niedziela, 10 lutego 2013

it's time to say something different than obvious goodbye

get high, hit the floor before you go
matador, estocada, you're my blood sport

oh, something good tonight will make me forget about you for now

forty-eight thousand seats bleats and roars for my memories of you,
now that i'm fully clean the matador is no more and is dragged from view


Cóż mogę powiedzieć, moja matematyka znowu mnie złudnie zawiodła... Orzeszkowa może okazać się moim największym koszmarem, choć byłam przekonana, że znam dużo gorsze. Zamykam oczy w niedzielę i budzę się w poniedziałek, którego od nowa nienawidzę...
Coś się w nas zmienia... Nieopisane, nie? Przychodzi jeden dzień i podobno budzimy się innymi ludźmi. A może to tylko zły dzień, albo nie... Czekaj... Dorastamy.

Im lepiej jest w środku, tym gorzej na zewnątrz. Jeśli coś układa się na zewnątrz... Sypiemy się w środku. Dziwna to zależność i niezrozumiała dla mnie. Bla, wypłukałam się. Tak dobrze znam to uczucie i tak strasznie go nie cierpię... Co można czuć innego? Gonić całe życie za idealną miłością, żeby okazało się jedynie, że twoje ideały już dawno zostały powieszone na szubienicy. Być może jeszcze w średniowieczu... Stykam się tak boleśnie i codziennie z miłością i wydaje mi się, że nie ma jej dla mnie.

Motyle na mojej firance potraciły skrzydła i wyglądają jak po tęczowej wojnie. Tęcze to też swoją drogą ciekawe zjawiska. Czym dla was jest tęcza? Bo ja się trochę nad tym czasem zastanawiam. Burza, deszcz, takie to dosyć mało przyjemne stwory. A potem jest tęcza, siedem pięknych i żywych kolorów w niesamowitym zgięciu. To chyba coś więcej niż tylko łuk, rozszczepienie światła czy jakieś tam inne duperele. Zawsze się mimowolnie wtedy uśmiecham, cały strach związany z burzą ulatuje, nie ma już ciemnych chmur. Coś pięknego, a ja tak dawno nie widziałam tęczy... Motyli swoją drogą też nie, ale mam ich od groma w swoim pokoju.

Oh, jak strasznie mi ostatnio wszystko jedno... Wiem, że nie można uciekać, ale tak strasznie chciało by się czasem uciec. Przytulić się do ciepłego słonia albo innej żyrafy.
I deszczu mi się chce, mimo tych tęczy. Jakoś tak lepiej mi się śpi, jak pada. Tak przyjemnie kropelki się o dach obijają i można sobie nucić piosenki o miłości...

give me love like her
'cause lately I've been waking up alone 

maybe tonight i'll call ya, after my blood turns into alcohol

give a little time to me, or burn this out
we'll play hide and seek to turn this around
and all i want is the taste that your lips allow 

 

Czy umiecie się żegnać? Co należy powiedzieć, na pożegnanie? "Do widzenia" oznacza, że jeszcze się kiedyś zobaczymy... "Żegnaj" majestatyczne, niegrzeczne... Smutne i melancholijne, kojarzące się z romansami i dramatami amerykańskiego wytworu. "Bywaj zdrów" to takie nieegoistyczne, prawda? Żegnamy się, ale 'bywaj zdrów' ... Nie ma chyba dobrego pożegnania. Bo co to właściwie znaczy: żegnać się? Umierać? Nie. Chociaż chyba, jak się z kimś żegnamy, to umiera w nas jakaś cząstka. Ale przecież nikt nie da nam gwarancji, że nie spotkamy się jeszcze kiedyś... Kiedyś, na przykład, "przypadkiem" ... Przypadkiem... Na ulicy.


Głupio się przyznać, ale czasem tańczę, jak wracam do domu... Tak o... na ulicy sobie tańczę. Walca na przykład. Chociaż... Ja przecież nie umiem tańczyć walca... Ale tańczę, o. I nawet psy mnie wtedy nie atakują. A jak sobie idę i nie tańczę, to szczekają na mnie. A fajnie tak jest. Tańczyć. Kałuże wtedy omija się miło, albo miło się w nie wpada. No, ale wiecie już o mnie... Że lubię sobie... Potańczyć, jak wracam do domu. Tak, o... Na ulicy.

środa, 23 stycznia 2013

friends?


