piątek, 8 stycznia 2016

niebo

niebo

czuję chłód
i brak Twoich ramion

podrażniasz moje zmysły
filiżanką kawy
goździkiem w herbacie
uśmiechem gdy dobieram powietrza
między pocałunkami 

cały dzień tęsknota pożera mój umysł
uparcie bronię się jawą
tu nie palimy tu nie ma papierosa;
przerwa w nauce odliczania
(jak w ogóle można się skupić)

trzymasz mocno za rękę
do którego nieba trafimy?
czy razem?

7/01/2016

wtorek, 1 grudnia 2015

Zapach La Varsovie

Hej!
Dawno tu nie zaglądałam.

16 grudnia 2014 zapostowałam tu Opowieść o niepoliczalnych twarzach (<klik).
Dzisiaj, prawie rok później, postanowiłam zdradzić wam, jak zmienił się bohater tamtej opowieści.








Zapach La Varsovie (Opowieści część druga)



                Lekko wieje mi od ściany, ale to nic takiego. Co jakiś czas słyszę, jak po torach poruszają się podmiejskie pociągi. Gdzieś w okolicach 18:30 jedzie S3, zaraz po niej nadjeżdża KM i tak w kółko. Potem Pendolino i jakieś Intercity, gdzieś na drugi koniec Polski.
                Czasem się zastanawiam, kto jedzie w tych pociągach, które słyszę. Czy może ktoś znajomy? Może ktoś ze studiów wraca właśnie do domu.
                Minął rok i wszystko strasznie bezczelnie się zmieniło. Nawet nie wiem dlaczego; co zahartowało mnie tak mocno i pozwoliło dać sobie odpocząć? Wróciłem do Warszawy pod koniec września. Zmieniłem lokum, ale nie myślałem, że polubię to miasto. Byłem przekonany, że nic się nie zmieni, że każdego dnia będę karmił się nienawiścią do tego miejsca i do tych ludzi, a teraz już sam się pogubiłem. Przestałem rozmyślać nad tym, jak okropnie samotnie się tu czuję, jak bardzo zżera mnie sama idea takiego wielkiego miasta, jak bardzo przerasta mnie ten tłum, w który codziennie przenikam i który codziennie ze mnie coś zdziera. Nie umiałem tego wytłumaczyć, dlaczego tak nagle zupełnie przestało mi to przeszkadzać i nawet to polubiłem. Czasem myślę sobie właśnie, że jestem samotny, że zupełnie nic nie znaczę. Chce mi się płakać i w myślach marzę, żeby ktoś mnie przytulił. Potem wchodzę do pociągu metra o godzinie 7:40 i mam dosyć przytulania na najbliższe dziesięć lat.
                Wtedy nie zadzwoniłem do Marty, ale ona zadzwoniła do mnie kilka razy i strasznie tego żałowałem. Koniec końców złamała mi serce, a ja się załamałem. Po długim, wakacyjnym procesie leczenia, potraktowałem powrót do Warszawy jako re-terapię i sprawdzenie własnych sił.  Martę widywałem dosyć często i pogardliwie mieszałem ją z błotem moim pełnym nienawiści spojrzeniem. Choć trudno nazwać to uczucie, którym ją darzę, nienawiścią. Raczej to ogólna niechęć za wbicie noża w plecy, za pokrojenie serca na kawałki, za dekoloryzację tęczówki na czarno-biały kolor, za usunięcie błysku z oka; za to, kurwa, wszystko; za to, że mnie tak okrutnie zmatowiła.
