygodniu powie Ci, jak bardzo jesteś dla niego ważny. Że jest ktoś, kto w najmniej spodziewanym momencie powie, że kocha. Kto opieprzy Cię, kiedy na to zasługujesz. I nigdy nie miej mu za złe, bo nawet jeśli na Ciebie krzyczy, to dlatego, że chce Ci pomóc. 
Dostrzegam nawet pewną analogię w mojej miłości i miłości Ligii do Winicjusza.

Wszystko ma jakieś znaczenie, Edwardzie. Wierzę, że ta śmierć nie odbiera mi mojego znaczenia. Że ta pustka nie stłamsi mnie tak bardzo. Że to wszystko ma czemuś służyć. Wierzę w to, bo tylko tak mogę nadać temu sens. Że ta śmierć nie pójdzie na marne. Że czegoś nauczy, może czegoś w końcu pozbawi, od czegoś uwolni. Jest mi trudno, Edwardzie. I każdego dnia coraz ciężej mi wstać. Ale wciąż pamiętam, że mam dla kogo. Nie uporam się z tym z dnia na dzień. Długo jeszcze będę wpatrywać się czasem nawet pięć minut w jeden punkt. Długo jeszcze będę bała się zasnąć. Długo jeszcze będę płakać. Długo jeszcze każdego wieczora będę myśleć patrząc w babcine okno i zapaloną lampkę "nawet ona boi się zasnąć" - nigdy nie paliła lampki. Wszystko stało się trudne i przerastające, ale, Edwardzie, powiedz mi, bo znasz mnie tyle czasu. Czy ja kiedyś nie dałam rady? Teraz w moim życiu jest ważny już tylko jeden mężczyzna. Czy uważasz, że powinien przejąć część Jego obowiązków? Ciekawe, ile ze mną wytrzyma. Tak bardzo chciałabym, żeby to trwało jak najdłużej. Tak bardzo chciałabym kochać już na zawsze.

PS. Ostatnio jechałam autobusem do szkoły i wpadł do niego motyl. Uśmiechnęłam się i chwilę potem mi gdzieś zniknął. Widzisz, Edwardzie? Wszystko znika. Ziemia zatacza od tysięcy lat błędne koło wokół Słońca, tak naprawdę nigdzie nie docierając - zna tę trasę, ale jednak dalej dzielnie ją przemierza. Tak więc jest zima, a potem zaraz wiosna. Są lata i jesienie, i liście spadają, a potem znowu odradzają się. 
Te tygodnie będą trudne, bo łatwo liczyć czas. I w czwartek stanę pod salą gimnastyczną i powiem "to było tydzień temu". A wciąż w to nie wierzę. Nie myślę o tym, nie doszło to jeszcze do mnie. Dla mnie wyjechał tylko na leczenie do szpitala. Tak, Edwardzie, jestem idiotką. Bo wciąż czekam, aż wróci.

Twoja Joanna



YessiGoesMessy.deviantart.com


Śmierć jest minimum. Minimum wszystkiego. Podczas tych godzin, gdy jesteś tak blisko drugiej osoby, z dwojga niemal stajecie się jednym... Minimum... Miłość jest śmiercią: śmiercią odrębności, śmiercią dystansu, śmiercią czasu. W trzymaniu się z dziewczyną za ręce najpiękniejsze jest to, że po chwili zapominasz, która ręka jest Twoja. Zapominasz, że są dwie, nie jedna.
- Johnatan Caroll

Nie wiedziałem Maleństwa już dosyć długi czas i jeśli go dzisiaj nie zobaczę, to ten czas będzie jeszcze dłuższy.
- Kubuś Puchatek