Ostatnio znowu rządzą "przypadki". Cóż za przygnębiające uczucie, czuć się tak trwożliwie bezradnym...
Nie wiem, co jest pięknego w tych dniach, które nas tak dobitnie zabijają...Wstać, zjeść, wyjść, odbębnić, wrócić, zjeść, iść spać. Coś nieprawdopodobnie nudnego...
A jednak. A jednak jest coś pięknego i w takich dniach, jak te.

Jak wiecie, jestem świetnym myślicielem i dużo myślę. Zaiste.
Ostatnio zastanawiałam się nad tym, jak bardzo siebie nie znamy. Czasem myślę sobie o ludziach, których widuję codziennie i rozmawiam z nimi w głowie. W pewnym momencie, popadam w impas.
Jaki kolor lubisz i jak na imię ma twoja siostra? Przecież o takich oczywistych rzeczach się nie rozmawia... Głupia jesteś, czy co? Pytać o ulubiony kolor?... Niedorzeczne...
Mówimy, że się znamy, a nic o sobie nie wiemy... Cóż jest bardziej niedorzeczne: pytać czy nie wiedzieć takich oczywistych rzeczy?
Po co tam pytać, jak na fejsie można wszystko sprawdzić...
Cywilizacja odbiera nam człowieczeństwo; tak naprawdę. Przestajemy ze sobą rozmawiać, tylko ze sobą piszemy, przestajemy siebie pytać, tylko sprawdzamy informacje na forach i portalach... Zaciera się gdzieś to nasze być i żyć między naszym istnieć i pobywać.
Pobyć można na chwilę, a potem zniknąć. A w życiu nie da się istnieć na chwilę. Jest się, albo się nie ma. Pojawiasz się i znikasz, nikt nie ma z tego powodu na twym punkcie bzika, mogę cię zapewnić. Za późno to do mnie dotarło, może do was dotrze na czas.
Byłam od zawsze przyzwyczajona do nie-bycia i do bycia, o dziwo też byłam przyzwyczajona do bycia jedynie na pół etatu, ale nigdy o tym nie myślałam w tych kategoriach. Było to dla mnie naturalne, dlatego może teraz tak nie boli.
Boli mnie tylko strach, że zgubię to, kim się stałam i wrócę do tego, kim byłam. I wszystko stracę.


gitarowe solo na dwa


w moich oknach przepłakane noce
nie grają roli w scenariuszach allena ale
może sąsiadka gienka ta ludwikówiczowa co to
z adamem mieszkała dziesięć lat ale on wolał
mariolę
ona wie więcej i o mnie i o tobie

może nasze dialogi piszą za zasłonami kurtynami
codziennego teatru w śródmiejskim zgiełku i podupadłej
wsi której nie opłaca się ratować po co
komu pieniądze...

dam ci na chleb ty kupisz wódkę a ludzie
wciąż umierają na raka
rysujemy mechanicznie linie zapobiegając kolejnym
nieszczęśliwym przepustkom do nieba

dotkniesz mojego czoła narysujesz znaki znane
przez wieki i znamiona nasze na chwilę staną
się jednością
to wszystko bez znaczenia bo
ja już jestem zerem i nie mogę cię odjąć

co za zła ironia i fatalne przeznaczenie że
jestem twoim edypem a ty moją izabelą
ja już nie chcę i nie pragnę

wybacz mi dzisiejsze słońce i że wciąż zamieniam
dni jak mi popadnie ale nie mogę skupić
w sobie światła

zatapiam się w cichych promieniach czystego dźwięku
kiedy mój kot stara się naśladować hendrixa
a pies zawodzi santanę
23.01.2013 alyouidiot

Mam wiele marzeń ale od dzisiaj moim największym jest was bardzo dokładnie poznać.
Może chcecie się czymś podzielić...? Ulubionym kolorem, albo jak wolicie wiązać krawat? Bez znaczenia...

środa, 16 stycznia 2013

LIST 1: THINGS TO DO

Pierwszy pościk w nowym roku.
Nie wiem, jak zabrać się do rzeczy, które mam zrobić. Tak dużo tego jest, a tak mało się chce.
Oglądam filmy, ostatnio nawet czytam książki, siedzę na facebooku tylko chwilę, piję herbatę jak zawsze i zastanawiam się, co się zmieniło. Ściany te same, ludzie ci sami, tylko jakoś... inaczej. Pusto.

Chcą wycofać produkcję jedno i dwugroszówek. Czy wyobrażacie sobie życie bez takich dwóch małych monet? Bez poczucia, że można na chodniku znaleźć szczęście tuż przed ważnym egzaminem?
Kilka tygodni temu, w przeciągu paru dni, znalazłam ze trzy jednogroszówki. Każda z nich wpadała w moje ręce tuż przed jakimś ważnym wydarzeniem. To trochę śmieszne i przesądne, ale człowiek czuje się od razu jakoś tak magicznie pokrzepiony tylko dlatego, że znalazł 1 grosz... Warty tak naprawdę 4 grosze.