                Co jakiś czas w moich dniach przewijała się ubrana w śmieszną czapkę dziewczyna. Czasem widywałem ją w metrze, czasami gdzieś na Pradze. Kiedyś spotkałem ją w Parku Skaryszewskim, jak zbierała ze swoją koleżanką liście. Uciekała przed wiewiórką, krzyczała namiętnie „Lena, odejdź od niej! Odejdź od tej wiewiórki, wiewiórki przenoszą wściekliznę!”. Jej koleżanka śmiała się głośno, a ja uśmiechałem się do siebie pod nosem widząc, jak w oczach wszystkich dzieci wokół narasta panika. Bo jak takie ładne, małe zwierzątko może komuś zrobić krzywdę?
Lubiłem patrzeć na te dziewczynę. Miała w sobie coś przyciągającego. Czasem łapałem jej spojrzenie w metrze, ale szybko się peszyła, tak jak ja zresztą. Niekiedy liczyłem, ile jest w stanie wytrzymać patrząc mi w oczy, ale to nawet nie trwało dwóch sekund. Emanowało od niej ciepło, nieprzejednana radość; w jej ukradkiem podejrzanych oczach widziałem zrozumienie; czułem, że ona zupełnie tak jak ja zmieniła zdanie, że ona teraz też kocha to miasto.
                Tak jak wcześniej, mijałem ludzi: gdzieś w metrze, w tramwajach, w autobusach, ale już nie widziałem znajomych twarzy. Już nie tęskniłem tak mocno za tym, żeby spotkać kogoś znajomego na chodniku. Doceniłem to, że mogę bez namysłu tańczyć na ulicy; że mogę śpiewać w głos, kiedy jestem pijany; że nikt nie oceni mnie źle, kiedy założę dwie różne skarpetki. Zacząłem doceniać obojętność innych, zacząłem też budować swoją. Swoją twierdzę obojętności; to nic złego, myślałem. W głębi zawsze będzie cię to wszystko dotykać, tłamsić i obchodzić. Ale tylko w głębi. Nie musisz płakać całymi dniami, nie musisz pokazywać ludziom swojej frustracji, niezadowolenia, swojej nienawiści i w ogóle jakiegoś swojego niepojętego nieszczęścia; ale strasznie późno to zrozumiałem. Że zamęczałem ludzi sobą, swoją niepoprawną wizją tego świata, który nigdy nie będzie taki, jak tego chcę; nigdy po prostu taki nie będzie. Że ludzie może i żyją dla siebie wzajemnie, ale głównie chyba jednak żyją dla siebie samych; po to, żeby poznać zapach imbiru, smak grzanego wina, dotyk zimnej dłoni gdzieś w rozdwojonym świecie chorych wyobraźni. Zrozumiałem, że za dużo oczekiwałem od tego miejsca, że chciałem, żeby stało się moim domem, a ono wyraźnie się przed tym broniło. Nie chciało mnie przyjąć na swoje łono, nie chciało przyznać się do mnie tym mocniej, im mocniej nim gardziłem. Teraz przechadzam się ulicami Pragi i czuję ten zapach, którego nigdzie indziej na świecie wiem, że nie poczuję. Zapach zmęczonego asfaltu, zapach strudzonych ludzi, zapach świeżych bułek z piekarni na rogu, kebaba obok, spalin z jadących po dwupasmowej ulicy samochodów. Wszystko wymieszane ze sobą; tworzące perfumy z serii La Varsovie jakiegoś podziemnego aktorzyny.