Wybiła 21:05, w głośnikach The Antlers śpiewają mi, że nie chcą miłości (I don't want love), a ja siedzę od piętnastu minut i próbuję sklecić coś sensownego, co absolutnie wymyka mi się z ram jakiegokolwiek sensu...
Potęguje to we mnie wrażenie, że wszystko wypada nam z rąk i absolutnie już niczego na tym świecie nie można nazwać kontrolowanym. Wojny, zamieszki, konflikty. Wszystko na naszych oczach a my czytamy Stephena Kinga albo Paulo Coelho, oglądamy Batmana mając nadzieję, że istnieje naprawdę i uratuje nie tylko Gotham, ale też nasz nędzny światek... Tak krucho ze sobą połączeni, odczuwamy wewnętrzny strach i niepokój, że nic nie możemy na to poradzić - więc wszyscy, jak na zmowę, nic nie robimy... Po cóż to. No i cóż można zrobić? Nic. Tak bardzo nic nie można zrobić.
Okrutne poczucie bezradności przytłacza nas z dnia na dzień. Nie da się zmienić polityki, bo cała jest idiotycznie durna. Nie da się zmienić porządku świata, bo rządzi nim pieniądz. Nie da się wprowadzić pokoju, bo najwyraźniej na wojnach da się zbić interes. Wszystko o dupę można potłuc.

Fajnie jest, więc siedzimy dalej. Za oknem pada tylko śnieg.
A za innymi oknami rozgrywają się sceny ostatnich chwil czyjegoś życia.
Strasznie mnie to przytłoczyło ostatnimi czasy i jakoś zżera resztki moich sił.

"Czasami chciał ją zapytać wprost, ale nie umiał zacząć. Jak powinien zadać pytanie? Czy dosłownie: skoro jesteś taka szczęśliwa, to dlaczego ze mną sypiasz? Ale gdybym ją o to zapytał, na pewno by się rozpłakała, pomyślał.
I tak często płakała. Bardzo cicho i długo. W większości przypadków sama nie bardzo wiedziała dlaczego."
Haruki Murakami


Zastanawialiście się kiedyś, co jest wyznacznikiem szczęścia? Co sprawia, że możemy powiedzieć "jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi", skoro na pewno nie znamy pozostałych 7 miliardów ludzi?
Co trzeba zrobić, żeby być szczęśliwym?
Czy jest jakaś recepta?
Jakiś szczególny wyznacznik, którą drogą iść, by dostać szczęście...?
Gdzież-by-tam... Czasem zdaje mi się, że szczęście jest tylko iluzją, którą sobie sami wytwarzamy, żeby poczuć się na chwilę lepiej. Mówimy potem: szczęście nie trwa wiecznie, jest wręcz nieporównywalnie krótkie ze smutkiem i nieszczęściem. Czasem trwa tylko jedną sekundę.
Ale za to poczucie, że choć przez chwilę dotknęło nas szczęście, jesteśmy gotowi okłamywać samych siebie i wmawiać sobie, że może istnieć coś takiego jak idealny stan. Bo przecież, żeby coś istniało, nie musi być stałe ani widoczne.
Nie udowodnię wam, że szczęścia nie ma, tak samo jak wy nie udowodnicie mi, że istnieje.
Według mnie, osiągamy jedynie stan smukłej radości, i tak w dość skąpym wydaniu.
Trudno powiedzieć, że jest się szczęśliwym, kiedy świat umiera w smutku.
Tak właśnie sobie dziś pomyślałam, jak wracałam do domu autobusem i wysłałam SMS-a, którego nigdy nie powinnam była wysyłać.

Zastanawiam się, czy więźniowie, których uwalniają z kajdan, czują coś w rodzaju tęsknoty za nimi? Może pewną bezradność, bo co teraz zrobić... z wolnością?


ten pokój

tęsknię za czymś
gonię za czymś
czego wcale nie mogę mieć
- czwarta część
seryjnego samobójstwa

w motłochu popłochu przygaszonego
bicia uderzenia rozdrażnienia
lewej pięści i prawej w pięknym otoczeniu
tętnic

a życie tętni
bębni palcami o stół i wybija
rytmy czaczy albo ósma trzydzieści
pozostały trzy minuty do godziny zero

czekam na coś
pospieszam wskazówki wciąż późnią się na zawołanie
tego spod dwunastki

nie wiem kim jesteś nie umiem cię dotknąć
znam tylko twoje dwie jeden
i odgryź mi wargi, wypal oczy a uszy oddaj niewinnym talibom

oni grają nasze sekwencje na granicach Kandaharu
a ja już nic nie chcę czuć
niczego pragnąć
osiągam stan najwyższego dur i rozbijam się o własne dno

assalam alaykum*
16.01.2013 (c) alyouidiot

* w języku paszto (jednym z urzędowych języków Afganistanu, błędnie zwany afgańskim) "pokój wam".



KyraTeppelin.deviantart.com


niedziela, 23 grudnia 2012

my big coincidence.

tell me if you love someone.
sure.

Hej ho!
Nie było mnie tu dawno, bo badałam przypadkowość życia. Wiele osób próbowało niejednokrotnie mnie przekonać, że przypadki nie istnieją, ale ostatnie dni udowodniły mi bardzo silnie, że wszystko jest sobie przeznaczone. Ma cel, ma przyczynę.
Czasem trudno nawet mi było w to wszystko wierzyć. Kiedy w jednym momencie życia każdy jego element zdaje się zmówić przeciwko człowiekowi, nie wiadomo, co zrobić. Mogło by się uciec, bo tak jest najprościej. Udowodnić sobie, że można z czegoś zrezygnować i pokazać innym, że jest się na tyle silnym, by funkcjonować bez czegoś, co zdawało się być całym naszym światem.
Potem się okazuje, że są inne wyjścia.
Trochę za późno.

Miniona noc przytłoczyła cię bardzo, coś czuję. Nie mogłeś usnąć, może się bałeś. Może ktoś siedział ci silnie w głowie, bo sobie go wmówiłeś. Może brakowało ci za oknem widoku Pasa Oriona. A może po prostu wszystko było zbyt idealne i dlatego też nie mogłeś zmrużyć oka. Łzy napływają do oczu czy chcesz, czy nie. Jesteś bezsilny, bo ktoś jest chory, a ktoś inny ma cię w dupie. Załamujesz ręce, kiedy widzisz, że twoi bliscy cierpią i udajesz, że jest w porządku. Nigdy nie było. Tak naprawdę nie pamiętasz dnia, w którym wszystko było w porządku...
Co boli bardziej, bezczynność czy bezradność - nie wiem. Każde bez wyzwala u ciebie lęk. A on cię paraliżuje. I nie możesz już nic. Już tak zupełnie nic nie możesz zrobić. Czekasz więc, co wydarzy się jeszcze. Jak rozwiną się wydarzenia, bo może wszystko ułoży się samo. Ponoć czasem się układa, tak mówią ludzie. 
Co robisz potem? Wstajesz rano jak gdyby nigdy nic, jakby ta noc była najpiękniejszą z wszystkich nocy, a może była tą okrutną i najbardziej srogą. Uśmiechasz się przyjaźnie, żeby nikogo nie skrzywdzić, albo nie zarazić swoim pechem czy smutkiem. A może nawet nieszczęściem.
Umiesz odpowiedzieć sobie na to pytanie? Czy jesteś szczęśliwym człowiekiem? Często mówimy, że nie. Ale przecież wszystko mamy. Dom. Rodzinę. Ubrania. Samochód. Komputer. Empetrójkę. Albumy, meble, piec, ciepłą wodę. Jedzenie! Widzisz, słyszysz, czujesz, znasz smaki.
Co sprawia więc że jesteś bardziej nieszczęśliwy niż ten niewidomy pan, który mieszka na przeciwko ciebie? Niż ta kobieta z mieszkania piętro niżej, która nie może już sama chodzić? Co uprawnia cię do tego, żeby narzekać na swoje istnienie, kiedy tyle innych żyć ograniczonych jest właśnie przez bez-coś? Brak-czegoś?
Ah, jacy ci ludzie potrafią być szczęśliwi. Jak trudno jest im czasem narzekać na coś. Powiedzieć, że czegoś im brak, chociaż nie mogą usłyszeć dźwięku pianina, skrzypiec ani głosu Adele. Chociaż nigdy nie widzieli motyla, a ich oczami staje się wyobraźnia. Chociaż nie mogą powiedzieć ani słowa na swoją obronę. Chociaż nigdy nie prosili cię o nic, chociaż masz tysiąc razy więcej.
Ale wciąż jesteś bardziej nieszczęśliwy.
Bo może brakuje ci miłości. Może przyjaciół. Może rodzina przytłacza cię na tyle silnie, że nie umiesz się z nikim dogadać. Może ktoś zabrał ci coś, co tak bardzo kochałeś. Może ktoś odszedł, choć mógł być przy tobie cały czas. Może ktoś podjął decyzję, która nie była wcale po twojej myśli. Czy to czyni ją złą? Czy ta decyzja naprawdę tak bardzo wpłynęła na twoje życie, że nie potrafisz normalnie funkcjonować? Że wmawiasz sobie, że jesteś zły? Nikt nie jest zły.
Niektórzy są po prostu psychicznie chorzy.