                I jeszcze parę miesięcy temu, stałem w tym samym miejscu i gardziłem tymi ludźmi, którzy mówili, że polubię to miasto, którzy przekonywali, żebym dał Warszawie jeszcze jedną szansę. I coś uderzyło mnie nagle w potylicę, potknąłem się na chodniku i wszystko było w porządku. Świat nie stanął w miejscu, choć trochę zwariował, a ja już czuję się lepiej. Może nie ma już Marty, może rzadko jestem w domu, ale w końcu zaczynam żyć sam ze sobą i jakoś mi to nawet wychodzi. Zbieram kasztany jesienią, a teraz powoli zaczynam przeklinać zbliżającą się zimę, bo nowe lokum trochę niedogrzane.
                Zamykam oczy i czasem przenoszę się z powrotem do mojego ciasnego, zielonego pokoju, w którym rozpętałem wojnę z samym sobą. Widzę, jak woda drży mi w szklance przez autobus, który właśnie przejeżdża pod blokiem. Widzę, jak walczę z oknem, które po prostu się nie domyka, a ja nie chcę słyszeć szumu tych pierdolonych aut. Widzę, jak przeklinam, kiedy znowu  staję w korku, bo zamknięty Łazienkowski i płacz, i zgrzytanie zębów.
                I nagle stoję tutaj, w tym samym mieście, w podobnym miejscu, o podobnej porze. Woda czasem drży mi w szklance, ale tym razem przez pociągi. Już nie walczę z oknem, bo spokojnie się domyka, ale czasem uchylam je, żeby posłuchać szumu drzew i stukotu torów. Nie stoję już w korkach, bo Łazienkowski otwarty i nie ma co płakać.
                Prędzej czy później znajdziemy się w takim punkcie, kiedy wszystko nam będzie jedno, ale to nic złego. Potem zawsze przychodzi punkt zwrotny i znowu coś jest istotne. Ludzie się zmieniają, miejsca też. Im bardziej kochasz miejsce, w którym jesteś, tym ono bardziej oddaje ci tę miłość; może przejawiać się to różnie – czasem to zielone światło od razu po podejściu do przejścia dla pieszych, a czasem to bezpieczny powrót do domu nad ranem tramwajem pełnym bezdomnych ludzi – w którym usypiasz z bezsilności, ale budzisz się cały i nieokradziony.
Będą ci wmawiać, że tracisz przyjaciół, ale przyjaciół się nie traci i oni zawsze rozumieją okresy przejściowe. Może częściej tracisz czas, ale coś przecież trzeba stracić; może kiedyś stracę głowę – ale to jeszcze nie dziś. Choć im dłużej o tym myślę, tym bardziej chciałbym stracić te głowę właśnie teraz. Właśnie tutaj. W tym mieście. Wypełnić je nowymi wspomnieniami, zapomnieć o niefortunnych wydarzeniach zeszłego roku.
                Zakładam moje zamszowe buty i dzisiaj zupełnie nie przeszkadza mi, że wdeptuję w świeżą kałużę. Spadł pierwszy śnieg. I może nie jestem niepowtarzalną jednostką; może w życiu chodzi o to, żeby być powtarzalnym i codziennie robić mniej więcej to samo, ale żeby każdemu dniu umieć nadać inny sens i inne znaczenie. I chociaż w ostatecznym rozrachunku to zupełnie bez znaczenia, jaki był ten twój dzisiejszy dzień, kiedyś poczujesz ten sam zapach przyniesiony gdzieś przez wiatr i to nasunie ci jakieś wspomnienie. Stwórz je dobrze.
Mówię poważnie.
Nie dla mnie, dla siebie.