Gdzie w tym wszystkim przypadek, a ile w tym przeznaczenia? Odpowiedz sobie sam. Znowu uważasz, że bredzę. Że nie jesteśmy wcale pokoleniem samolubów i egoistów. Że przecież tyle dajemy siebie innym. Że tak często się czymś dzielimy. Jesteśmy dobrymi ludźmi!
Oczywiście, że jesteśmy dobrymi ludźmi. Wszyscy, co do joty. Tylko gdzieś czasem się zakopujemy. Gdzieś się gubimy. Coś sprawia, że nie potrafimy się odnaleźć.
Mhm. Przypadek... Oczywiście, że przypadek ;)
Bo niby kto by miał tym wszystkim kierować i wytyczać temu cele? Bez sensu... To wszystko przypadek. Przypadek na pewno. Przypadek...



5:30
Budzik.
Nie, jeszcze trochę.
5:34
Wstaję. Nie wyrobię się.
Idę do łazienki.
Myję się.
Ubieram.
Nie jem, nie mogę.
Czeszę włosy. Długo. Lubię moje włosy.
6:40
Wychodzę z domu.
Drepcę powolnie na autobus. Może lepiej było by się dzisiaj spóźnić.
6:56
Autobus.
Wchodzę równie powolnie. Siadam na wolnym miejscu obok jakiegoś mężczyzny.
Czuję.
Pił z rana.

7:54
Jestem w Warszawie.
Gdzie ta cholerna ulica?
Błądzę.
Tyle razy. Na nic.

8:40
Zero minut spóźnienia.

-         Dzień dobry – burczę.
-         Dzień dobry! – krzyczy miła rejestratorka – Pani znowu u nas!
-         Znowu – znowu burczę.
-         Dzisiaj mamy lekkie opóźnienie.
-         Z samego rana? Opóźnienie?
-         Jedna maszyna się zepsuła, ale wejdzie pani za piętnaście minut! Proszę wygodnie usiąść i poczekać! Tu są pani dokumenty – podaje mi je.
Uśmiecha się.
Próbuję też, ale nie potrafię.
Siadam w poczekalni. Pusto.
8:50
Dosiada się do mnie chłopak.
Upośledzony.
-         Dzień dobry – mówi nieśmiało.
Uśmiecham się. (!)
-         Jesteś sam? – pytam.
-         Mama zaraz...
Otwierają się drzwi.
Ogromny facet czyta moje nazwisko.
Pieprzeni technicy.
-         Pani już u nas miała badania?
Przecież widzi na karcie.
Idiota.
-         Nie – odpowiadam.
-         Widzę, że trzymają się pani żarty – uśmiecha się serdecznie.
-         Nie – odpowiadam znowu.
Otwiera szatnie.
-         Niech pani tu zostawi rzeczy i je zamknie.
Kiwam głową. Rozumiem.
Rozbieram się, zostawiam rzeczy, zamykam szatnię. Oddaję mu kluczyk.
Otwiera drzwi. Widzę białą trumnę.
-         Proszę się położyć – komunikuje.
Przecież wiem, co mam robić.
-         Robiła to pani setki razy, niech się pani tak nie denerwuje.
-         Nie denerwuję.
-         Tylko co?
-         Spokojna jestem. Bardzo.
Idiota.
Kładę się, a on trochę mnie tam przypina. Zakłada słuchawki na uszy, do ręki daje przycisk.
-         Gdyby coś było...
-         Wiem – przerywam i zamykam oczy.
Wychodzi.
Wsuwają mnie do środka. Głowa zostaje na zewnątrz.
Słyszę pierwszy hurgot. Przytłumiony.
Widzę licznik.
2:50 17 mm.
Hsdajigruys sdhfduyds i w kółko te dźwięki. Coraz głośniej.
Wszystko zaczyna drżeć.
Słuchawki spadają.
Teraz słyszę wyraźnie.
KJDJHD i JKAFGHAS i potem znowu KJAFGHDDKJFJH. Nie umiem tego znieść.
Pęka mi głowa.
0:23
Prawie koniec. Ale to dopiero początek.
Dziesięć sekwencji.
Widzę sufit i lampy. Wszystko białe. I dalej słyszę hurgot. Równomierny. Zabija mnie. Zabija we mnie wszystko.
Próbuję myśleć o czymś innym. Nie porusz się tylko, nie porusz.
Zamykam oczy, i co. Nic. Biało.
I dalej słyszę hurgot. Równomierny. Zabija mnie. Zabija we mnie nawet myśli.
Dziewiąta sekwencja 21mm, 2:17.
Zamykam oczy i otwieram na zmianę. Wciąż biało, biało, biało.
Cisza.
Otwiera drzwi, wysuwa mnie i zdejmuje mi przypięcia. Zabiera słuchawki.
-         Wyniki będą jutro – oznajmia.
-         Dziękuję. Miłego dnia – mówię i wychodzę.
Otwieram szatnię, ubieram się z powrotem, wychodzę znowu do poczekalni. Zakładam kurtkę i mam nadzieję nigdy więcej tam nie wracać. Ale mówię przecież:
Do widzenia! – tej serdecznej pani. Tak burczałam to może teraz...

Believe me: From little things big things grow ;)

Oczywiście życzę najpiękniejszych świąt, jakich tylko można życzyć, o jakich można tylko pomarzyć!
Oraz żeby przyszły rok okazał się szczęśliwszy:) Bo wiecie, tak naprawdę - mamy wszystko.



poniedziałek, 26 listopada 2012

kochanie, jesteś ze mną, przy mnie każdego dnia.


pamiętasz te noce
morskich bitew niestoczone pola
wypełzaliśmy rankiem o smaku
świeżej herbaty

mogłam chodzić spać milion razy
i budzić się dwa miliony
liczyć siedem ich na niebie
i mieć wrażenie
oswojenie
przywłaszczenie mojego istnienia
innym podmiotom, nie przedmiotom

mogę być czyjaś znowu
ale nie na sekundę
gdzie mój byt i twoje bycie
przecina się nie raz nie dwa

mogłabym leżeć codziennie na stole
podając na talerzach Twoje myśli

Tylko uśmiechnij się do mnie,
bo taki piękny dzisiaj dzień.

26.11.2012
Kochanie, jesteś ze mną, przy mnie każdego dnia.


Cóż za cudowny dzień!
Słońce!
Tyle uśmiechu mogło by być codziennie. Nie tylko tego znanego, ale i obcego. Każdego uśmiechu chcę więcej! Więcej!


Ostatnio porzuciłam sprawy przeznaczenia dla wyższych celów i chyba mi się to opłaciło. W każdym razie, dalej naiwnie w nie wierzę, haha. 

Darling, you're with me, always around me!
Darling, I feel you under my body.
Give me shelter, or show me heart.
Come on love, come on love,
Watch me fall apart, watch me fall apart...


Miłość jest ko­tem. Przychodzi, kiedy ma na to ochotę. Nie py­tając o zda­nie siada na ko­la­nach i og­rze­wa cię samą swoją obec­nością. Ma pa­zu­ry, ale i tak wiesz, że faj­nie jest mieć ko­ta.
-John Planty

Nie wiem już sama, czym jest miłość! Czy w ogóle jest! Jak o dużo łatwiej wierzyć, że jednak istnieje, że to, co się przeżyło, nie było ani fikcją, ani bajką. Lecz jeśli to były miłości, to cóż przed nami? Szkoda myśleć! Szkoda gadać! Dzisiaj jedyne, co nasuwa mi się na myśl, to - Taki piękny dzisiaj dzień! I że, na przykład, cały czas się uśmiecham. W końcu bez powodu! 

Spójrz trochę dalej, podnieś głowę i uśmiechnij się, nawet jeśli za oknem jest zawierucha! H.Jackson Brown napisał kiedyś, że każdego dnia powinniśmy uśmiechnąć się przynajmniej raz do nieznajomego, bo być może nasz uśmiech jest jedynym słońcem, które on spotka tego dnia. Czyż to nie są wpaniałe słowa na motto?

Today, give a stranger one of your smiles. It might be the only sunshine he sees all day.