Twórz je dobrze.




Will you see me in the lights
standing really, really bright?

Someone said we're not good enough
Some people never understand

Will you give me one more chance?

sobota, 5 września 2015

#Własne: niepytana/decyzje


Hej!
Dzielę się skrobką!




niepytana

połyskują mi włosy na słońcu
a oczy błyszczą w ciemności
opleciona twoim ramieniem
uciekam w takt ukrytych melodii

coś ciągle gra mi w głowie
czuję się jak na karuzeli
ginąc w twoich głębokich oczach

może prawda nas zaboli
obetrze z marzeń
milcząc możemy opowiadać sobie
nieskończone historie
nieprawdopodobnych zdarzeń

coś przecina mnie na wskroś
nie mogę przestać pytać o ciebie
eter, ślę w eter

ale nikt nie odpowie,
nikt, zupełnie nikt,
nikt nie odpowiada.

2/9/2015




***



decyzje

spekulacje - otwarte całą dobę
po chodnikach chodzą cudze myśli
zbierają drobne na wodę,
wódę - wszystko jedno

(tu robię sobie przerwę na piwo,
dokładnie tutaj,
po prawo - w tym lokalu)

nadzwyczaj dziś gorąco
choć ziemia wystygła i depczę 
po głębokich depresjach zmęczonych
sąsiadów

na nic więcej mnie nie stać,
tylko uśmiech mogę kupić za te grosze
plączące się w tylnej kieszeni

może to wystarczy na odkupienie win
na zamazanie grzechów
na bilet

koniecznie w jedną stronę
koniecznie w tę drugą
na którą kompletnie
nie mam odwagi

co zrobiłaś z moją głową
pozwól zdjąć tę smycz
(w tym miejscu dopijam już trzecie)

5/9/2015



you're still surprising me by drinking so much.

sobota, 13 czerwca 2015

#Własne: Nowa warszawa



nowa warszawa

tyle miejsc w tej warszawie
smutnej i brzydkiej
przesiąknęło na wylot tobą

i co ja mam niby zrobić
nie wiem, minąć obojętnie
czy wygodnie się w nich rozsiąść
wypełnić nowymi wspomnieniami

mogę cię pytać czy będą lepsze
bez ciebie
ale  ty mi przecież
nie odpowiesz
bo ja ci przecież już
nie odpowiadam

13/06/2015

poniedziałek, 1 czerwca 2015

#Własne: To nie rozmowa


to nie rozmowa


co byś powiedział
na herbatę, gdzieś na mieście
za którąś szybą z widokiem na pośpiech

albo...
na spacer w przygraniczne miejsca
przechodzenie w stany innej świadomości

a co byś powiedział
gdybym złapała cię za rękę
nieśmiało i lekko

(może odcisnęłoby się to w tobie na zawsze?)

a na cichego buziaka,
gdzieś w policzek i pod blokiem,
co byś powiedział?

a może... o, wiem!
a co byś powiedział...
na...
halo?

dlaczego nic nie mówisz?

/1.06.2015/

piątek, 29 maja 2015

#Niespodziewane: Johnny!

Spróbuj zrozumieć Raskolnikowa, Johnny!