Trzymajcie się ciepło i być może zawitam tu wkrótce z jakimiś moimi super-życiowymi rozkminami! :)

sobota, 3 listopada 2012

touching the sky; that's not my limit



3 listopada to 307. dzień roku, w latach przestępnych 308. Do końca roku pozostało 58 dni.
W 1656 roku tego dnia, Polska i Rosja zawarły antyszwedzki rozejm w Niemieży.
W 1918 roku tego dnia odbyła się nieudana próba zamachu stanu w Polsce.
W 1984 roku odbył się pogrzeb księdza Jerzego Popiełuszki, a w 2005 roku Klan jako pierwszy z polskich seriali osiągnął liczbę odcinków równą 1000.


A w 1994 roku 3 listopada było całkowite zaćmienie Słońca widoczne nad Ameryką Południową, Atlantykiem i południową Afryką...



Co to zmienia dzisiaj, nie wiem. Wiem jedynie, że na pewno ma wpływ na teraźniejszość. Może nawet na pogodę... Nasze życia wciąż się przeplatają i nie umiem powiedzieć, co z tego wynika. Wiem, że nas zmienia.
Często zapominamy, jakimi byliśmy ludźmi. Może dlatego, że nie chcemy pamiętać lub po prostu to nie było istotne. Co więc staje się istotne? Ten moment, który nas zmienia? Czy dopiero ten, który następuje po zmianie? Co świadczy o tym, kim jesteśmy? To co robiliśmy czy to, co robimy teraz?
Czy przypadkiem na nasze jestestwo nie składa się też przeszłość, a nie jedynie to, z czym obnosimy się aktualnie? Myślę, że nie warto maskować i zakopywać przeszłości ani zmian. Wydaje mi się, że o tym, kim jesteśmy, świadczy właśnie nasza zmiana. Czy była ona na lepsze czy na gorsze. Czy byliśmy w stanie wybrnąć z trudnych sytuacji, czy sprawiliśmy, że stały się one jeszcze bardziej nie do zniesienia. Czy wstając codziennie z łóżka potrafiliśmy cieszyć się kolejnym dniem, czy narzekaliśmy, że w ogóle się obudziliśmy. Czy idąc ulicą potrafiliśmy zauważyć innych ludzi i uśmiechnąć się do nich, czy kiedy nas popchnęli, wyklęliśmy ich jedynie dlatego, że mieliśmy zły dzień.
Ci obcy nam ludzie, często oddaleni kilkaset kilometrów od nas, mogą mieć na nas ogromny wpływ, mogą mieć dla nas ogromne znaczenie. Ich pasje mogą stać się twoją inspiracją, w ich spojrzeniu możesz odnaleźć wenę, po ich ruchach możesz ocenić swoją wartość. Najwięksi artyści nie stworzyliby niczego bez innych ludzi. Wszystkie największe dzieła biorą się z samotności tudzież opuszczenia (spowodowanych nie inaczej, jak przez ludzi!), nieudanych bądź istnie wspaniałych miłości (do innych ludzi!), trudnych lub niezmiernie wytrwałych przyjaźni (z innymi ludźmi!) i tak dalyj... Ci inni ludzie zawsze dają nam impuls do jakiejś pracy, do jakiegoś działania, nadają nam jakieś znaczenie. Zauważają w nas cechy i zachowania, o których my nawet nie wiemy.



Na­tura miewa kap­ry­sy i ana­logie. Mo­tyle is­tnieją także w rodza­ju ludzkim: piękna bar­wa, la­tanie nad po­wie­rzchnią życia, kar­mienie się słodycza­mi, bez których giną - oto ich zajęcie. A ty, ro­baku, nur­tuj ziemię i prze­rabiaj ją na grunt zdol­ny do siewu. Oni ba­wia się, ty pra­cuj; dla nich is­tnieje wol­na przes­trzeń i światło, a ty ciesz się jed­nym tyl­ko przy­wile­jem: zras­ta­nia się, jeżeli roz­dep­cze cię ktoś nieuważny. 
                                                                 - Bolesław Prus




Kilka razy się już zrosłam, ale czasami nie daję rady. A ty?

piątek, 19 października 2012

destiny, thou art a heartless bitch.



Wiem, że gdziekolwiek jestem, cokolwiek robię, ten księżyc będzie takich samych rozmiarów jak Twój.
                                                                            - Dear John 