Opowiem wam najsmutniejszą historię, jaką znam.
                Mój przyjaciel, nazwijmy go Johnny, ma w życiu strasznego pecha. Wiecie, każdy z nas zna taką osobę, którą zawsze napadają, której zawsze coś kradną, która zawsze coś gubi, z czegoś spada, pod coś wpada i tak dalsze. Johnny żałował, że żyje praktycznie od dnia, w którym się urodził.
                W jego mieszkaniu unosił się zapach znoszonych ubrań wymieszany z zapachem co tygodniowego prania. Misz-masz dla nosa, człowiek od momentu przekroczenia progu kawalerki Johnnego wchodził jednocześnie w zupełnie inny świat. Potęgował to nie tylko dziwny zapach w niej panujący, ale także całe to jej przepełnienie, a jednocześnie bezdenna pustka. W dużym pokoju stało pojedyncze łóżko, które ledwo trzymało się całości, przykryte ładną, białą narzutką. Nad łóżkiem wisiała tona zdjęć poprzyczepiana do ściany w jakiś magiczny, niewidoczny dla oka sposób. Na zdjęciach było niemalże całe życie Johnnego w chwilach szczęścia, czyli de facto bardzo niewielka część jego życia. Jakieś wspomnienia licealne z Krakowa, jakieś wycieczki w góry i nad morze, wszędzie uśmiechnięty – jak zawsze. Często zastanawiałem się, jak to możliwe, że Johnny tak często się uśmiecha, że zwykle jest wesoły i nie przejmuje się ani swoim pechem, ani nieszczęściami, jakie mu się non stop przydarzają. Nie umiem odkryć w nim tego fenomenalnego mechanizmu, który pozwala zamienić mu każdą swoją porażkę w najszczerszy uśmiech. Zastanawiam się, czy wypracował to w sobie na fali swoich przeżyć czy po prostu się z tym urodził, jakby natura chciała mu wynagrodzić ten jego niesforny los. I nie wiem tego do dzisiaj, a znamy się trochę.
                Obok łóżka stała niewielka szafa, w której Johnny przechowywał swoje ubrania. Przy ścianie naprzeciwko łóżka stało biurko, na biurku znowu jakieś ramki ze zdjęciami, na jednym z nich nawet jest ze mną. Przy biurku krzesełko, po prawej stronie biurka niewielki regalik na książki. A tam przekrój najróżniejszych książek. I na jednej półeczce stoi tylko jedna. W najładniejszym wydaniu świata. Zbrodnia i kara. Po rosyjsku. Świętość dla Johnnego.
                Zaraz obok jego pokoju była mała kuchnia, zawsze czysta, w większości drewniana lecz dosyć nowoczesna.
                Poznaliśmy się z Johnnym na studiach. Moja dobra kumpela z liceum poszła na SGH i ciągała mnie ze sobą na wszystkie imprezy. Ja, student UW, byłem zwykle traktowany pobłażliwie przez esgieszków, ale potem do tego przywykłem i nawet zaczęły śmieszyć mnie te docinki o McDonaldsie. W każdym razie, Kasia kiedyś poprosiła mnie, żebym poszedł z nią na imprezę gdzieś na Gocław – mówię: czemu nie. Znałem tam już parę osób, więc przywitały mnie żartobliwe komentarze. W rogu pokoju, oparty o ścianę, stał chłopak w moim wieku (wtedy mieliśmy dwadzieścia lat). Miał na sobie czarne, lekko przetarte (chyba ze zużycia) spodnie i jakąś koszulę w kratę (z tego, co pamiętam, jakaś taka czarno-czerwona). Miał wtedy niesforną burzę ciemnych, niemalże czarnych loków, które dodawały jego osobie niesamowitej niewinności. Jego twarz zawsze przepełniał uśmiech, radość lub jakieś ułamki i permutacje tych obydwu. Kiedy się śmiał, w kącikach oczu formowały mu się kurze łapki. Kasia określała to jako „takie słodkie”.  Miał skórę niemowlaka, oczy wielkie, brązowe. Karnacje ciemniejszą. Był dosyć chudy i bardzo wysoki. Taki Johnny.
                Stał wtedy sam, z nikim nie rozmawiał, tylko rozglądał się po mieszkaniu i uśmiechał się do każdego. Kasia gdzieś poszła, ja nie miałem nawet z kim pogadać. Podszedłem do niego i zapytałem:
¾     Co ty, stary, przyjaciół nie masz?
Popatrzył na mnie, uśmiech na jego twarzy zrobił się jeszcze szerszy.