     Nie wiem, czy wierzycie w przeznaczenie. Dla mnie do niedawna była to smutna bajka, w którą zawsze uwielbiałam wierzyć. Ludzie pytają - dlaczego? Nie wolisz mieć poczucia, że to wszystko leży w twoich rękach i zależy właśnie od ciebie?
    Pytanie, czy faktycznie potrzebujemy obciążać się taką odpowiedzialnością. Odpowiadamy za to co mówimy i robimy, ale czy to jest przypadkowe... Cóż, nigdy niczego nie nazwałabym przypadkiem, ani tego uśmiechu, który spotkał cię dziś w autobusie ani "przypadkowego" dotyku w kolejce w sklepie. Są takie rzeczy, które odciskają na nas niezwykłe piętno, niezwykle dokładnie zapadają nam w pamięć. Im więcej rzeczy jesteś w stanie zapamiętać, tym lepiej odnajdziesz i przede wszystkim zrozumiesz swoje przeznaczenie (jeśli tak jak ja, naiwnie w nie wierzysz). 
Długo się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że często właśnie mówimy: "gdyby nie to, nie byłbym takim samym człowiekiem" - czy to nie jest kwestia wiary w przeznaczenie? Przecież wyraźnie tu wierzymy, że to, co się stało, choćby nie wiem jak było złe, było nam przeznaczone! Było nam dane, żebyśmy coś zrozumieli! Jednak mimo wszystko, częściej wypieramy się przeznaczenia, bacznie mianując się panami własnego losu... 
Według mnie, jesteśmy bardzo mali w tym naszym losie, bardzo bezsilni i często niepoukładani. Wierzymy, że możemy coś zmienić, ale nie wiemy, jak to zrobić, więc nie zmieniamy. Życie często - czy chcemy, czy nie - decyduje za nas, a my żyjemy trochę tak jakby z boku, trochę mniej ważni, chociaż codziennie budzimy się w tej samej skórze i robimy dokładnie te same rzeczy. Nie ma się co oszukiwać - kiedy jesteśmy mali, jak młode listki na drzewie, trzymamy się mocno życia jak cennej rzeczy. Z upływem czasu żółciejemy, potem robimy się pomarańczowi tylko po to, żeby stać się czerwonymi, by za chwilę zbrązowieć, uschnąć i spaść. Odczepić się od życia, bo to przecież naturalne, i dawać miotać sobą to na lewo, to na prawo. Potem lądujemy w nieznanym nam miejscu, nie wiemy dlaczego i jak to się stało, bo przecież jeszcze na wiosnę mieliśmy wszystko pod kontrolą... 
Poczucie kontroli gubi bardziej niż jej brak. Kiedy spostrzegłam, że przeznaczenie może być faktem, a nie wymysłem, kiedy zaczęłam wszystko ze sobą łączyć, każdego dnia budziłam się prawie szczęśliwa. Czemu prawie, no cóż... Pewnie to kwestia wypełnienia swojego przeznaczenia. Ale, przecież! Jeśli to przeznaczenie, to samo się wypełni! Prawda? Więc po co się martwić, zerkać w puste kierunki i oczekiwać cudów. Przestań myśleć, poczuj się na chwilę nieobciążony, szczęśliwy. Któregoś dnia obudzimy się wszyscy i nastanie dzień naszego przeznaczenia. Kto wie, może spotkamy się wtedy na przystanku i powiesz mi: "Przypominasz mi taką poetkę... Wiesz... Ona zawsze mówiła, że dni są piękne. Spójrz! Taki piękny dzisiaj dzień!"... A ja, cóż. Spojrzę na ciebie, uśmiechnę się i staniemy razem pod jedną parasolką...



    Wiesz, w co jeszcze lubię wierzyć? Że kiedy stoję na dworze w gwieździstą noc i szukam Oriona, Syriusza i śmieję się z Księżyca, to gdzieś na Ziemi jest człowiek, który robi właśnie to samo. Albo kiedy jadę autobusem i widzę wschód słońca, ktoś budzi się właśnie i odsłaniając zasłony, widzi to samo, co ja. Nie zdajemy sobie sprawy, jak strasznie ze sobą wszyscy jesteśmy połączeni. Jak niezwykle jesteśmy od siebie zależni. Jak od tego, czy ty masz dziś dobry dzień, zależy moje szczęście.
    Bo ty i ja, jesteśmy sobie przeznaczeni.



Przeszłość gdzieś się zaczęła, ale już się skończyła. Przyszłość zacznie się właśnie za chwilę. A to twoje "teraz", to, którym żyjesz, trwa tylko ułamek sekundy. Nie zdążysz wziąć nawet oddechu, a mówisz, że żyjesz chwilą. Żyjesz tym, co jest ci dane. Tą sekundą, która właśnie minęła. Teraźniejszość tak na dobrą sprawę nie istnieje, ale istniejesz Ty, zamknięty między przeszłością a przyszłością z wyborami, które w końcowym efekcie okażą się i tak bez znaczenia...
 
 
 na dobry weekend - Polska złota jesień!

Miłego weekendu!