¾     A myślisz, że czemu jestem taki szczęśliwy? – odpowiedział, po czym podał mi rękę i powiedział:
¾     Jonasz. Ale mów mi Johnny, ok?
¾     OK. Daniel.
¾     Oh, jak Powter. Mam nadzieję, że u ciebie dziś nie na fali jest Bad Day?
¾     Nie – zaśmiałem się.
¾     To dobrze. Ja mam zawsze Bad Day – uśmiechnął się do mnie serdecznie i zatrząsł swoimi bujnymi lokami.
Jakieś tam pitu-pitu o studiach, o laskach, o muzyce, kinie, świecie. Okazało się, że jesteśmy bardzo podobni, więc szybko się zaprzyjaźniliśmy. Potem to już byliśmy nierozłączni, Daniel&Johnny Inc.  Wtedy myślałem, że żartował, ale on autentycznie zawsze miał zły dzień. Zawsze przytrafiło się coś złego.
No i raz, stało się coś dziwnego. To było gdzieś w środku drugiego roku, znaliśmy się już trochę. Spotykaliśmy się codziennie wieczorem w barze oddalonym równo o 2 km od mojego mieszkania i od mieszkania Johnnego. Albo jedliśmy, albo piliśmy piwko, cokolwiek, w każdym razie, niemalże codziennie Johnny zdawał mi raport ze swoich dziennych nieszczęść.  To była środa, 11 lutego, pamiętam jak dziś. Mróz był z dwudziestostopniowy, śniegu od groma. Wpada zmachany do baru, cały mokry i ośnieżony, z czerwonym nosem i bordowymi dłońmi.
¾     Stary! Nie uwierzysz, co się stało! – krzyczy przejęty i macha rękami. Siada w końcu naprzeciwko mnie, zamawia herbatę i mówi:
¾     Poznałem dziewczynę!
Zakrztusiłem się swoją herbatą.
¾     No i co?
¾     Obczaj sytuację. Dzisiaj nie przytrafiło mi się nic złego, nic pechowego, po prostu nic. Miałem milion okazji, żeby się pośliznąć na tym jebanym lodzie, miałem milion okazji, żeby wpaść na kogoś, ale nic, rozumiesz? Tylko poznałem ją. A-nie-li-ca biała…
¾     Anielica biała? – zaśmiałem się psychodelicznie.
¾     Mówię ci, Powter. To mój przełom. Od dziś mój pech zostaje zażegnany!
¾     We’ll see – odparłem sceptycznie i wysłuchałem opowieści o poznaniu niejakiej Anieli (stąd ta Anielica Biała…).
Poznali się w esgiehowskim barze, Hadesie tak zwanym. Stali w kolejce i ona zagaiła do niego, czy może oddać jej ten ostatni jogurt w kolorze pomarańczowym w zamian za ten czerwony, bo ona czerwonych nie lubi, bo są kwaśne. Zamienił się, bo jemu wszystko jedno; to człowiek, który je absolutnie wszystko. Usiedli razem i rozmawiali prawie godzinę. Wymienili się telefonami i tak zaczęła się ich znajomość.            
                Znacie pewnie ten stan. Johnny mówił potem już tylko o niej. I paradoksalnie przestały przydarzać mu się pechowe rzeczy. Chciało się powiedzieć, że dobra passa do niego wróciła, a właściwie pojawiła się w jego życiu po raz pierwszy. Krzyczał codziennie, że świat jest piękny, recytował fragmenty Gałczyńskiego, że chmurki, i humorki, że nawet jeśli gubi parasolki, że kocham cię jak wrony na śniegu. Naprawdę to wszystko wyglądało dobrze, Aniela okazała się być naprawdę fajną dziewczyną, szybko wkręciła się w nasze towarzystwo. Johnny był nią kompletnie zajęty, zapomniał o uczelni, narobił sobie takiego syfu, ale on z wielu rzeczy potrafił wybrnąć, więc stwierdził, że i z tym sobie poradzi. Aniela stała się całym jego światem. To było na swój sposób urocze i wydawało się, że Johnny stał się całym światem też dla Anieli.
Jakoś pod koniec kwietnia, Johnny dostał wyniki większości swoich kolokwiów i stwierdził, że „jest w czarnej dupie”  i nie wie, jak zaliczy ten semestr. Zaczął dużo siedzieć nad książkami i starał się przy tym nie zaniedbywać Anieli. Jakoś się udawało. W połowie maja, przyszedł do mnie strasznie smutny i zbity.
¾     Co jest, Johnny, coś się stało?
¾     Nie, w sumie wszystko ok. Aniela powiedziała mi właściwie, że się we mnie zakochała.
¾     To super, nie?
¾     No niby tak. Ale tak rozmawialiśmy długo, leżeliśmy, i ona nagle wyczaiła Zbrodnię i karę u mnie na półce. I zaczęła tę swoją głupią filozofię. Że Raskolnikow to taki ciekawy człowiek i że ona czuje nim fascynacje, że czyta niektóre fragmenty kilka razy nawet jeszcze dzisiaj, bo bardzo ją interesują ludzkie uczucia, a jego są takie niesamowite. Że on w sumie miał rację, że zabił te lichwiarkę, bo takich ludzi trzeba tępić i tak dalej. Że kara owszem, za wszystko musi być, bo nawet karma to swego rodzaju kara przecież, więc skoro nawet natura coś takiego wyznacza, to ok., kara – owszem, ale czemu od razu taka ciężka, za zabicie kogoś tak bezużytecznego, kogoś tak okropnego, jak ta lichwiarka.
I wtedy już wiedziałem, że to niczego dobrego nie wróży.
¾     I ja jej mówię, że tak nie można postrzegać świata, że kara dla Raskolnikowa była nawet zbyt mała, że należało mu się więcej i tak dalsze… A ona. A ona siadła wtedy na łóżku, zdjęła bluzkę, pocałowała mnie i powiedziała: No ale… Spróbuj zrozumieć Raskolnikowa, Johnny! Co ty byś zrobił na jego miejscu? I wiesz, ja wtedy już straciłem wątek… Skubana… Wygrała ze mną. O Raskolnikowa…
Johnny jakoś pogodził się z poglądami Anieli, lecz tydzień później stało się coś o wiele gorszego.
Zbliżała się sesja, Johnny walczył o swoje miejsce na uczelni bardzo mocno. Podobno istnieją ludzie, którzy zostali wyrzuceni z SGH, ale Johnny wolał nie testować tego na swojej skórze. Poza tym wtedy jeszcze pieniędzy na warunek nie miał. Kuł dniami i nocami.
Od słynnego zdania Anieli minęło około ośmiu dni, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Kiedy otworzyłem, zobaczyłem Johnnego z butelką whisky, zapłakanego jak mały chłopiec.
¾     Powiedziała mi, że źle odczytała swoje uczucia, rozumiesz? Że to wszystko była pomyłka. Że nic nie znaczyło.
Poczułem jego ciężar na swoim ramieniu, ryczał jak dziecko chyba ze dwie godziny zanim w ogóle był w stanie utrzymać w ręku szklankę whisky. Aniela zmieniła zdanie, tak po prostu.
                Wtedy zrozumiałem, że małe nieszczęścia Johnnego były tak naprawdę esencją jego życia. Hartowały go na tyle mocno, że z każdym małym drobiazgiem, który poszedł nie tak, jak Johnny sobie założył, było mu łatwiej. Przyzwyczaił się do tego z czasem, więc potem go już nawet bawił ten pech i dlatego umiał zamienić to wszystko w karykaturę szczęścia zamaskowaną uśmiechem. Kiedy jednak przestało mu się to przytrafiać, te wszystkie, małe rzeczy, które tworzyły każdy jego dzień, wytrącił się z rytmu. Zatracił się w szczęściu. W zapachu różowej apaszki Anieli, w zapachu jej włosów, kiedy ją mocno przytulał. Odnajdował w tym przyjemność o wiele większą niż  tylko w radości z kolejnych wpadek, które z czasem stały się codziennością. Jego myśli wypełniała przepiękna dziewczyna, która codziennie mówiła mu dobranoc i dzięki której już nie stał sam pod ścianą na imprezie. Dziewczyna, która jako pierwsza pozwoliła mu się obdarzyć jakimś uczuciem, którego nie znał, do którego nie był przyzwyczajony, jednak dał jej się oswoić. I to wszystko było takie piękne, w najmniejszych szczegółach zaprojektowane do happy endu. Ciche łapanie za dłonie i nieśmiałe buziaki potem przeradzające się w niesamowite uczucie. I kiedy Aniela zniknęła, zabrała to wszystko, co wypełniało świat Johnnego i co było właściwie całym jego światem. Chwilę później okazało się, że Johnny został z niczym. Bez uczuć, bez szczęścia i sam.
                To wydarzenie stało się czołowym nieszczęściem mojego przyjaciela kumulującym w sobie małe nieszczęścia, które nie miały okazji się przytrafić w jego szczęśliwe, anielskie dni. Johnny zrozumiał wtedy, że cały ten jego codzienny pech był tak naprawdę błogosławieństwem, bo woli dostawać w dupę codziennie, ale po troszeczku, niż raz, a naprawdę bardzo boleśnie. Cierpienie Johnnego odczuwałem nawet ja sam. Kiedy tylko patrzyłem na niego, na jego smutny, bezcielesny wyraz twarzy, wydawało mi się, że wcale nie znam tego człowieka i również odczuwałem niesamowity smutek. Aniela odebrała mu nie tylko szczęście, ale też umiejętność transformacji swoich porażek w uśmiech; więc chodził struty i zawalił wszystkie możliwe egzaminy. Próbował, starał się, walczył do ostatniego dnia, ale i tak mu nic nie wyszło. Każdy jego dzień stawał się trudniejszy i wszyscy mówili mu: No zapomnij o niej, przecież tak cię skrzywdziła, a ty jesteś zajebisty, na pewno znajdziesz kogoś innego. A ja wiedziałem, że on nie chce nikogo innego.
                Aniela też nikogo potem nie miała, była sama, samotna. Wszyscy zastanawialiśmy się, dlaczego podjęła taką decyzję, ale nikt nie miał odwagi nigdy o to zapytać.
                Zapytacie: jak kończy się ta historia?
                Teraz mamy dwadzieścia sześć lat, pracujemy. Johnny wrócił rok temu z Anglii i robi doktorat. Aniela dostała pracę w banku, w którym miałem konto. Kiedyś spotkałem ją w centrum, pod jedną z placówek.
¾     Hej, Aniela, hej! – zawołałem żywo. Speszyła się.
¾     Hej, Daniel.
I takie wiecie, pitu-pitu, co słychać, co u Kasi, i w końcu nieśmiało…
¾     Co u Johnnego?
¾     Wrócił właśnie niedawno do Polski, robi doktorat teraz.
Uśmiechnęła się nieśmiało.
¾     Aniela. Właściwie. Powiedz. Już chyba możesz, nie? Czemu ty żeś go wtedy zostawiła?
¾     Przestraszyłam się – powiedziała cicho i bardzo szybko.
¾     Czego?
¾     Tego, Daniel. Tego, że tak bardzo dużo w życiu może zależeć od innej osoby. Tego, że tak bardzo można kogoś kochać. Tego, że to się może zepsuć. Przerodzić w jakieś piekło.
¾     A nie przerodziło się w piekło?
¾     Powter… Zgotowałam sobie największe piekło na tej ziemi – przyznała. Zamilkła na chwilę.
Popatrzyła na mnie psychodelicznie.
¾     Nie było dla mnie nic trudniejszego na tym świecie, Daniel – przygryzła wargę. – Niż nauczyć się żyć bez Johnnego.
Potem rozeszliśmy się każdy  w swoją stronę. Po powrocie do Polski, Johnny na moje wspomnienie o Anieli, powiedział tylko:
¾     Daj spokój, Powter. Przecież ta dziewucha chciała, żebym postarał się zrozumieć Raskolnikowa… Musiała być psychiczna, i tyle.
Pomimo tych słów, w jego oczach widziałem wciąż skrawki przygnębienia i tęsknoty za Anielą, która obdarła go ze wszystkiego, co miał. Tak właśnie się dzieje, kiedy ktoś kończy relację zbyt szybko i zostawia kogoś nienasyconym. Johnny cały czas myślał: Czy ona tęskni za mną? Czy brakuje jej mnie? Czy pamięta mój zapach? Czy pamięta, jak…?
I może to był wyłączny powód, dla którego Johnny tak bardzo pragnął ciągle Anieli. Nie miał dość kłótni, bo żadnych nie było; nie miał dość zrzędzenia, bo żadnego nie było. Wszystko było idylliczne i wręcz idealne.
I ludzie tyle o tym pisali, tyle pisali o miłości i o rozczarowaniach, że w sumie można by się już było tego nauczyć, żeby nie ufać nikomu za bardzo, żeby nie dawać siebie w całości.
Zrozumiałem właśnie wtedy, że największym nieszczęściem Johnnego wcale nie był jego pech, ani porzucenie przez Anielę. Największym nieszczęściem Johnnego było... nienasycenie.

       


poniedziałek, 25 maja 2015

#Własne: W pudełku



w pudełku

dziś deszcz łomocze do drzwi bez umiaru
rozlewa się wszędzie
po oknach
balkonach
betonach
długich warszawskich ulic

nie słyszę nic więcej
tylko szum zmieszanych w ciepłym tańcu
kropel i aut

odchodzę w twoją niepamięć
mówią: bezpowrotnie
lecz może jeszcze
któregoś dnia
poczujesz zapach moich perfum na chodniku
w stadzie istnień
gdzie na próżno szukać

człowieka

25.05.2015